Browsing Posts published in Styczeń, 2011

Samochód wynajęliśmy w Auckland i do Auckland trzeba było wrócić. Do daty oddania samochodu w Aucklandowskim biurze zostało nam 5 dni, więc my jak to my postanowiliśmy je w pełni wykorzystać. Tempo, które sobie nadaliśmy chyba nas samych odrobinę przerosło. Ale po kolei.

Zaraz po przedostaniu się na Wyspę Północną przemknęliśmy tylko przez Wellington w kierunku znajomego już nam z poprzedniej wizyty rest area, gdzie w spokoju mogliśmy spędzić noc. Plan był taki, by kolejnego dnia dotrzeć już do miejscowości Waitomo, gdzie znajdują się rozsławione Waitomo Caves. Po drodze chcieliśmy jednak jeszcze rzucić okiem na idealnie stożkowatą sylwetkę wulkanu Taranaki. Żeby przyjrzeć się wulkanowi z bliska, trzeba zboczyć do Parku Narodowego Egmont. Mt Tarnaki to ciekawy widok właśnie ze względu na swój kształt. Wielki, idealny stożek wyrasta nagle jakby z morza. Dookoła ani śladu pagórków, wzgórz, czy gór, dlatego przy ładnej pogodzie tak łatwo dostrzec go naprawdę z daleka. A teraz pytanie do spostrzegawczych i wiernych czytelników bloga. Pamiętacie zdjęcie stożkowatej góry w świetle zachodzącego słońca, na tle zupełnie płaskiego horyzontu? Dla ułatwienia dodam, że zdjęcie pojawiło się w poście o Tongariro Alpine Crossing? To był właśnie Mt Taranaki widziany z odległości ponad 150 km. No więc dookoła płasko, a za nim już nic tylko Morze Tasmańskie. Poza tym Mt Taranaki zdobi okładkę przewodnika Lonely Planet  po Nowej Zelandii (takiej małej biblii dla każdego podróżnika dbającego o budżet), zapadł nam więc w pamięć. Do tego kto tylko pamięta Mt Fiji z filmu „Ostatni Samuraj” z Tomem Cruisem, tak naprawdę pamięta właśnie Taranaki. W Japonii nie udało nam się zobaczyć Mt Fiji, tym razem więc nie mogliśmy sobie odmówić. Nie wzięliśmy tylko pod uwagę, że ten idealny widok mogą nam przesłonić chmury. No nic zobaczyliśmy, ile się dało, pospacerowaliśmy wokół podnóża góry i ruszyliśmy do Waitomo.

A tam po raz pierwszy symptom gorączki szczytu sezonu. Waitomo słynie z dziesiątek oferowanych opcji eksploracji okolicznych wapiennych jaskiń. Można się do nich wślizgnąć po długiej linie, prześlizgnąć się przez nie w specjalnym kombinezonie na pontonie wielkości opony traktora, uprawiając wymyślony tu black water rafting. Można też przepłynąć przez nie łódką albo wpław, podziwiając święcące jasno glowworms, lub przecisnąć się przez jaskinię na piechotę, można też zrobić to wszystko naraz. Nam zamarzyła się przygoda 5 w 1, ale niestety jedyna firma, która ją oferowała w, jak na Nową Zelandię, przystępnej cenie (Rap,Raft’n’Rock) nie miała już żadnych wolnych miejsc na kolejny dzień. Zaczął się szczyt sezonu, przewodnik tylko wzruszył ramionami i stwierdził, że szkoda, że nie wpadliśmy miesiąc temu, gdy chętnych brakowało niemal każdego dnia. Dobrze, że naszym spaceshipem żadne przepełnione hostele nam niestraszne.

Odrobinę rozczarowani postanowiliśmy więc zwiedzić pobliskie jaskinie w bardziej tradycyjny sposób, łódką i na piechotę. Nawet ta przyjemność słono w szczycie sezonu kosztuje. Zdecydowaliśmy się więc na 2 jaskinie: ponoć najbardziej zjawiskowe Glowworm Cave i Aranui Cave. Oprócz ogromnych stalagmitów i stalaktytów największą atrakcją Glowworm Cave są, jak sama nazwa wskazuje, nieduże larwy, które niczym gwiazdy, rozświetlają sufit jaskini. Efekt faktycznie niesamowity, zupełna cisza (larwy nie lubią hałasu), co pewien czas tylko odgłos kapiącej wody (kochają za to wilgotność), a my upchani na małej łódce, która powoli przepływa przez wąskie korytarze rozgwieżdżone tysiącem malutkich światełek. Glowworms świecą, by przyciągnąć ofiary. W tym samym celu wiją sieć kilkunastu jedwabnych nici, w które, niczym w pajęczą sieć, złapią się muszki i inne małe owady.

Aranui Cave

Aranui Cave to z kolei przede wszystkim sieć niesamowitych korytarzy wyrzeźbionych w wapiennej skale przez ostanie dwa miliony lat. Jaskinia piękna, ale dla nas ciekawszy okazał się spacer po okolicy. Ścieżka prowadziła wzdłuż wejść do kilkunastu mniejszych jaskiń, przez kilka wąskich wapiennych korytarzy,  kończąc się na dużej skalnej grocie, do której wpływał strumień. Pewnie nie zdecydowalibyśmy się na samodzielną eksplorację ciemnej jaskini, gdyby nie odkryty tego samego dnia przewodnik NZ Frenzy. Spisany przez amerykańskiego podróżnika Scotta Cooka zbiór relacji i polecanych tras z dala od utartego szlaku był strzałem w dziesiątkę. Nie jest to tradycyjny przewodnik – źródło niezbędnych praktycznych informacji, a raczej zbiór pomysłów dla kampervanowców na przepiękny nocleg w dziczy lub kilka dni z dala od cywilizacji. Cook spisał wiele dotąd nieodkrytych punktów widokowych i tysiące rad, jak zupełnie za darmo i z dala od tłumów przeżyć prawdziwą nowozelandzką przygodę . Nasz spaceship zaopatrzony był tylko w wersję po Wyspie Północnej, nie zostało nam więc zbyt wiele czasu, by z niego skorzystać. Idąc więc za ciosem, wślizgnęliśmy się do jaskini (równie pięknej co te turystycznie rozpromowane, a zupełnie darmowej), a zaraz po tym, kierując się kolejnymi pomysłami z NZ, ruszyliśmy na Półwysep Coromandel.

Niewielkie miasteczko i zarazem półwysep na północno-wschodnim krańcu południowej wyspy przyciąga przede wszystkim ciekawskich rzadkiego widoku wytryskującej z morza fontanny wody i połyskujących w słońcu opasłych cielsk wielorybów.

Nam też zamarzyły się wymachujące ogonem olbrzymy. W trakcie naszej podróży mieliśmy już okazję przyjrzeć się  jednemu humbakowi na Fraser Island w Australii. Na Złotym Wybrzeżu mogliśmy się też wybrać na specjalny rejs obserwacyjny.  Wtedy uznaliśmy jednak, że koszt takiej wyprawy odrobinę przekracza nasz budżet i że spróbujemy szczęścia w Nowej Zelandii, gdzie sezon na podglądanie wielorybów trwa ponoć cały rok. Wydawało się, że trudno o lepsze miejsce jak Kaikoura, dawna wielorybnicza stacja. Dzięki tektonicznemu uskokowi położonemu blisko wybrzeża, samce kaszalotów  zamieszkują wody wokół półwyspu przez okrągły rok (samice wychowują młode w cieplejszych wodach Oceanii). Sezonowo wzdłuż brzegów miasteczka można także spotkać migrujące humbaki, orki oraz wieloryby biskajskie. Do tego miejscowy operator Whale Watch Kaikoura szczyci się 95% wskaźnikiem sukcesu w wypatrywaniu wielorybów. Czegóż więcej potrzeba do udanej wielorybniczej wyprawy?

Pogody. A tą mieliśmy okropną. Poprzedniego dnia pan w biurze Whale Watch z przekonaniem namawiał nas na poranny rejs wypływający o 7.00 rano. Jak twierdził, prognozy pogody wskazują na zdecydowanie dogodniejsze warunki o świcie. Był już koniec dnia, nad nami zbierały się ciemne chmurzyska, jego zapewnienia nie brzmiały więc przekonywująco , ale postanowiliśmy się posłuchać profesjonalisty.

O świcie (o tej porze roku w Nowej Zelandii słońce wschodzi późno, właśnie około 7.00) nic nie wskazywało na rychłe przejaśnienie, a nasz rejs odprawiono z wypisanym na czerwono ostrzeżeniem przed chorobą morską. Rozbujane silnymi wiatrami morze nie wyglądało zachęcająco, a to, że nie zdążyliśmy zjeść śniadania ani odrobinę nam nie pomagało. Jeszcze zanim wypłynęliśmy porządnie w morze, zrobiło nam się tak niedobrze, że chyba nawet pamiętny indonezyjski rejs nie nadwyrężył tak naszych żołądków. Po minach innych pasażerów i ich zielonkawych twarzach zgadnąć można było, że doskonale nas rozumieją. Łódka krążyła niczym bez celu, a na horyzoncie nie sposób było ujrzeć żadnego wieloryba. Nagle ktoś wykrzyknął „Whale” i po chwili kilkadziesiąt osób stało już na burcie, wypatrując charakterystycznej wytryskującej fontanny. Fontannę owszem ujrzeliśmy, ale sam kaszalot ledwo wychylił ciało z wody, by zaraz ponownie w niej zanurkować. Kilka minut później sytuacja się powtórzyła.

Jak tłumaczyła nam przewodniczka, musiał to być niedawno przybyły w te wody wieloryb, nieprzyzwyczajony do ludzi. Stali mieszkańcy zatoki są nam bowiem bardzo przyjaźni, chętnie podpływają do łodzi i popisują się wymyślnymi akrobacjami. No nic, ten wyraźnie przed nami uciekał. Może w innym miejscu dopisze nam więcej szczęścia. Na kolejnym przystanku wypatrzyliśmy jednak jedynie płynącego ku brzegu pingwina, opasłą fokę i niezwykle obżartego albatrosa, któremu spory brzuchol skutecznie uniemożliwiał wzbicie się w powietrze.

Nasz czas na otwartym morzu dobiegał końca, trzeba było wrócić do kabiny statku, gdzie w ramach pocieszania wyświetlono nam film przedstawiający różnorodne zachowania kaszalotów podpatrzone w trakcie poprzednich rejsów. Niestety choroba morska osiągnęła apogeum, nie sposób było na czymkolwiek choć przez chwilę skupić wzrok. Wieloryby stały nam się już zupełnie obojętne, byle tylko jak najszybciej przestało bujać.

Na lądzie, w ramach pocieszania otrzymaliśmy zwrot 80% kosztów rejsu, gwarantowany w przypadku nieudanej wyprawy. Sądziliśmy, że tych kilka wytryskujących w powietrze fontann liczy się jako udana wyprawa, więc uczciwość Whale Watch Kaikoura bardzo mile nas zaskoczyła.

Odzyskane stabilne podłoże postawiło nas na nogi. Trzeba było więc coś zrobić z odzyskanymi pieniędzmi i wciąż pustymi żołądkami. Skoro tak niespodziewanie do naszych kieszeni powróciło 250 dolarów, postanowiliśmy na pocieszenie zafundować sobie lokalny przysmak, langustę. Przepyszny śniadanio-obiad z widokiem na zatokę zdecydowanie przywrócił nam dobre humory i apetyt na dalsze poznawanie półwyspu.

Kolejne kroki skierowaliśmy więc do kolonii fok i lwów morskich położonej na północnym krańcu półwyspu. Jeszcze nigdy olbrzymy nie potraktowały nas z taką obojętnością. Wylegujący się dosłownie przy naszym spaceshipie lew morski zupełnie jakby na mnie nie zwracał uwagi. W przeciwieństwie do wielorybów te grubasy były chyba w pełni oswojone z ludźmi. To takie małe pocieszenie na pożegnanie Południowej Wyspy. Kaikoura pożegnała nas jednak jeszcze milszym akcentem- tuż przed naszym odjazdem ciemne chmury się rozstąpiły, ukazując nam wznoszące się na wysokość 2610 metrów npm szczyty pasma Seaward Kaikoura. Góry jakby wyłaniały się z oceanu. Oj, chętnie zostalibyśmy tam na dłużej. Jednak po ponad 2 tygodniach spędzonych na Południowej Wyspie trzeba było powoli wracać do Auckland.

Mt Cook

Comments off

Najwyższy szczyt Nowej Zelandii, Mt Cook (po maorysku Aoraki), leży w samym sercu parku narodowego o tej samej nazwie. I choć rzecz jasna sam szczyt jest faktycznie widowiskowy, park trzeba koniecznie odwiedzić przede wszystkim ze względu na wszystko co górę otacza: lodowce, polodowcowe jeziora o nieziemskim turkusowym kolorze, dryfujące na nich niewielkie góry lodowe, otaczające szczyt pasmo Alp Południowych i różnokolorowe łubiny, które latem rozkwiecają całą okolicę.

Nazwa Mt Cook pochodzi rzecz jasna od kapitana Jamesa Cooka. Sam Cook podczas swojej wyprawy wcale góry nie zauważył, ochrzcił jednak pasmo Alp Południowych, do których Mt Cook należy. Sto lat wcześniej zauważył ją za to i opisał Abel Tasman. Nikt mi nie wmówi, że historia jest sprawiedliwa. Zwłaszcza, że o niebo wdzięczniejsze pochodzenie ma nazwa maoryska, Aoraki, którą przywrócono zaledwie 12 lat temu. Zgodnie z legendą, Aoraki był młodym chłopcem, synem Rakinui, Ojca Niebios. Wraz z trzema braćmi wybrał się w podróż dookoła świata, jednak ich canoe utknął na rafie koralowej i wywrócił się do góry nogami. W poszukiwaniu ratunku, bracia wspięli się na najwyższej wystającą część łodzi, jednak lodowate południowe wiatry zamroziły ich i obróciły ich ciała w skałę. Ich łódź to dzisiejsza Południowa Wyspa, a sam Aoraki, jako najstarszy i najwyższy przerodził się w Mt Cook. Oby nie wszystkich wybierających się w podróż dookoła świata czekał taki koniec ;)

Nad jeziorem Tasman...

Inni twierdzą jednak, że Aoraki pochodzi od dawnego maoryskiego powiedzenia, iż szczyt przebija chmury. Teorii dotyczących pochodzenia nazwy jest wiele, tak jak i szlaków którymi można park przemierzać. Z kilkunastu dostępnych ścieżek my najpierw wybraliśmy drogę nad jezioro i lodowiec Tasman (no dobrze choć częściowo oddano mu sprawiedliwość). Nie wiem, czy widok, który zastaliśmy, nie był  jednym z absolutnych hitów całego naszego pobytu w Nowej Zelandii. Bladoniebieskie jezioro z dryfującymi na nim niewielkim górami lodowymi, z dwóch stron wykończone jęzorem lodowca jest po prostu nie z tej ziemi! Siedzieliśmy tak sobie, kontemplując te widoki godne komputerowo przetworzonego Władcy Pierścieni, aż wpadł nam do głowy pomysł, by przebić się nieco bliżej jęzora lodowca wzdłuż niewinnie wyglądającej sterty skał. Nie będę szczegółowo opisywać naszej „przygody”, grunt, że po ponad pół godziny udało nam się jakoś wydostać z labiryntu obsuwających się kamieni, wielkich skał i kujących krzaków i wrócić na główny szlak. Z nowo nabytym szacunkiem do DOC-u i jego wytyczonych tras, wspięliśmy się jeszcze na punkt widokowy, skąd można było przyjrzeć się z bliska lodowcu, Mt Cook, a także ukrytymi poniżej Blue Lakes (które dziś kolorem przypominają raczej intensywną trawiastą zieleń.)

Kolejną absolutnie konieczną trasą jest Hooker Valley Track. My nie mieliśmy już czasu na kilkugodzinny spacer do stóp kolejnego lodowca Hooker. Postanowiliśmy za to podejrzeć go z kolejnego punktu widokowego Kea Point. Po godzinie wędrówki naszym oczom ukazał się skąpany w zachodzącym słońcu Mt Cook widziany z przeciwnej niż poprzednim razem strony, lodowiec i dolina Hooker, a także położone znacznie poniżej jezioro Mueller i wysuwający się spomiędzy gór jęzor lodowca  Mueller. Dla wszystkich tych, którzy w okolicach Mt Cook spędzają choćby jeden dzień, punkt widokowy Kea Point to konieczny przystanek.

Wygląda na to, że skąd by na park nie spojrzeć, nie da się ominąć wzrokiem Mt Cook. A więc kilka słów na temat samego szczytu. Wnosząca się na wysokość 3755 metrów góra nie słynie ze swojej gościnności. Po raz pierwszy zdobyta dopiero w 1884 roku, wielokrotnie płatała jeszcze figle śmiałkom, którzy próbowali się na nią wspiąć. Jednym z nich, do tego pierwszym, który w 1948 roku zdobył szczyt od trudniejszej południowej strony  był narodowy bohater, Edmund Hillary. Kilka lat później Hillary jako pierwszy na świecie zdobył Mount Everest. W 1982 roku w jednej ze szczelin lodowca dwaj wspinacze utknęli na dziesięć dni. Akcję ratunkową śledził cały kraj. Uratowano ich, niestety w wyniku odmrożenia utracili nogi poniżej kolan. Jednak 20 lat później jeden z nich, Mark Inglis, powrócił i tym razem przy asyście kamer tryumfalnie pokonał górę.

Mt Cook

Jeśli jednak nawet nie zamierzacie wspinać się na Mt Cook, absolutnie trzeba tu przyjechać choćby ze względu na nieziemski kolor położonych na terenie parku polodowcowych jezior,  Pukaki i Tekapo. Niespotykany fluoroscencyjno niebieski kolor jeziora zawdzięczają zawieszonym w wodzie drobinkom tzw. skalnej mąki. Osad powstał, gdy lodowiec wyżłobił koryto jeziora. Intensywne tarcie skał wyściełających podłoże lodowca o napotykane na drodze kamienie tworzy miałki osad, który,  zawieszony w wodzie, nadaje jej charakterystyczny kolor, uniemożliwiając jednocześnie przenikanie promieni słonecznych. Rezultat? Z resztą zobaczcie sami…

Jeziora Pukaki i Tekapo


Mt Cook i okolice


Jezioro Tasman


Wszechobecne kwiaty


Na południu Nowej Zelandii żyje jeszcze mniej ludzi niż w pozostałej części kraju, dociera tam również mniej turystów. Dla przeciętnego Europejczyka teren może się wydawać bezludny. Na kilkudziesięciu kilometrach drogi minęły nas 3-4 samochody. Drogowcy pożałowali nawet na ten region asfaltu, przez co nasza przeprawa miała wyższy współczynnik ryzyka – szutrowe drogi nie były w zakresie naszego ubezpieczenia.

Późnym popołudniem dotarliśmy do Południowej Głowy (South Head) oddzielającej dwie zatoki – Curio i Porpoise. Na czubku głowy znajduje się kemping, na którym postanowiliśmy się zatrzymać. Oprócz pięknych widoków, miejsce zapewnia ciekawe towarzystwo. Kilkanaście metrów od nas nocowały beztrosko lwy morskie – z rozmieszczonych dookoła znaków wynikało, że ssaki te potrafią być bardzo niebezpieczne – oczywistym jest, że najgroźniejsze są kobiety w ciąży i matki z dziećmi ;)

Curio Bay znane jest z dwóch powodów. Po pierwsze w zatoce można spotkać jedne z najrzadziej występujących pingwinów na świecie – Pingwiny Żółtookie. Populacja w Nowej Zelandii szacowana jest na od 6000 do 7000. Ptaki zazwyczaj rano wypływają na polowanie i po całym dniu, późnym popołudniem wracają do swoich gniazd. Nie przepadają też za towarzystwem człowieka. Dlatego najłatwiej je spotkać tuż przed zachodem słońca. Trzeba przyznać, że te niezdarnie poruszające się serdelki mają w sobie dużo uroku. Ptaki są bardzo nieśmiałe – turyści muszą być bardzo ostrożni, by nie zakłócić ich rytuałów, zwłaszcza, gdy w gniazdach czekają na nie zmarznięte jaja.

Drugą atrakcją zatoki jest jeden z najlepiej zachowanych na świecie skamieniałych lasów jurajskich. 180 milionów lat temu w okolicy rósł las. Wówczas Nowa Zelandia znajdowała się na wschodnim krańcu  superkontynentu Gondwana, a większość dzisiejszej Południowej Wyspy na północ od Curio Bay znajdowało się pod wodą. Las był kilkakrotnie niszczony przez okoliczne wulkany. Przez miliony lat, zaimpregnowane minerałami, pogrzebane głęboko konary zmieniły się w kamień. Około 100 milionów lat temu Nowa Zelandia oddzieliła się on Gondwany i podryfowała na północ. Przez ostatnie 10 000 lat ukształtowała się linia brzegowa współczesnej Kiwilandii, morze wymyło piaskowiec i glinę odsłaniając skamieniałe ślady jurajskiego lasu. Uważny turysta może dostrzec gdzieniegdzie ślady skamieniałego pnia, a nawet liści, jednak miejsce to dostępne jest wyłącznie podczas odpływu. My nad zatokę Curio dotarliśmy po południu, morze wycofywało się powoli, ale do pełnego odpływu było jeszcze daleko. Nie zobaczyliśmy jurajskiego lasu w pełnej okazałości, mimo to na obmywanych przez fale skałach można było dostrzec coś na kształt pni.

Curio Bay

Kolejnym punktem na naszej trasie były Cathedral Caves – wielkie  nadmorskie jaskinie, nie bez przyczyny nazwane katedrami. Dostępne są jedynie przez 4 godziny w trakcie największego odpływu. Krótki spacer przez las i znaleźliśmy się już na plaży, która to z kolei doprowadziła nas do wejścia do pierwszej  jaskini. Pod koniec pierwszej skalnej komnaty wąski przesmyk prowadzi do kolejnej . Na jej końcu z kolei znajduje się malutka plaża z suchym piaskiem. Wygląda na to, że na samym krańcu jaskini można się schronić w trakcie przypływu – sprawdzimy to może jednak innym razem. Kilka mroczno-skaczących zdjęć i byliśmy już w drodze na północ.

Zatrzymaliśmy się dopiero ponad sto kilometrów dalej na krótką wizytę na półwyspie Otago. Półwysep położony na południowo wschodnim krańcu wyspy południowej jest mekką dla miłośników dzikich, morskich zwierząt – albatrosy, kormorany, pingwiny, foki i lwy morskie niemalże jedzą z ręki ;) Doskonałym sposobem na podglądanie całej piątki w jednym miejscu jest wizyta na rozległej nadmorskiej farmie Nature Wonders położonej na samym krańcu półwyspu. Dotarliśmy tam późnym popołudniem i jako ostatni klienci tego dnia załapaliśmy się na prywatną wycieczkę pokracznym pojazdem z napędem na osiem kół. Oprócz  tego Paulina miała okazję nakarmić małą owieczkę, której mama zmarła podczas porodu, a ja trenowałem przedramiona manewrując naszym spaceshipem między dziesiątkami/setkami/tysiącami królików biegających po okolicy.  Króliki są tutejszą plagą i szkodnikiem porównywalnym jedynie do possumów.

Zaspokoiwszy nasze zoologiczne potrzeby (??) wyruszyliśmy w kierunku najwyższego szczytu Nowej Zelandii – Mt. Cook. Przed nami kolejne kilkaset kilometrów na krętych Nowozelandzkich drogach. Długo nie mogliśmy znaleźć miejsca na nocleg, przez co przejechaliśmy znacznie więcej kilometrów niż planowaliśmy. W końcu około północy, zmęczeni niemiłosiernie nocną jazdą między królikami i possumami, zatrzymaliśmy się na jednym z bezobsługowych kempingów (tym na którym zostawia się pieniądze w skrzynce). Rano okazało się, że mieliśmy okazję nocować w całkiem ładnych okolicznościach przyrody, a do wielkiej góry zostało już nie wiele kilometrów. W drogę!

Curio Bay

Cathedral Caves

Półwysep Otago

W drodze...

Wola musiała być nam bardzo łaskawa, bo od momentu wjechania do Te Anau, największego miasta Fiordlandu, nie mogło być piękniej. Gdy tylko dotarliśmy nad jezioro Gun, kilkadziesiąt kilometrów dalej w stronę Milford Sound, niebo nad nami się rozstąpiło, oferując piękny zachód słońca. Bezwietrzna pogoda i odbijające się w tafli jeziora góry zapewniły świetną fototapetę dla wieczornej kolacji. Fajnie tak zatrzymywać się na noc w malowniczych miejscach. Szkoda tylko, że w Nowej Zelandii zdecydowana większość takich spektakularnych miejsc została już dawno podpatrzona i przechwycona przez DOC, odpowiednik naszego Ministerstwa Środowiska. Rezultat: za każdy taki malowniczy przystanek trzeba zapłacić średnio około 7-8 dolarów od osoby, choć w zamian DOC oferuje jedynie kibelki typu TOI TOI.

Wschód słońca nad jeziorem Gun

Następnego dnia z samego rana byliśmy już nad Milford Sound. To w końcu dla tej nietypowej zatoki co roku tłumy zjeżdżają w ten najsłabiej zaludniony region Nowej Zelandii, Fiordland. No właśnie, bo choć Milford wyglądem przypomina górskie jezioro, według nazwy jest raczej rozległą zatoką, technicznie to nic innego jak fiord. I to piękny fiord. Zwłaszcza z perspektywy niewielkiej łódki, która przez 2 godziny obwoziła nas wzdłuż brzegów fiordu, zatrzymując się na podglądanie leniwych fok i nieśmiałych malutkich pingwinów, ponoć najmniejszych pingwinów świata. Dzięki niewielkim gabarytom łódki mogliśmy podpłynąć na wyciagnięcie ręki do spływających po skałach wodospadów, zadzierając wysoko głowy, by przyjrzeć się wnoszącemu się na wysokość 1692 metrów npm Mitre Peak. Byliśmy w końcu na poziomie morza, ale ten wznoszący się ponad 1,5 kilometra wyżej szczyt wydawał się być tuż tuż. Perspektywa potrafi płatać figle.

Pamiętając, że Fiordland to oficjalnie najbardziej deszczowe miejsce świata – 220 deszczowych dni w roku, a przez kolejnych 50 niebo zasnute jest ciemnymi chmurami – wciąż nie mogliśmy się nadziwić swojemu szczęściu. Prawdziwego farta doświadczyliśmy jednak nieco później. Większość turystycznych łodzi rzuca jedynie okiem na Morze Tasmańskie i szybko zawraca do portu, nasza łódka miała wypłynąć nieco dalej. I było warto. Jak tylko staliśmy się jedyną łódką z widokiem na morskie wody, dołączyły do nas delfiny! Dołączyły i nie opuszczały nas przez kolejnych 5 minut. Mój dziecięcy pisk odzwierciedlający kompletną euforię jakoś ich nie odstraszył (ponoć delfiny lubią dziecięce głosy – choć pamiętając, że słyszą 8 razy głośniej niż człowiek, mam co do tego wątpliwości). Wręcz przeciwnie, 3 z nich zaczęły płynąć na dziobie naszej łódki, tak blisko, że wychylając się można było je dotknąć. Coraz szybciej i szybciej i szybciej…W pewnym momencie łódka płynęła już z taką prędkością, że poważnie bałam się, że zaraz się zderzymy. Jednak gdy kapitan rozwinął pełną prędkość, delfiny po prostu zniknęły w otchłani.

Z powrotem na lądzie zastanawialiśmy, co by tu zrobić z tak doskonale rozpoczętym dniem? Odpowiedź przyszła sama w postaci autostopowicza, którego podrzuciliśmy kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż jedynej Fiordlandowej drogi. Jak się okazało, doświadczony górski przewodnik z Queenstown, nie tylko polecił nam kilka przepięknych tras w okolicy, ale też opowiedział o historii regionu, jego maoryskich korzeniach i nowszej europejskiej eksploracji.  Zwrócił też naszą uwagę na łyse stoki po obu stronach Milford Road. Ponoć zdecydowana większość rosnących tam drzew jest zainfekowana jakimś złośliwym robakiem. Wystarczą poważniejsze opady śniegu, by drzewa niczym domino jedno po drugim zaczęły się zsuwać po zboczach, tworząc tak zwane drzewne lawiny. Drzewne lawiny to najczęstszy powód zamknięcia Milford Road zimą. W zeszłym roku taka lawina zastała ponoć na drodze 2 spacerowiczów, którym cudem udało się uciec w stronę Milford Sound. Szkody, które spowodowała wciąż widoczne były po obu stronach drogi, bowiem siła takiej lawiny produkuje podmuch, który zmiótł pas lasu także po drugiej stronie doliny. Oj, nie chciałabym być na miejscu tych dwojga!

Za to chętnie znalazłabym się na miejscu pierwszej europejskiej ekspedycji, która odkryła Marian Lake. 3-godzinny trek, który polecił nam nasz autostopowicz, okazał się strzałem w dziesiątkę. Nad jezioro dotarliśmy po południu, gdy wszyscy pozostali trekkerzy zaczynali już schodzić, dzięki czemu jezioro i okoliczne górskie szczyty mieliśmy tylko dla siebie.

Nad Marian Lake...

Skoro zrobiło się już tak późno, trzeba było znaleźć miejsce na nocleg. Gunns Camp, założone przez jednego z pierwszych górskich przewodników w regionie okazało się doskonałą bazą. Do kempingu przylega niewielkie, nieco ekscentryczne muzeum przestawiające życiowe perypetie górskich przewodników, a także historię pierwszych górskich ekspedycji, które wytyczyły większość dostępnych dziś szlaków.

Między innymi dość łatwego szlaku na Key Summit, gdzie wybraliśmy się kolejnego ranka. Do wszystkich tych, którzy wybierają się do Nowej Zelandii, kierunek konieczny! Przepiękne widoki na 3 doliny, między innymi odwiedzone poprzedniego dnia Marian Lake, dostępne po niezbyt męczącej 1,5 godzinnej wspinaczce.

Wraz z naszą wspinaczką na Key Summit skończyło się nasze pogodowe szczęście. Niebo zasnuło się chmurami, więc opuściliśmy malownicze okolice Milford i zaszyliśmy się na noc w stolicy Fiordlandu, Te Anau.

Widok z Key Summit

Samo Te Anau to nieduże miasteczko położone nad jeziorem o takiej samej nazwie. Jest jednak świetnym przystankiem na odpoczynek po Milfordowych wspinaczkach, a także nienajgorszą bazą do wypadów na quadach z widokiem na okoliczne jeziora, łąki, góry i pagórki. Korzystając z okazji, i my postanowiliśmy spróbować szczęścia na tym nieodzownym atrybucie każdego nowozelandzkiego farmera. W doskonałych humorach, gotowi na świetną zabawę, wsiedliśmy na nasze quady. Mina zrzedła mi dopiero, gdy zorientowałam się, że skrzynia biegów jest manualna (dla wszystkich niewtajemniczonych, tak tak, mimo dwóch skończonych kursów na prawo jazdy, jakoś nie udało mi się dotrzeć na żaden egzamin). Jednak jakąś żyłkę kierowcy rajdowego muszę mieć, bo mimo początkowych trudności w rozeznaniu się, jak to wszystko działa, dwie godziny później śmigaliśmy już między owcami po okolicznych wzgórzach.

Po takie zaprawie powinnam chyba przejąć stery naszego spaceshipa. Niestety za kółko musiał wrócić nasz jedyny licencjonowany kierowca, Tomek. Jeden dzień w Te Anau wystarczy, ruszyliśmy w drogę. Kierunek: najdalej wysunięte na południe wybrzeże Nowej Zelandii!

Milford Sound

Key Summit i Marian Lake

W drodze