Browsing Posts published in Lipiec, 2010

Hiroszima – trzeba przyznać, że A-bomb Dome, szkielet budynku, który znajdował się tuż pod epicentrum eksplozji bomby atomowej, to dość przygnębiający widok. Podobnie zresztą, jak wizyta w muzeum Hiroszimy, gdzie pani wolontariuszka przewodnik podpytała nas, czy znamy 2 miejsca związane z II Wojną Światową, które jako jedyne wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Są tą A-bomb dome i Oświęcim – cudze chwalicie, swego nie znacie.

W muzeum można było poczytać o politycznym zapleczu ataku Amerykanów na Japonię (pierwotnie bomba miała spaść na Niemcy), technicznych sprawach związanych z bombami jądrowymi, obejrzeć przedmioty, które przetrwały wybuch (zegarki zatrzymane na 8.15-godzina wybuchu 6 sierpnia 1945), zdjęcia, makiety i manekiny przedstawiające osoby poparzone przez wybuch (temperatura w odległości kilku kilometrów od wybuchu sięgała 3000 stopni). I tak np. dowiedzieliśmy się, że najsilniejsza bomba atomowa zdetonowana przez Rosjan miała siłę ponad 3000 razy większą od tej w Hiroszimie – kilkukrotnie więcej niż wszystkie tradycyjne bomby i pociski użyte podczas całej II Wojny Światowej. Rosjanie skonstruowali bomby o kilkukrotnie większej sile, ale nie mogli ich testować ze względu na skażenie środowiska. Rosja ma obecnie około 16 000 głowic nuklearnych.  Jedna głowica mogłaby zrównać z ziemią 1/3 Polski. Pomyśleliśmy sobie, że może to i lepiej, że Kaczyński nie został prezydentem ;)

Jednak w całym tym wspominaniu był jasny promyk, to Children’s Peace Memorial Monument w Memorial Park. To pomnik dziewczynki Sadako, która w latach 50-tych zachorowała na białaczkę (bardzo częsty efekt uboczny promieniowania atomowego) i w szpitalu  postanowiła ułożyć  1000 żurawi  origami. Zgodnie z japońskim przysłowiem gwarantuje to spełnienie życzenia- ona chciała wyzdrowieć.  Sadako nie zdążyła, ale pracę dokończyli za nią jej szkolni koledzy. Od tamtej pory z całej Japonii wycieczki szkolne zwożą pod pomnik tysiące żurawi origami, ku pamięci dzieci poległych w trakcie wojny i na skutek promieniowania. Mieliśmy szczęście, trafiliśmy właśnie na taką wycieczkę.

Po krótkiej podróży pociągiem i promem dotarliśmy z Hiroszimy do wyspy Miyajima. Miejsce znane jest z pięknej świątyni i słynnej wielkiej Torii. Poza wielkością wyróżnia się tym, że w czasie odpływu można wokół niej spacerować, a w czasie przypływu żeglować. Tutaj też pierwszy raz w Japonii spotkaliśmy się z danielami. Później towarzyszyły nam jeszcze kilka razy. Zwierzęta są całkowicie oswojone i są bardzo ciekawe kontaktu z turystami z jednego błahego powodu – ŻARCIE! Są natrętne i bezczelne, ale również rzecz jasna „słodkie”. Zjedzą wszystko, co im się da, lub co zdołają sobie wyrwać – jeden spałaszował mapę. W dalszej części podróży, że w ich otoczeniu lepiej nie wyciągać jedzenia, bo natychmiast otoczy cię stado głodnych rogaczy.

PS:  Jesteśmy już w Chinach w Shanghaiu – przylecieliśmy dzisiaj z Osaki. Planowaliśmy nadrobić zaległości blogowe z ostatnich dni w Japonii, ale mamy mały kłopot – wygląda na to, że Chińczycy cenzurują internet. Nie działają takie serwisy jak Youtube, Facebook no i co gorsza Picasa, Web Album – usługa z której korzystamy przy dodawaniu galerii zdjęć. Jutro spróbujemy to jakoś obejść. Jeżeli ktoś ma jakieś pomysły jak wykiwać chiński rząd dajcie znać (coś z proxy pewnie można zrobić).

Osaka

2 comments

Tego dnia mieliśmy zarezerwowane bilety do Hiroshimy. Rano na stacji okazało się jednak, że na naszej trasie wykoleiły się dwa pociągi i shinkanseny do Hiroshimy są wstrzymane. Siła wyższa – do Hiroshimy pojedziemy jutro, a ten dzień spędzimy w Osace. Choć trzeba przyznać, że takie niezorganizowanie ze strony Japończyków bardzo nas zaskoczyło :)

Była 7:40 rano i cały dzień przed nami, więc  na początek pojechaliśmy do Himeji Castle. To jedyny taki zamek, średniowieczny można by rzecz,  zachowany w oryginale. Nie przeszedł zbyt wielu wojen.

Niestety, jak się okazało na miejscu, zamek jest akurat restaurowany (do stycznia 2011) i zamiast pięknych zdobień głównej wieży mogliśmy podziwiać znakomite japońskie rusztowania – zauroczyły nas pręty, deski i folie po stokroć solidniejsze i atrakcyjniejsze od tych polskich ;) Ale nie było tak źle, tylko front jest przesłonięty, reszta zamku jest już pięknie wybielona, a i turystów było w związku z tym sporo mniej :)

Drugą połowę dnia spędziliśmy w Osackim oceanarium – ponoć jedno z największych na świecie. Rybek na szczęście nikt nie restaurował – było super. Akwarium składa się z 8 poziomów. Zaczyna się od lądu znajdującego się na najwyższym poziomie – oglądamy tam skaczące delfiny i karmienie różnych fokopodobnyuch stworzeń. Później postaramy się umieścić filmy z oceanarium.

Z każdym kolejnym poziomem schodzimy w głąb oceanu. Przez wielki panoramiczne szyby oglądamy wielkie płaszczki i różne rodzaje rekinów. Na samym dnie są olbrzymie kraby wyglądające jak alieny z innej planety.

Po akwarium wskoczyliśmy jeszcze na wielki diabelski młyn (ponoć największy na świecie). Trochę się spóźniliśmy na zachód słońca, ale widoki i tak były świetne – szczególnie, że byliśmy w jednej z dwóch pełni przeszklonych kabin. Mogliśmy podziwiać to co przed nami, nad nami oraz pod nami – dla osób z lękiem wysokości niewskazane.

Tego dnia odkryliśmy też sklep, w którym wszystko jest po  105 jenów (około 4 PLN). Ciekawa sprawa. Jest to sieć dostępna w całej Japonii. Nie mają tam takiego badziewia jak u nas w tego typu nielicznych sklepach. Można tam kupić wszystko – niektóre sklepy mają trzy kondygnacje. No i uradowani w końcu zakupiliśmy długo polowane japonki :)

GALERIA ZDJĘĆ – OSAKA

Przyjechaliśmy do Nikko po południu. Po drodze pogoda była piękna, miła odmiana po Asahidake, ale… wjechaliśmy na stację i zanim pociąg zdążył się zatrzymać, zaczęło lać. I bardzo dobrze. Dzięki temu zatrzymaliśmy się w Guest Housie znajdującym się 300 metrów od stacji kolejki JR. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Urocze miejsce i przeeeesympatyczni właściciele.

Popołudnie spędziliśmy leniwie, wypoczywając podczas zakupów, prania i przygotowywania europejskiego obiadu (tego typu prace są dla nas jedyną formą odpoczynku od tego monotonnego zwiedzania ;) Spaghetti z pomidorami, tuńczykiem i parmezanem okazał się hitem wśród japońsko-amerykańskich biesiadników. Kolejnego dnia rano powróciliśmy do naszych codziennych obowiązków i wyruszyliśmy na podbój pięknego kompleksu świątyń w Nikko.

Wygląda na to, że monsun się skończył – Japońskie słońce zaczęło nam przyświecać. Wieczorem spotkała nas miłą niespodzianka. Nasza gospodyni zaproponowała nam sesję zdjęciową w kimonach. Jej znajoma ma sklep z kimonami i potrzebowała zdjęć na stronę internetową. Zazwyczaj turyści za taką przyjemność słono płacą, ale my załapaliśmy się na nią w ramach prezentu ślubnego ;) Początkowo podszedłem do tematu bardzo ochoczo, gdyż zrozumiałem, że tylko Paulina będzie pozować. W sklepie z kimonami okazało się, że byłem w błędzie. Nas oboje ubrano w japońskie wdzianka. Spotkaliśmy jeszcze Francuza, który mieszkał w naszym hostelu – siłą rzeczy został wciągnięty do całego przedsięwzięcia. Zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do studia fotograficznego. Zostaliśmy wyposażeni w atrybuty (parasolka, katana), a Paulina wystąpiła dodatkowo w ślubnym kolorowym płaszczu. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze przy słynnym moście Nikko, gdzie dokończyliśmy sesję w blasku księżyca :) Było super! Efekty możecie zobaczyć w galerii na końcu postu. Można je też będzie podziwiać na jakiejś japońskiej stronce, jak odkryjemy na jakiej, damy znać ;)

Ten dzień był jeszcze błogi z innego względu, zwłaszcza dla Pauliny, właściciele hostelu skierowali nas do taniego sklepu z warzywami i owocami, więc wieczór upłynął pod znakiem pysznej sałatki warzywnej i różnych owoców. A wspominamy to, bo jedynej rzeczy, której Japonii brakuje to owoców i warzyw, jest ich jak kot napłakał, a jak już cudem znajdziecie sklepik z owocami to piękne opakowane jabłuszko kosztuje 7 zł, a jeden banan 3 zł. Nawet warzywa (ogórki, pomidory) są drogie i niepopularne. Dziwny to kulinarnie naród, a mimo tego taki zdrowy. Ryby jednak robią swoje.

Kolejnego dnia pojechaliśmy do Chuzenji-onsen. Obejrzeliśmy wodospad Kegon Falls, pospacerowaliśmy nad jeziorem – jest na tyle malownicze, że co chwilę natykaliśmy się na posesje ambasadorów różnych krajów. Włosi udostępnili swoją dla turystów. Uznaliśmy, że po powrocie zmieniamy branżę i któreś z nas zostaje ambasadorem. Ambasador raz na rok ma pewnie coś do roboty poza siedzeniem w swojej rezydencji, więc pewnie wybór padnie na Paulinę. Współtowarzysz ambasadora obija się przez okrągły rok 24h na dobę, a korzysta ze wszystkich przywilejów – mnie to odpowiada.

Po południu pojechaliśmy do Utsonomiyi i wsiedliśmy w japoński pocisk pędzący do Osaki.

GALERIA ZDJĘĆ – NIKKO

GALERIA ZDJĘĆ – CHUZENJI-ONSEN

GALERIA ZDJĘĆ – SESJA W KIMONACH

Wybaczcie kilkudniową przerwę, ale ostatnie dni spędziliśmy w najmniej ucywilizowanym regionie Japonii – w Parku Narodowym Daisetsuzan.  Z Hakodate pojechaliśmy do Sapporo, stamtąd do Asahikawa i dalej do Asahidake. Żeby porównać do polskich realiów napiszemy, że Sapporo to taki Kraków, Asahikawa to Zakopane, a Asahidake to zakopiańskie Murzasichle – tyle, że dwa razy mniejsze, a dystanse między nimi  6 razy dłuższe. Cała miejscowość to kilka hoteli i schronisko, w którym mieliśmy się zatrzymać. Schronisko okazało się jednak nieziemsko drogie, więc zdecydowaliśmy się zrobić chrzest namiotu (cena za osobę w schronisku 9 000 Jenów = 320 zł, na polu namiotowym 500 Jenów). Matka natura potraktowała chrzest dość dosłownie i przez całą noc polewała nas systematycznie strumieniem wody. Namiot przetrwał. Rano pogoda również nie rozpieszczała, jednak poprawiło się na tyle, że postanowiliśmy zdobyć najwyższy szczyt wyspy Hokkaido – Asahi-dake, 2291m. Góra różni się od Rys głównie tym, że jest aktywnym wulkanem i gdzieniegdzie wypluwa strumienie dymu i pary, otumaniając zapachem siarki. Pomimo tego na szczyt weszliśmy bez większych problemów.

Na szczycie

Niesamowite, że pomimo różnic kulturowych pewne zwyczaje są uniwersalne – podobnie jak w Polsce turyści na górskich szlakach, pozdrawiają się mówiąc „dzień dobry”. Brzmi to bardziej jak „konnicziła”, ale z grubsza chodzi o to samo.  Na szlaku nie spotyka się pań w pantofelkach, jak na Świnicy. Wszyscy mają profesjonalny sprzęt – markowe buty, plecaki, spodnie, kurtki, czapeczki, rękawiczki, kijki, paski, kompasy, sznurowadła itp. Z naszym ekwipunkiem czuliśmy się jak śmondasy.

Po trudach całodniowej wędrówki spędziliśmy trochę czasu w jednym z licznych w Japonii Onsenów (kliknijcie na link żeby zobaczyć, co to). Kąpiel w gorącej wodzie była błoga.

Kolejna noc była jeszcze mocnej zakrapiana niż poprzednia. Pod namiotem stała woda w związku z czym spało się niczym na łóżku wodnym. Około 05:00 mieliśmy już spakowane i zabezpieczone wszystkie rzeczy – byliśmy gotowi do ewakuacji. Namiot zdał jednak egzamin. Co do kempingu dodam jeszcze, że na każdym kroku byliśmy ostrzegani przed wizytą niedźwiedzi, których w tym dzikim regionie jest dużo. Pole namiotowe było w lesie i nie miało ogrodzenia. Dodatkowo w łazience wisiała kartka ostrzegająca przed lisami, które mogą zniszczyć namiot szukając pożywienia. Ponoć nie przeszkadza im obecność człowieka i nie sposób ich przepędzić.

Wypadałoby w tym miejscu opisać jakąś sensacyjną historię spotkania z dzikimi bestiami, co by trochę urozmaicić bloga, jednak poza powodzią nic więcej nas w nocy nie nawiedziło.

Z Ashakidake udaliśmy się w drogę powrotną na południe. Po drodze zatrzymaliśmy się w Hakodate, gdzie nad morzem odbywał się akurat festiwal sztucznych ogni. Było super. Paulina podziwiała przystojnych, wystrojonych Japończyków, a ja… oglądałem sztuczne ognie – i tej wersji się trzymajmy ;)

Festiwal sztucznych ogni

GALERIA ZDJĘĆ – Japońskie Tatry

Ruszyliśmy się z Tokio. jeszcze nie wszystko tam zbadane, poznane, ale liczymy jeszcze na przystanek w stolicy w drodze powrotnej na południe. Tymczasem gdy Tokio żegnało nas przepięknym słońcem, my wsiedliśmy w pociąg, który zabrał nas na Hokkaido – najdalej na północ wysuniętą wyspę Japonii. Można się stąd dostać na oddalone o kilkadziesiąt kilometrów wyspy należące do Rosji. Pierwszym przystankiem jest Hakodate. Malowniczo położona na półwyspie nad północnym Pacyfikiem dawna osada rybacka. Widać tu trochę wpływów zagranicznych, są 2 prawosławne kościoły, kościółek katolicki i piękna świątynia shintu. Poza tym są też dawne magazyny rybackie, dziś przerobione na knajpki, gdzie znów łamiąc zasadę oszczędności, zjedliśmy przepyszną kolacyjkę z owoców morza.  Główną atrakcją miasta jest jednak Mt. Hakodate, górująca nad miastem góra, na którą można wjechać kolejką. Dla Japończyków największą atrakcją jest zrobienie sobie zdjęcia z góry nocą z widokiem na rozświetlone miasto, dlatego gdy przyjechaliśmy tam przed 6-tą na górze było kilka osób, gdy odjeżdżaliśmy sporo po 7-tej były już tłumy. A propos Japończyków i Hokkaido to rzuca się w oczy, że jesteśmy tu jedynymi podróżującymi białymi, gdziekolwiek nie pójdziemy jest mnóstwo turystów japońskich, ale białych prawie wcale. Nocowaliśmy w uroczym pensjonacie w pokoju ze świetnym widokiem.

Widok z okna

Do tego przesympatyczny manager hotelu, który przed odjazdem zaoferował się zawieźć  nas na stację kolejową. Za darmo, no może za jeden uśmiech :) Piszę to, bo to tutaj niezwykłe. Nie ma napiwków, bakszyszy, żadnych drobnych tipów, a czy to w restauracjach, czy w hostelu, czy w sklepie, czy w przydrożnej knajpce, każdy jest przemiły, usłużny i stara się być bardzo pomocny.

Hakodate wykorzystaliśmy też jako bazę wypadową do Omuna Quasi National Park- 20 minut pociągiem z Hakodate. Park to teren dwóch jezior otaczających wulkan Komaga-take z charakterystycznym szpiczastym szczytem. W piękny dzień widoki muszą być genialne, my mieliśmy widoki zmienne, na początku niebo było trochę zachmurzone, potem widoczność była coraz lepsza. W parku wypożyczyliśmy rowery i objechaliśmy jeziora dookoła, zatrzymując się w co bardziej malowniczych zatoczkach. Ogólnie super, zwłaszcza, że mogliśmy podpatrzeć Japończyków w swoim żywiole.

Trzeba przyznać, że niewiele im do szczęścia trzeba :)

GALERIA ZDJĘĆ – Wyspa Hokkaido