Kolory Namibii

2 comments

Koniec z niezależnością, przestajemy sami sobie być sterem, żeglarzem i okrętem, zaczynamy overlanding! Decyzja podjęta, nie ma odwrotu. Choć oczywiście znowu pojawiają się wątpliwości. W przeddzień wyjazdu sami się jeszcze nakręcamy. W hostelu ma się odbyć spotkanie organizacyjne, z podejrzliwością przyglądam się każdej meldującej się na recepcji osobie. Zidentyfikować overlandingowców nie jest jednak łatwo. Zaczynam się zastanawiać nad mocno imprezującą grupą z naszego piętra. Ale cała grupa? Zazwyczaj overlandiguje się w pojedynkę. Wszystko wyjaśnia się, gdy pod hostel podjeżdża nasza potężna ciężarówa. Trafiłam,  6-osobowa grupa (5 chłopaków i Sarah) skończyła niedawno 2-miesięczny wolontariat w rezerwatach RPA. Chwila wolnego i za miesiąc zaczynają pracę w ekskluzywnych rezerwatach dzikich zwierzaków w  Zambii. Tam nie będzie czasu ani miejsca na imprezowanie, chłopaki nadrabiają więc zaległości zawczasu :)

Chantelle, energetyczna dwudziestokilkulatka przedstawia się jako nasza przewodniczka. Powoli poznajemy całą grupę. Średnia wieku to 25 lat, poza nielicznymi przypadkami jesteśmy najstarsi. I tego nam było trzeba! Z perspektywy czasu trudno było lepiej trafić :) Ta międzykulturowa mieszanka: Belg, Kanadyjka z Zimbabwe, Amerykanki, Nowozelandka, Brytyjczycy, Koreańczycy, Australijczycy i Susan z RPA okażą się być po prostu świetnymi ludźmi, a szybko okaże się, że świetnie się też uzupełniamy jako grupa.

My...

Już pierwszej nocy, po długiej jeździe w stronę Namaqualand na północy RPA,  zatrzymujemy się na położonym wśród winnic kempingu w CitrusArea. Szef kempingu jest właścicielem wszystkich winnic jak okiem sięgnął. Produkuje kilkanaście gatunków wina. I to świetnego! Wieczór zaczynamy więc od degustacji. Niczego nie wypluwamy, grzechem było by marnować tak dobry alkohol. Po jakimś czasie zaczynają więc padać coraz głupsze pytania. W końcu głośno zastanawiamy się, czy aromat jakieś owocu w winie oznacza faktyczną domieszkę tego owocu. Plantator się z nas śmieje. Wszystkie te aromaty to tylko kwestia drewna, z którego zbudowane są beczki do przechowywania wina. Takie proste!

Następnego dnia poranna pobudka. Jest jeszcze ciemno, gdy pakujemy namioty i karimaty wpychamy do ciężarówki. Czas się przyzwyczaić, tak już będzie przez kolejny miesiąc.  Mamy ambitny plan i spore dystanse do pokonania. Często trzeba będzie podróżować  po ciemku. Koniec więc z największym przywilejem życia w drodze – błogim wysypianiem się do oporu!

Niestety Tomek nie czuję się najlepiej, po nieprzespanej nocy żołądek wciąż odmawia mu posłuszeństwa. Ktoś sugeruje, że to wina wypitego poprzedniego dnia w shebeen kukurydzianego piwa. To fakt każdy próbował piwa ledwo mocząc usta, a gdy przyszło do nas, nie chcąc urazić gospodarzy, Tomek z uśmiechem zachłysnął się potężnym haustem.  Teraz odchorowuje. Na szczęście ten dzień spędzimy raczej leniwie, wylegując się nad brzegiem mulistej rzeki Orange (afr. Gariep). Na północ rozciąga się pustynia Namib, na południe też nie spotkasz za dużo roślinności ani zwierzaków. Gdyby nie Orange północ RPA przypominałaby pustynne cmentarzysko, a tak okolica kwitnie. Trudno sobie wyobrazić, że rzeka dociera tu aż z Drakensbergu. Byliśmy tam ledwie tydzień temu. Kiedy to było? Jedno jest pewne, krajobrazy zmieniły nam się diametralnie.

Krajobraz za oknem...

Ta zmiana zaczyna nam się nawet podobać. Robi się sawannowo, stepowo, pustynnie. I całkiem odludnie. Aż po horyzont tylko trawy, głazy, gdzieniegdzie na horyzoncie zarysowuje się charakterystyczna sylwetka akacji.  Jest w tym krajobrazie coś majestatycznego. Może to stereotypowe, ale chyba tak właśnie wyobrażaliśmy sobie dziką Afrykę!

Przejście graniczne. Krótkie formalności, urzędnik nawet nie zerka na wizę, którą sumiennie wyrobiliśmy w Kapsztadzie i jesteśmy już w Namibii. Szybko i sprawnie. Niczym w szwajcarskim zegarku. Choć należałoby powiedzieć jak w niemieckim. W końcu Namibia to dawna niemiecka kolonia. Wciąż przypominają o tym nazwy niektórych miast i ulic, a także układ dróg, w równą krateczkę, niczym odrysowany od linijki. Jednak na tym wpływ Niemców się kończy. Dziś w kraju pozostało jedynie 7% białych, a większość z nich nie pochodzi wcale od Niemców, lecz od późniejszych kolonizatorów- mieszkańców RPA.

Zresztą Namibia to w ogóle jak na afrykańskie warunki kraj nietypowy: bardzo słabo zaludniony – żyje tu niewiele ponad 2 miliony ludzi i o najniższej gęstości zaludnienia na świecie, zaraz po Mongolii. Za to jaki malowniczy! Przekonujemy się o tym już pierwszego dnia nad Kanionem Rzeki Fish. Przyjrzymy mu się trzykrotnie, w ciągu dnia, o zachodzie słońca i nad ranem. Jest po co wracać! Zwłaszcza, że nad ranem nad Kanionem zbierają się burzowe chmurzyska, co nadaje mu mrocznego klimatu. W końcu sensu nabiera nazwa tego zakątka: „Diabelski Róg”.

Siedzimy sobie na krawędzi  przepaści i przyglądamy się meandrującej w dole rzece. Dla takich chwil się podróżuje. To jeden z największych kanionów świata, ponoć drugi po Wielkim Kanionie w Stanach: ma 500 metrów głębokości, a ciągnie się przez 160 km. My widzimy tylko malutki kawałek, ale są i tacy, którzy w korycie rzeki spędzili kilka tygodni. Np. Jaco, nasz nowy kierowca, który dołączył do nas poprzedniej nocy i już z nami zostanie.

Przed nam sporo godzin w drodze. Jedziemy w kierunku najstarszej pustyni świata, Namib. Na szczęście krajobrazy za oknem nie pozwalają się nudzić. Mijamy drzewa akacji z wielkimi gniazdami kolonii wikłaczy. Charakterystyczny krajobraz sawanny – wysokie trawy, w tle rozświetlone zachodzącym słońcem góry. Zamiast czytać, po prostu gapimy się przez okno.

A wieczorem? Ciąg dalszy zachłyśnięcia się afrykańskim buszem. Zachód słońca podziwiamy z kempingowych krzesełek z cydrem Savannah w dłoni i w najlepszym damskim towarzystwie. Na potrzeby chwili nazywamy się Lesbian Safari Group – LSG. No i chwila chwilą, ale LSG będziemy jeszcze skandować przy nie jednej okazji :) Trzeba przyznać, że na tym wyjeździe zebrał się naprawdę cudowny mix indywidualności, do tego silny charakterek naszej tourleaderki Chantelle, łagodne usposobienie kierowcy Jaco i mamy fenomenalną grupę. A dla mnie najważniejszy okaże się zestaw wspaniałych babek: przebojowych i zadziornych(Gemma), ciepłych i mądrych (Liz), przezabawnych (Mercedes), radosnych i dobrodusznych (Susan), łagodnych (Melanie) i zawsze pomocnych (Alex). Oj jak ja za wami tęsknię!

LSG ;)

A wydmy Sossusvlei i pustynia Namib? Powiem krótko, to znalezione dawno temu na jakimś blogu zdjęcie pustyni Namib (mówią, że najstarszej na świecie) sprawiło, że zamarzył nam się wypad  do Namibii. Krajobraz bieluteńkiego DeadPan z konarami martwych drzew na tle rozgrzanych do czerwoności wydm wydał się jakiś surrealistyczny. „Musimy to zobaczyć na własne oczy!”, pomyśleliśmy.

Dune 45

A konfrontacja marzeń z rzeczywistością? Skończyła się zwycięstwem rzeczywistości. Poza tym, że zmachaliśmy się niemiłosiernie, wspinając się na niewinnie wyglądającą wydmę, to obejrzeliśmy magiczny wschód słońca z Dune 45 i po prostu mieliśmy super szczęście. Byliśmy na pustyni Namib po wyjątkowo ostrej porze deszczowej. Mówią, że tyle deszczu nie spadło tu od 80 lat. Sossusvlei rozkwita! To wciąż królestwo piasku (czerwonego dzięki dużej zawartości żelaza), ale jak nigdy między wydmami tworzą się małe zielonkawe laguny, a złote kwiaty zajęły wszystkie osłonięte od wiatru wydmy. Sosslusvlei pozostanie naszym surrealistycznym numerem jeden!

Sosslusvlei

W drodze…

Kanion Rzeki Fish

Pustynia Namib



Gdy w Nowej Zelandii zamieszkaliśmy na miesiąc w naszym Spaceshipie na blogu pojawił się krótki opis naszego nowego domu na kółkach. Tym razem nie może być inaczej. Co prawda spać będziemy w namiotach, ale przez najbliższe tygodnie nasze życie będzie toczyło się wokół bohaterki tego posta – ciężarówki  „Shire”.

Osobowe samochody terenowe są przerabiane na auta wyprawowe od wielu lat. Jednak w takim aucie mieści sie około 4 osób. Co jeżeli chcemy przewieźć większą grupę po bezdrożach? Autobus nie da rady – zakopie sie przy pierwszej lepszej okazji. Ktoś błyskotliwy wpadł zatem na pomysł aby na auto wyprawowe przerobić ciężarówkę. Tak powstał biznes Overlandingu popularny dziś na całym świecie. Duża ciężarówka jest wytrzymała. Dzięki wysokiemu zawieszeniu i dużej mocy może pokonać trasy przeznaczone dla aut terenowych. Pozostaje jeszcze przystosować pojazd przeznaczony do przewozu np. kartofli, tak aby mógł we względnie cywilizowanych warunkach przewozić ludzi.

Idea overlandingu wywodzi się z jazdy terenowej. W dużym skrócie chodzi o to, aby zjechać z turystycznych szlaków, którymi podążają emeryci w luksusowych autobusach (drogi emerycie zaznaczamy, że nic do Ciebie nie mamy, ale w ten sposób podróżować będziemy na emeryturze – swoją drogą fajnie mają Ci „zachodni” emeryci, że ich na to stać).

Podróżuje się w większej grupie niż np. w terenówce, dzięki czemu jest taniej i weselej. Grupa jest samowystarczalna. By przetrwać potrzebuje jedynie raz na kilka dni odwiedzić sklep spożywczy, sklep alkoholowy i stację benzynową. Dzięki temu można dotrzeć w mniej turystyczne, ciekawsze i „dziksze” miejsce.

Poniżej możecie obejrzeć filmik o overlandingu – w tym przypadku w Ameryce Południowej:

Jak wygląda życie podczas tego typu wycieczki? Miłośnicy 5 gwiazdkowych hoteli i luksusowych restauracji pod krawatem nie będą zadowoleni. Hotel zamieniamy na namiot. Duży i względnie komfortowy. Mamy do dyspozycji materace więc śpi się bardzo wygodnie – oczywiście w swoim śpiworze. Sypialnię trzeba codziennie zbudować i zdemontować. Nocujemy zazwyczaj na oficjalnych campingach. Czasem na „dziko” gdzie zamiast prysznica mamy rzekę, a toaletę musi zastąpić busz – ale to rzadko.

Poniżej filmik przedstawiający ciężarówkę Acacia – taką jaką my podróżowaliśmy:

Co z jedzeniem? Przygotowujemy sami. A dokładnie dedykowany do tego zadania zespół. Zespołów jest 5 i każdego dnia zamieniamy się obowiązkami:

  1. gotowanie,
  2. zmywanie,
  3. sprzątanie ciężarówki,
  4. pakowanie ciężarówki,
  5. dzień wolny.

W naszym przypadku szefem kuchni była nasza przewodniczka, opiekunka i liderka Chantelle. Jedzenie było fantastyczne. Do dyspozycje mieliśmy butle gazowe, ognisko, grill, komplet niezbędnych naczyń i mebli kuchennych oraz wszystko to na co mieliśmy ochotę i kupiliśmy wcześniej w sklepie. Każdego dnia zarówno mięsożercy jak i wegetarianie byli zachwyceni.

Cały sprzęt przechowywany w ciężarówce codziennie było trzeba rozpakować a następnie zapakować (każdego dnia mieliśmy od tego specjalny zespół). Mam tu na myśli stoły, naczynie, krzesła, butle gazowe, kuchenkę, grilla, miski do zmywania itp. Do przechowywania jedzenia i piwa (a właściwie piwa i ewentualnie jedzenia, o ile  się zmieściło) mieliśmy lodówki chłodzone lodem.

Przeciętne rozbicie obozu wyglądało następująco:

Parkowaliśmy. Każdy łapał za swój namiot i rozstawiał go w wybranym przez siebie miejscu. Zespół pakujący wyjmował niezbędny sprzęt. Zespół gotujący zaczynał przygotowywać posiłek. Zespół czyszczący ciężarówkę lekko ją ogarniał. Jaco (nasz przewodnik i kierowca) rozpalał ognisko. Reszta robiła to, na co miała ochotę (zazwyczaj piwo i krykiet). Później wspólny posiłek przy ogniu. Planowanie kolejnego dnia. Zmywanie przez zespół zmywający. Na koniec czas wolny dla wszystkich – wspólna zabawa przy ogniu lub w campingowym barze.

Rano pobudka (zazwyczaj baaaardzo wcześnie), poranna toaleta, śniadanie, składanie namiotów, pakowanie i w drogę. Przed nami kolejny dzień pełen wrażeń!

W ciężarówce każdy miał swoje miejsce siedzące oraz szafkę na rzeczy osobiste. Były głośniki i mini biblioteka. Zazwyczaj kilometry nawet na długich dystansach mijały nam bardzo szybko.

Nasza trasa:

Tu możecie przeczytać więcej o naszej wycieczce:

http://www.acacia-africa.com/acacia_overland/desert_tracker_25_days_2012.php

Od początku nie byliśmy przekonani, jak podróżować po Afryce. Do tej pory celowo unikaliśmy wszelkiej formy turystyki zorganizowanej. Jednak wszystkie znaki na niebie i w google wskazywały, że po Namibii i Botswanie bez własnego transportu nie zobaczymy tego, co naprawdę warte zobaczenia. Lokalny transport właściwie nie istnieje, a przedostanie się w bezludne miejsca graniczy z cudem. Na wypożyczenie własnej terenówki nie było nas stać, więc wybór padł na overlanding. RPA zwiedziliśmy we własnym zakresie małym autem (możecie o tym poczytać w poprzednich postach), ale dalej na północ zdecydowaliśmy wybrać się z Acacią.

Obawialiśmy się tej decyzji strasznie. Dzisiaj z perspektywy czasu wiemy, że dzięki niej spędziliśmy jeden z najcudowniejszych miesięcy w, co by nie mówić, chyba najciekawszym roku naszego dotychczasowego życia. A więc nie było tak źle! :)

Gdy w Nowej Zelandii zamieszkaliśmy na miesiąc w naszym Spaceshipie na blogu pojawił się krótki opis naszego nowego domu na kółkach. Tym razem nie może być inaczej. Co prawda spać będziemy w namiotach, ale przez najbliższe tygodnie nasze życie będzie toczyło się wokół bohaterki tego posta – ciężarówki „Shire”.

Osobowe samochody terenowe są przerabiane na auta wyprawowe od wielu lat. Jednak w takim aucie mieści sie około 4 osób. Co jeżeli chcemy przewieźć większą grupę po bezdrożach? Autobus nie da rady – zakopie sie przy pierwszej lepszej okazji. Ktoś błyskotliwy wpadł zatem na pomysł aby na auto wyprawowe przerobić ciężarówkę. Tak powstał biznes Overlandingu popularny dziś na całym świecie. Duża ciężarówka jest wytrzymała. Dzięki wysokiemu zawieszeniu i dużej mocy może pokonać trasy przeznaczone dla aut terenowych. Pozostaje jeszcze przystosować pojazd przeznaczony do przewozu np. kartofli, tak aby mógł we względnie cywilizowanych warunkach przewozić ludzi.

Idea overlandingu wywodzi się z jazdy terenowej. W dużym skrócie chodzi o to, aby zjechać z turystycznych szlaków, którymi podążają emeryci w luksusowych autobusach. Podróżuje się w większej grupie niż np. w terenówce, dzięki czemu jest taniej i weselej. Grupa jest samowystarczalna. By przetrwać potrzebuje jedynie raz na kilka dni odwiedzić sklep spożywczy, sklep alkoholowy i stację benzynową. Dzięki temu można dotrzeć w mniej turystyczne, ciekawsze i „dziksze” miejsce.

http://www.youtube.com/watch?v=q_63LpQd8mk&feature=player_embedded

Jak wygląda życie podczas tego typu wycieczki? Miłośnicy 5 gwiazdkowych hoteli i luksusowych restauracji pod krawatem nie będą zadowoleni. Hotel zamieniamy na namiot. Duży i względnie komfortowy. Mamy do dyspozycji materace więc śpi się bardzo wygodnie – oczywiście w swoim śpiworze. Sypialnię trzeba codziennie zbudować i zdemontować. Nocujemy zazwyczaj na oficjalnych campingach. Czasem na „dziko” gdzie zamiast prysznica mamy rzekę, a toaletę musi zastąpić busz – ale to rzadko.

Co z jedzeniem? Przygotowujemy sami. A dokładnie dedykowany do tego zadania zespół. Zespołów jest 5 i każdego dnia zamieniamy się obowiązkami:

1. gotowanie,

2. zmywanie,

3. sprzątanie ciężarówki,

4. pakowanie ciężarówki,

5. dzień wolny.

W naszym przypadku szefem kuchni była nasza przewodniczka, opiekunka i liderka Chantelle. Jedzenie było fantastyczne. Do dyspozycje mieliśmy butle gazowe, ognisko, grill, komplet niezbędnych naczyń i mebli kuchennych oraz wszystko to na co mieliśmy ochotę i kupiliśmy wcześniej w sklepie. Każdego dnia zarówno mięsożercy jak i wegetarianie byli zachwyceni.

Cały sprzęt przechowywany w ciężarówce codziennie było trzeba rozpakować a następnie zapakować (każdego dnia mieliśmy od tego specjalny zespół). Mam tu na myśli stoły, naczynie, krzesła, butle gazowe, kuchenkę, grilla, miski do zmywania itp. Do przechowywania jedzenia i piwa (a właściwie piwa i ewentualnie jedzenia, o ile się zmieściło) mieliśmy lodówki chłodzone lodem.

Przeciętne rozbicie obozu wyglądało następująco:

Parkowaliśmy. Każdy łapał za swój namiot i rozstawiał go w wybranym przez siebie miejscu. Zespół pakujący wyjmował niezbędny sprzęt. Zespół gotujący zaczynał przygotowywać posiłek. Zespół czyszczący ciężarówkę lekko ją ogarniał. Jaco (nasz przewodnik i kierowca) rozpalał ognisko. Reszta robiła to, na co miała ochotę (zazwyczaj piwo i krykiet). Później wspólny posiłek przy ogniu. Planowanie kolejnego dnia. Zmywanie przez zespół zmywający. Na koniec czas wolny dla wszystkich – wspólna zabawa przy ogniu lub w campingowym barze.

Rano pobudka (zazwyczaj baaaardzo wcześnie), poranna toaleta, śniadanie, składanie namiotów, pakowanie i w drogę. Przed nami kolejny dzień pełen wrażeń!

W ciężarówce każdy miał swoje miejsce siedzące oraz szafkę na rzeczy osobiste. Były głośniki i mini biblioteka. Zazwyczaj kilometry nawet na długich dystansach mijały nam bardzo szybko.

Nasza trasa:

Zacznijmy od początku, a właściwie od miejsca, gdzie skończyliśmy, czyli od pierwszych dni naszego 4-tygodniowego overlandingu. Pierwsze miejsce, w które zabrał  nas nasz nowy dom na kółkach to dzielnica biedoty na przedmieściach Kapsztadu: township o nazwie Langa. Nie da się jednak opisać Langi, a przede wszystkim zrozumieć zjawiska południowoafrykańskich townshipów bez sięgnięcia do historii, a dokładniej dziejów zniesławionego na całym świecie apartheidu.

Na hasło apartheid każdemu z Was coś tam na pewno w głowie świta. No tak, ten okropny system segregacji ras etc. Ale założę się, że niewielu z Was starczyłoby pomysłowości, by wyobrazić sobie co tak naprawdę na co dzień znaczył ustrój tak skrupulatnie zaprojektowany w głowach Afrykanerów. Oficjalnie apartheid (z hol. rozdzielność) obowiązywał od 1948 roku, ale pierwsze próby segregacji ras pojawiły się już pod koniec XIX wieku. Gdy w 1893 roku w dzisiejszej RPA wyrzucono z pociągu Gandhiego (który mieszkał w Południowej Afryce w latach 1893-1914), bo „bezczelnie” rozsiadł się w przedziale dla białych, w jego głowie musiała już kiełkować idea Biernego Oporu, dzięki której później wywalczy niepodległość Indii. Z roku na rok było coraz gorzej i gdy cały świat powoli odchodził od rasistowskich praw, RPA zaczęła je coraz bardziej zaostrzać.

W 1913 roku na mocy Ustawy Ziemskiej dla Tubylców ograniczono prawo posiadania ziemi przez Murzynów do terenów rezerwatów, które stanowiły 8% ówczesnego Związku Południowej Afryki. Jak zmieścić 66% społeczeństwa (tyle stanowili wtedy Czarni) na 8% ziemi? Na szczęście były jeszcze miasta, gdzie można było zamieszkać, nie posiadając ziemi. Ale i one nie na długo. W 1923 miasta zadekretowano jako „wyłącznie dla białych”. By w nich przebywać, Murzyni musieli wystąpić o przepustkę. Te przepustki będą im już towarzyszyć kolejnych kilkadziesiąt lat, aż w końcu doprowadzą do pierwszych masowych buntów i masakry czarnej ludności w Sharpeville w 1960 roku.

Langa

Gdy zaraz po dojściu do władzy Partii Narodowej w 1948 roku nowo obrany premier Malan ogłasza oficjalnie apartheid, utrzymanie segregacji ras nikogo nie dziwi. Wprowadzony natychmiast zakaz międzyrasowych małżeństw nie wprowadza rewolucji. W praktyce i tak małżeństw mieszanych było niewiele. Co innego jednak wprowadzony w 1950 roku zakaz współżycia płciowego między ludźmi o różnych kolorach skóry. W grę zaczęli już wchodzić nie tylko Czarni i Biali, ale też liczni w RPA Azjaci i Kolorowi. Szybko okazało się, że żeby wyegzekwować wprowadzone prawa trzeba zakwalifikować każdego obywatela do określonej grupy rasowej. I tu zaczął się raj, ale i jednocześnie zagwozdka, dla urzędników. W żyjącym obok siebie od wieków i mocno wymieszanym społeczeństwie określić jednoznacznie przynależność rasową graniczyło z cudem. Urzędnicy wykazali się więc niezwykłą pomysłowością. Czy jesteś Koloredem (mieszańcem), czy czystej krwi Afrykaninem miał decydować ołówek wsunięty we włosy. Jeśli skręt włosów pozwalał ołówkowi się utrzymać, nie było wątpliwości, że jesteś Murzynem. Tak skonstruowane prawo doprowadzało do absurdów. Świetnym ich przykładem był los Sandry Laing. Dziewczyna urodzona w rodzinie białych Afrykanerów miała ciemniejszą karnację i lekko kręcone włosy. Choć badania potwierdziły, że jest biologicznym dzieckiem swoich rodziców, nie mogła chodzić do tej samej szkoły co jej rodzeństwo, ani korzystać z tych samych praw co cała jej rodzina. Osób mylnie zakwalifikowanych do ras było wiele, o czym świadczą ciągłe apelacje i kilkadziesiąt przypadków rocznie „zmiany rasy” w oficjalnym rejestrze.

Apartheid nie byłby jednak kompletny, gdyby wszystkie rasy mogły spokojnie koegzystować w barwnych dzielnicach takich jak opisywana wcześniej District 6 w Kapsztadzie.  Wprowadzona w 1950 roku Ustawa Terytorialna wprowadziła więc przymusowy rozdział miejsca zamieszkania w zależności od koloru skóry. Natychmiast rozpoczęły się przymusowe wysiedlenia Koloredów, Azjatów i Czarnych. Centralnie położone dzielnice były przeznaczone wyłącznie dla białych. W praktyce części z nich, jak District 6, nigdy nie zaludniono, a kolorowa ludność już na dziesiątki lat pozostała na obrzeżach miast, np. w Soweto pod Johannesburgiem. Budowane w ciągu kilku tygodni dzielnice, nie miały żadnej infrastruktury, dostępu do elektryczności czy bieżącej wody. Ludzie bywali pozostawiani w szczerym polu, gdzie własnymi rękoma zaczynali budować swoje nowe życie – z kartonów, blachy falistej, drutów, sznurków, kawałków plastiku itp..

Te dzielnice biedoty (townshipy) wciąż istnieją. Kilkaset metrów od ekskluzywnej plaży pod Kapsztadem tysiące ludzi wciąż mieszka w skleconych w pośpiechu barakach, po wodę wciąż udają się kilka przecznic dalej, gdzie znajduje się jedyna w okolicy studnia, a na prąd mogą jedynie liczyć, o ile sami go sobie podprowadzą, najczęściej nielegalnie od sąsiada.

Do jednej z takich dzielnic trafiliśmy pierwszego dnia overlandingu. Białasy raczej się tam nie zapuszczają. Dla przeciętnego białego mieszkańca RPA wizyta w township zakończyć się może w najlepszym wypadku ogołoceniem z wszystkiego z czym się tam pojawił. W innych przypadkach na posterunku policji lub w szpitalu. Taka jest przynajmniej stereotypowa opinia – jak jest naprawdę? Tego do końca nikt nie wie, ale słyszeliśmy o młodym białym mieszkańcu Kapsztadu, który postanowił zamieszkać przez kilka miesięcy w township. Na początku nie było mu lekko, ale po jakimś czasie oswoił się z otoczeniem, wychodząc z tego doświadczenia bez szwanku, a nawet z gronem kilkorga przyjaciół na długie lata.

My trafiliśmy do Langi, jednego z najstarszych townshipów. Nie opuszczają nas lokalni przewodnicy, urodzeni w okolicy po której spacerujemy. Miejscowi dostają od nich najprawdopodobniej jakieś pieniądze, więc turyści w tej części mogą czuć się bezpiecznie.

Odwiedzamy miejscowy shebeen – prymitywny pub, gdzie za 20 randów (8 zł) kupujemy kubeł ważonego na miejscu kukurydzianego piwa, bawimy się z dzieciakami, które aż lgną do każdej białej twarzy i gramolą się nam na ręce, podglądamy młodych chłopaków grających w ulicznego krykieta. Dla mnie hitem pozostanie odtańczony na nasz widok przez grupę kilkunastoletnich dziewczynek pełen układ z Waka, Waka Shakiry :) Z resztą Waka, Waka zna tu każdy. W końcu to duet Shakiry z Freshly Ground, super popularnym południowoafrykańskim zespołem – naszym małym odkryciem tego wyjazdu. Ale…

Waka Waka

Zaglądanie do prywatnych mieszkań, obskurnych pokoi dzielonych przez kilkoro obcych sobie staruszków – podglądanie ludzi w ich skrajnym ubóstwie pozostawia nam wszystkim poczucie niesmaku. Jakby wpuścili nas do zoo, gdzie z zaciekawieniem przyglądamy się wybrykom natury.  Gdybyśmy jeszcze byli sami, ale podobnych do nas grup było kilka. W pewnym momencie pojawił się nawet luksusowy autokar europejskiej wycieczki. Na szczęście miejscowi przyjmują wszystko z uśmiechem lub przynajmniej neutralną miną – w końcu każdy turysta zostawia tu trochę grosza.

Pod koniec busikiem przemykamy przez najbarwniejszą część Langi – tętniący życiem sobotni bazar. Szkoda, że nie mamy więcej czasu, bo chętnie przyjrzelibyśmy się całej gamie dań z kukurydzy (podstawie tutejszej diety) i lokalnym rarytasom – pieczonym na ruszcie głowom kóz o wdzięcznej nazwie Smiley (skóra na czaszce kozy kurczy się w trakcie palenia, pozostawiając charakterystyczny grymas uśmiechu).

Tuż przed odjazdem naszej uwadze nie umkną też widoczne gdzieniegdzie potężne domostwa z cegły, ogrodzone płotem, z ogródkiem na tyłach domu. Są znakiem nadchodzących powoli zmian. To posiadłości Czarnych, którym się udało. A od upadku apartheidu w 1994 roku takich jest coraz więcej. Co ciekawe jednak, nawet dziś dawni mieszkańcy townshipów przestrzegają narzuconych dziesiątki lat temu granic terytorialnych. Swoje nowobogackie domy wolą postawić na skraju dzielnicy biedoty niż w ekskluzywnym centrum, gdzie wciąż królują Biali.

Nie ma się co oszukiwać, apartheid jest wciąż żywy w świadomości mieszkańców RPA. Choć nie ma już prawa zakazującego międzyrasowych małżeństw, przez 2 miesiące w Afryce nie spotykamy ani jednej mieszanej pary z RPA. Owszem kolorowe małżeństwa się zdarzają, ale najczęściej jedno z małżonków pochodzi z Europy, albo ze Stanów. Z naszych obserwacji wynika, że RPA dzieli się na dwa sterylnie odizolowane światy – biały i czarny. Co najgorsze relacje między tymi światami są wciąż wrogie i pełne nienawiści. Wielu Czarnych nienawidzi Białych za krzywdy wyrządzone w czasie apartheidu. Zdarzają się zemsty – np. brutalny gwałt bogu ducha winnej córki jakiegoś afrykanerskiego bydlaka, który wiele lat temu skrzywdził kilku Czarnych. W zamkniętym środowisku Białych opowieść o takim okrucieństwie szybko się rozchodzi i wzbudza nienawiść do Czarnych. Dodatkowo Biali zaczynają się bać. A gdy pojawia się strach, to zaraz za nim idzie izolacja i agresja. I tak to zamknięte koło toczy się już od wielu lat.

Życie w ubóstwie nie poprawia sytuacji czarnych. W czasach apartheidu wszystkie wykwalifikowane zawody były zarezerwowane dla białych. Czarnym zostawały jedynie kiepsko płatne robotnicze prace. Dawniej mogli się jedynie uczyć na podstawowym poziomie (specjalna oświata dla Bantu), dziś nie ma już specjalnych szkół, gdzie w jednej klasie uczy się 50 osób, ale dostęp do edukacji jest wciąż utrudniony. Nie mając pieniędzy trudno zadbać o dobrą edukację, nie mając dobrej edukacji trudno jest zdobyć pieniądze – koło znowu się zamyka.

Według naszego ogólnego doświadczenia biali mieszkańcy RPA brytyjskiego pochodzenia to pogodni i otwarci ludzie, Czarni są bardzo ciepli i uśmiechnięci, a Afrykanerzy to buraki i chamy. Oczywiście nie chcemy generalizować, ale staramy się dać wyraz naszej ogólnej opinii (choć spotkaliśmy wielu Afrykanerów, którzy byli w porządku).

Czasem trudno nam było uwierzyć jak w XXI wieku po naszej pięknej planecie mogą chodzić tak beznadziejnie beznadziejne istoty jak niektórzy afrykanerzy (mała litera dla tej grupy jest zamierzona). Najgorsi są bogaci farmerzy, żyjący w małych zamkniętych społecznościach.

Przykład: Na campingu w środku buszu w Botswanie siedzimy przy piwku, podziwiając z campingowego baru słonie, które przyszły napoić się w oczku wodnym oddalonym od nas o kilkanaście metrów. Super miła atmosfera – Tym, którzy tego nie przeżyli trudno będzie sobie to wyobrazić :) I nagle dowiadujemy się, że naszego czarnego przewodnika, jedynego Czarnego na campingu, wyproszono. Afrykanerskie buraki zapowiedziały barmanowi, że nie będą pili w jednym barze z Czarnym. Ten, nie chcąc stracić licznej klienteli, nie zastanawiał się nawet chwili. Nasz przewodnik zniknął bez mrugnięcia okiem – takie sytuacje są dla niego codziennością. Chwilę wcześniej któryś z pijanych wczasowiczów spytał go, czy nie mógłby rano zaparzyć mu kawy.

Pocieszające jest to, że według Biggiego nowe pokolenie jest nieco lepsze. Choć nie zostanie zaproszony do domu swoich białych znajomych (rodzice nie życzą sobie, aby ich dziecko zadawało się z Czarnym), to udaje mu się utrzymać takie przyjaźnie.

Ile pokoleń musi minąć, aby Czarni i Biali zaczęli funkcjonować na równych zasadach? Czy z nami Białymi jest to w ogóle możliwe, zwłaszcza po tak długiej, krwawej i okrutnej historii?  Nie chcąc popadać w zbyt pesymistyczny nastrój, pozostawiamy to pytanie otwartym.

Township:

Wróciliśmy już 6 miesiące temu i od tamtej pory blog bardzo ucichł. Dręczą nas z tego powodu okropne wyrzuty sumienia, ale popowrotna codzienność okazała się na tyle… hmm… jakaś taka…, że czasu na opisanie naszych ostatnich przygód zostało niewiele (powinniśmy tutaj wymienić kilka wyssanych z palca argumentów, ale prawda jest taka, że nie mamy nic na swoje usprawiedliwienie ;)

Po kilku bitwach stoczonych z myślami (i okropnym lenistwem) jesteśmy z powrotem. W końcu do opisania zostały nam jeszcze 3 miesiące w drodze. I to miesiące, które wspaniale zapamiętamy!

A działo się wiele: wraz z grupą 19 fantastycznych osób solidnym 4-napędowym truckiem przejechaliśmy kawałek RPA, Namibii i Botswany, zza grubej ściany ulewnego deszczu gdzieniegdzie udało nam się wypatrzeć Wodospad Wiktorii, jakiś czas później z powrotem w Ameryce Południowej daliśmy się zauroczyć innemu Wodospadowi: Iguazu Falls, który jak na razie pozostanie naszym numerem 1 na wodospadowej liście świata, kupiliśmy WŁASNEGO osiołka i przewędrowaliśmy z nim tydzień w malowniczych krajobrazach wielobarwnych gór na południu Boliwii, w trakcie zdobywania swojego pierwszego w życiu 6-tysięcznika: Huayna Potosi, 6088 m npm, o kilka metrów uciekliśmy lodowej lawinie, spędziliśmy kilka dni w boliwijskiej dżungli w poszukiwaniu aligatorów i anakond, a na koniec nad Jeziorem Titikaka przez 2 dni podglądaliśmy rozbuchany barwnie, alkoholowo i tanecznie miejscowy festiwal i to w świetnym towarzystwie 5 spotkanych na miejscu Polaków. I wreszcie co chyba najważniejsze, daliśmy się przekonać, że Boliwia to fantastyczny kraj. Mieliśmy tu wpaść na kilka dni, a zostaliśmy 1,5 miesiąca. Kosztem Peru, gdzie jednak udało nam się zdobyć nieśmiertelne Machu Picchu, a także dać się po raz pierwszy okraść ostatniego dnia naszej 12-miesięcznej podróży.

Jest więc co opisywać i czas najwyższy usiąść z powrotem do roboty!

Zapraszamy.

Zaraz po opuszczeniu Lesotho przemknęliśmy przez park narodowy Golden Gate Highlands. Kręta droga wijąca się wśród pięknych formacji skalnych z piaskowa, co pewien czas przebiegająca wzdłuż trasy antylopa czy zebra. Wizualnie kuszący kąsek, ale klimat tutejszych rodzinnych kempingów jakoś nie zachęcał, żeby zatrzymać się na dłużej.

Swoją drogą trzeba przyznać, że Afrykanerzy z kempingowania uczynili prawdziwą sztukę. Załadowany na weekendowy wypad samochód afrykanerskiej rodzinki przypomina raczej cygańską karawanę. Gdy taka kilkunastoosobowa grupa kempingowców znajdzie w końcu swój wymarzony „odludny” zakątek, z 4-napędowca wylewają się szybko potężne namioty, zadaszenia, kilka grilli, potężny sprzęt biwakowy, nadmuchiwane fotele, a nawet wielgachne pontonowe kanapy. Widać tradycje Wielkiego Treku z połowy XIX wieku są wśród Burów wciąż żywe. Szkoda tylko, że to samo dotyczy ich niechęci do obcych. Gdy kemping już rozbity, a poziom wygód do złudzenia przypomina ten domowy, zaczyna się imprezka, głośna i mocno zakrapiana alkoholem. I niestety zarezerwowana wyłącznie dla Afrykanerów i grona ich prawomyślnych przyjaciół.

W drodze do Drakensberg...

Nie nasze klimaty, więc ruszamy dalej na wschód. Tego wieczoru chcemy jeszcze dotrzeć do Drakensbergu, najwyższego pasma górskiego RPA. Teoretycznie powinno nam to zabrać chwilę, jednak napotykane bez przerwy roboty drogowe wydłużają te kilkadziesiąt kilometrów w nieskończoność. Przez te ostatnie 2 tygodnie w samochodzie zaczynamy wierzyć, że całe RPA przebudowuje właśnie swoje drogi. Czasem nawet co kilka kilometrów zatrzymuje nas kolejny przyodziany w odblaski pracownik ruchu drogowego. Początek ruchu wahadłowego, trzeba czekać. Tylko poza machającymi chorągiewkami trudno dostrzec jakiekolwiek inne oznaki toczących się prac – skąd my to znam? :)

Gdy w końcu o zachodzie słońca znużeni docieramy do naszego backpackersa, okazuje się, że wspinaczka następnego dnia na szczyt Amfiteatru stoi pod znakiem zapytania. Szkoda, bo po to tu przyjechaliśmy. W końcu to z Amfiteatru niteczką wody opada drugi (zaraz po Salto Angel w Wenezueli) najwyższy wodospad świata. Po kilku godzinach wątpliwości menedżerka hotelu godzi się jednak zabrać nas niezależnie od liczby chętnych. Najchętniej wybralibyśmy się tam sami, ale prawo tego zabrania. Ponoć trasa jest zupełnie nieoznakowana, a pogoda zmienia się w mgnieniu oka. Kilkoro turystów trzeba było ewakuować.

Burza nad Amfiteatrem...

No nic, skoro trzeba w grupie, to ruszamy w grupie…blisko 20 osób. To nie do końca nasza wizja kontemplowania pięknych widoków. Jednak gdy po godzinie bezchmurnego nieba, nagle horyzont zaciąga się ciemnymi chmurzyskami, zaczyna padać, a po chwili z oddali słychać uderzenia grzmotów, do tego szybko zbaczamy z wytyczonej ścieżki i zaczynamy wspinaczkę stromym korytem wyschniętego strumienia, obecność przewodnika uspokaja. Pogoda faktycznie jest tu kapryśna, bo gdy tylko dotrzemy na szczyt, chmury rozpływają się w powietrzu, a naszym oczom ukazuje się skąpany w słońcu Amfiteatr. Mgły jeszcze powrócą, ale na razie widoczność mamy świetną. Zerkamy w dół i nie trudno o zawrót głowy. Ściana Amfiteatru opada pionowo przez ponad 1000 metrów. Doskonałe miejsce do base jumpingu. Widzę, że Tomek się rozmarza. Trzeba się szybko stąd zabierać, bo jeszcze zechce mi tam skoczyć :)

Widok z Amfiteatru..

Ruszamy w stronę wodospadu Tugela. Kurcze, coś pięknego, jak to miejsce ma położenie! Szczyt Amfiteatru to całkiem płaska, rozległa równina, którą leniwie snuje się rzeka, wyglądem przypominająca raczej płyciutkie rozlewisko. Krajobraz jakich wiele. Tylko, że tu ta równina nagle urywa się niczym po potężnym trzęsieniu ziemi i pionowym klifem w kształcie podkowy opada stromo w przepaść. Spacer po tej rozległej łące poprzecinanej mokradłami w żadnym wypadku nie zapowiada dramatycznego wodospadu. Kilka lat temu ten niewinny wygląd zmylił też 8-letniego chłopca, który biwakował nad rzeką wraz ze szkolną wycieczką. W poszukiwaniu głębszego stawu, gdzie mógłby się wykąpać, dotarł nad samą krawędź, poślizgnął się i… ciało znaleziono następnego dnia 948m niżej – u stóp wodospadu.

Ten mały strumyk spada prawie 1000 metrów w dół...

My na górze nie spotykamy nikogo poza grupą lesothańskich pasterzy. Granica między RPA i Lesotho to w górach pojęcie płynne. Lesothańscy pasterze swobodnie przekraczają granicę i dopóki pozostają w górach nikomu to nie przeszkadza. Może z wyjątkiem turystów nocujących w górskiej chatce na szczycie, skąd ponoć notorycznie znikają jedzenie i ubrania. Pasterze wyglądają na postrzelonych – z radością i błyskiem w oku prezentują nam swoją skąpą bieliznę. Swoją drogą, kto by nie oszalał po tylu miesiącach w surowych górach?

Pasterze...

Na deser jeszcze tylko zastrzyk adrenaliny w trakcie szybkiego zjazdu po zawieszonych pionowo drabinkach i po godzinie jesteśmy już u stóp szczytu Sentinel. Znów zza chmur wychyla się słońce. Kurcze, pogoda w tych najwyższych południowoafrykańskich górach doskonale wie jak podkreślić nastrój.

Drakensberg

Amfiteatr