Browsing Posts in Argentyna

Bydło przyjechało do Argentyny razem z pierwszymi kolonizatorami z Europy. Skoro współczesna argentyńska krowa jest potomkiem prababki z Europy, jak to jest, że wołowina w tym kraju jest najlepsza na świecie, a jej smaku nie sposób opisać słowami?

Miejscowi mówią, że kluczem do sukcesu jest dieta. Argentyńskie krowy zajadają się wyśmienitą patagońską trawą pozbawioną wszystkich świństw (takich jak antybiotyki i hormony wzrostu), którymi faszerowane są amerykańskie i europejskie siostry. Dodajmy do tego duże otwarte przestrzenie, nieskazitelnie czyste powietrze, piękne widoki – czegóż krowa może chcieć więcej? Wszystko to przekłada się na jakość i smak. Ponoć mięso zwierzęcia umierającego w cierpieniach i stresie smakuje gorzej niż tego zabitego w „cywilizowany” sposób. Cóż… tutejsze krowy pod opieką lokalnych gauchos za dużo stresów w życiu nie mają… Nie to co owce w Nowej Zelandii… ;)

Po lekturze menu lokalnej parrilli (argentyński steak house) przeciętny nielatynoski konsument może być nieco zmieszany. Zamiast jednego steka wołowego znajdziecie tam co najmniej 10 różnych odmian wołowiny. W lokalnych „mięsnych” jest jeszcze gorzej. Na ścianach każdego sklepu wisi wizerunek krowy podzielonej na kilkadziesiąt segmentów. Obok znajduje się rozpiska, który z segmentów nadaje się do gotowania, grillowania, pieczenia, itd.

Każdy różni się smakiem, soczystością, konsystencją – niektóre smakują jak niebo w gębie, inne jak dwa nieba, a jeszcze inne jak trzy!

Ale pyszne mięso nie wystarczy – trzeba je jeszcze pysznie przygotować. I tu po raz kolejny Argentyna nie ma sobie równych. Barbecue jest rytuałem – odnoszę wrażenie, że każdy Argentyńczyk perfekcyjną sztukę grillowania ma zapisaną w genach.

Po pierwsze, do barbecue zawsze używa się tu węgla – nie tak jak np. w Australii blachy rozgrzanej palnikiem gazowym. Grille są wielkie, najczęściej domowej roboty – beczka, kilka prętów, łańcuch, spawarka i do roboty. Bardzo ważny jest precyzyjny system regulacji wysokości rusztu nad żarem – odpowiednia temperatura jest kluczem do sukcesu.

Polski grillowicz przygotowując karkówkę na grilla zawsze pamięta o marynacie – kotlety umaziane w dziesiątkach sosów i przypraw moczy się przez kilka godzin. W Argentynie za takie potraktowanie mięsa prawdopodobnie zostalibyście ukamieniowani. Tutaj na grilla trafia mięso „prosto od krowy” – żadnych przypraw. Wielkość grillowanego kawałka zależy od rodzaju wołowiny i ilości osób, ale najczęściej jest to jeden wielki kawał mięcha – 5, 7, 10 kilo nie stanowi problemu.

http://www.loupiote.com/photos_m/4462077258-meat-chorizo-barbecue.jpg

Wielkość kawałka decyduje o tym ile czasu będziemy grillować. Podstawowa zasada barbecue – zero pośpiechu! Odpowiednie rozgrzanie węgla i przygotowanie mięsa zajmuje dużo czasu, więc rytuał zaczynamy zanim poczujemy się głodni, tak aby pospieszające nas głodne brzuchy nie zaprzepaściły całej procedury. W USA czy Australii pokrojone steki grilluje się krótko w wysokiej temperaturze. Tutaj wołowina potrafi „dojrzewać” na grillu około 40 minut. Jedna z zasad mówi, że właściwa temperatura jest na tej wysokości, na której możemy trzymać dłoń przez 5 sekund zanim zacznie nas parzyć. Ale tutaj wchodzimy już w szczegóły, którymi poszczególne szkoły argentyńskie mogą się różnić.

A co z przyprawami? Jedynym „ciałem obcym” dodawanym do mięsa jest sól. Solimy w końcowym procesie grillowania lub na talerzu – sól sprawia, że mięso twardnieje i traci soczystość, a tego przecież nie chcemy.

Na koniec dodam, że przeciętny Argentyńczyk zjada około 70kg wołowiny rocznie, więc możemy chyba uznać ich za ekspertów i przy następnych weekendowym grillu spróbować argentyńskiej szkoły grillowania.

SMACZNEGO!

Po przeciwnej stronie granicy do Pucón leży górska miejscowość Bariloche – argentyńskie Zakopane pulsujące życiem przez okrągły rok. Teraz jest akurat szczyt letniego sezonu trekkingowego, więc postanawiamy spróbować swoich sił po argentyńskiej stronie Andów. Najpierw zatrzymamy się jednak w Villa La Angostura – mniejszym górskim miasteczku na trasie do Bariloche. Choć to dosłownie rzut beretem dotrzeć z Pucón do Bariloche wcale nie jest łatwo. W Osorno, gdzie mieliśmy sie przesiąść, pani proponuje nam 2 ostatnie tego dnia bilety, ale teraz jesteśmy w czwórkę :) Trudno, kupujemy więc miejscówki na kolejny dzień i ruszamy w poszukiwaniu noclegu. Osorno to wyjątkowo mało urodziwa miejscowość, więc szczęście, że nie utknęliśmy tu na dłużej. A o tym jak niewiele do tego brakowało przekonujemy się kolejnego dnia, gdy nasz autobus utknął na granicy i opóźnia się w nieskończoność. Kilka godzin później przemoczone pupy od mokrych foteli autokaru, przypominają nam, że jedziemy do Argentyny.

Villa La Angostura

Pisaliśmy już, że Argentyna nie zrobiła na nas ostatnio najlepszego wrażenia? Tym razem zaczęło się od cieknącego autokaru. Szczyt sezonu w Argentynie wciąż trwa, a Argentyńczycy zupełnie jak Chińczycy ubóstwiają swój kraj. Zaraz po przyjeździe do Villa la Angostura okazuje się więc, że wszystkie hostele są zabukowane, w prywatnych kwaterach brak wolnych łóżek, a kolejka do informacji turystycznej zapowiada godzinę czekania. Nie mamy wyjścia, bierzemy co dają, czyli poddasze w prywatnym domu jakiegoś spotkanego Argentyńczyka. Jak na złość taksówkarz odmawia zabrania 4 osób, więc po godzinie drałowania w deszczu z ciężkim plecakiem pukamy do drzwi. W środku pustka. Wezwany przez sąsiada właściciel przyjeżdża po pół godzinie wyraźnie wkurzony. Jak się okazuje pod naszą nieobecność, widząc nasze niezdecydowanie, zdążył już załatwić sobie kolejnych lokatorów. I to ilu? Dzielimy malutki domek z 8 osobami. O poddaszu na wyłączność możemy zapomnieć. Na szczęście ułagodzony właściciel przestaje buchać złością, po chwili z szerokim uśmiechem zaczyna nam nawet opowiadać historię swojego życia.

A okolice Villa la Angostura? Wejście do parku narodowego Los Arrayanes okazuje się nieziemsko drogie: 50 pesos dla obcokrajowców wobec 10-20 pesos dla Argentyńczyków. O nie, nie damy tak z siebie zedrzeć. Zadowalamy się więc widokiem jeziora Nahuel Huapi z pobliskich punktów widokowych. Z nieba siączy deszcz, na pocieszenie więc zaopatrujemy się w cały asortyment kakaowych pyszności. Villa la Angostura słynie z wyrobów czekoladowych. Witryny sklepowe kuszą słodkościami, a w co poniektórych można podejrzeć cukierników, przygotowujących pyszności :)

Z pełnymi brzuchami ruszamy więc do Bariloche. Nauczeni doświadczeniem zabukowaliśmy wcześniej nocleg. Tym razem nasze powitanie jest więc nieco bardziej przyjazne. Bariloche to piękna górska miejscowość po drugiej stronie jeziora Nahuel Huapi. Niczym Pucón słynie z licznych pobudzających adrenalinę atrakcji. Aż trudno się zdecydować. W końcu postanawiamy adrenalinę dostarczyć sobie sami. Na rowerach przemierzymy tzw. Circuito Chico, malowniczą 25-kilometrową trasę zataczającą pętlę wzdłuż półwyspu Llao-Llao. Nie obejdzie się oczywiście bez licznych odbić na punkty widokowe, leniwych przystanków na plaży na lunch, a także pysznego obiadu w położonym na trasie browarze. Ważone lokalnie piwo pyszne, tylko jak tu po nim wdrapać się z powrotem na rower? Stan i Tomek wydają się nim nie wzruszeni, więc i mnie udziela się adrenalina towarzysząca ostatniemu odcinkowi trasy. Tak bardzo, że niemal przegapiam metę i z wyraźną chęcią zaczynam pętelkę od nowa. Nie wiem, czy to już kwestia wprawy, czy motywujących współcyklistów, ale nie odczuwam zmęczenia.

Zmęczenie pojawi się za to dopiero kolejnego dnia, gdy z samego rana zwlekamy się z łóżka z misją szybkiego pakowania plecaków. Ruszamy w góry. Pierwszy patagoński trekking przed nami! Trasa prowadzi przez Refugios Grey i Jacob i kończy się po drugiej stronie gór, jakieś 5 kilometrów od drogi, która zabierze nas z powrotem do miasta. Według podanych czasów czeka nas co najmniej 6-9 godzin wędrówki dziennie. Na szczęście okazuje się, że Argentyna to nie Nowa Zelandia i czasy uda nam się znacznie skrócić.

Pierwszy odcinek trasy prowadzi wzdłuż jeziora Gutierrez. W oddali rozciąga się Bariloche, biało-szarawe gałęzie martwych drzew kontrastują z błękitem jeziora. Pięknie! A to dopiero sam początek.

Przez kolejne 3 dni spędzimy 2 noce pod rozgwieżdżonym patagońskim niebem, na brzegu lagun Tonchek i Jakob, przemierzymy kilkadziesiąt kilometrów, wdrapując się po żółtawych głazach, czołgając się po pionowych granitowych ściankach lub z dziecięcą frajdą ześlizgując się kilkaset metrów na sam dół doliny w wulkanicznym pyle. Kilkakrotnie przekroczymy wartką rzekę, o własnych siłach, bądź wspierając się na rozwieszonych linach, korzystając z okazji, by uzupełnić zapasy pitnej wody. Ale przede wszystkim będą to 3 dni obcowania z pięknem przyrody Cerro Catedral i doliny Casa de Piedra, a także mniejszych lagun Los Tempanos i Schmoll, 3 dni kontemplowania wszystkich odcieni błękitu napotkanych lagun i bezchmurnego nieba, a także nieskazitelnej bieli dryfujących gdzieniegdzie kawałków lodu.

Nad laguną Tonchek..

Jako, że pierwszego dnia głównie się wspinaliśmy, drugi dzień spędziliśmy w przepięknej wysokogórskiej scenerii, trzeciego dnia trzeba było zacząć schodzić. I to ten odcinek dał nam najbardziej w kość. Biorąc po uwagę wrodzoną niechęć Tomka do ciągnących się w nieskończoność dolin i moje pogarszające się z każdą minutą samopoczucie, ostatnie 21 kilometrów zdawało się nie mieć końca. Na szczęście na ostatnim odcinku 4 kilometrów zlitowała się nad nami wojskowa ciężarówka, która podrzuciła nas do drogi, skąd autobusem wróciliśmy już do Bariloche. I choć ten ostatni dzień na szlaku odchorowałam bólami mięśni i wysoką gorączką, było warto! 3 dni z dala od cywilizacji dały nam przedsmak piękna Patagonii. Złapaliśmy bakcyla, w patagońskich górach spędzimy jeszcze niejedną noc!

Villa La Angostura

Na rowerach w Bariloche

Treking w Bariloche

Po przeciwnej stronie granicy do Pucón leży górska miejscowość Bariloche – argentyńskie Zakopane pulsujące życiem przez okrągły rok. Teraz jest akurat szczyt letniego sezonu trekkingowego, więc postanawiamy spróbować swoich sił po argentyńskiej stronie Andów. Najpierw zatrzymamy się jednak w Villa La Angostura – mniejszym górskim miasteczku na trasie do Bariloche. Choć to dosłownie rzut beretem dotrzeć z Pucón do Bariloche wcale nie jest łatwo. W Osorno, gdzie mieliśmy sie przesiąść, pani proponuje nam 2 ostatnie tego dnia bilety, ale teraz jesteśmy w czwórkę J Trudno, kupujemy wiec miejscówki na kolejny dzień i ruszamy w poszukiwaniu noclegu. Osorno to wyjątkowo mało urodziwa miejscowość, wiec szczęście, że nie utknęliśmy tu na dłużej. A o tym jak niewiele do tego brakowało przekonujemy sie kolejnego dnia, gdy nasz autobus utknął na granicy i opóźnia się w nieskończoność. Kilka godzin później przemoczone pupy od mokrych foteli autokaru, przypominają nam, że jedziemy do Argentyny.

Foto villa

Pisaliśmy już, że Argentyna nie zrobiła na nas ostatnio najlepszego wrażenia? Tym razem zaczęło się od cieknącego autokaru. Szczyt sezonu w Argentynie wciąż trwa, a Argentyńczycy zupełnie jak Chińczycy ubóstwiają swój kraj. Zaraz po przyjeździe do Villa la Angostura okazuje się więc, że wszystkie hostele są zabukowane, w prywatnych kwaterach brak wolnych łóżek, a kolejka do informacji turystycznej zapowiada godzinę czekania. Nie mamy wyjścia, bierzemy co dają, czyli poddasze w prywatnym domu jakiegoś spotkanego Argentyńczyka. Jak na złość taksówkarz odmawia zabrania 4 osób, więc po godzinie drałowania w deszczu z ciężkim plecakiem pukamy do drzwi. W środku pustka. Wezwany przez sąsiada właściciel przyjeżdża po pół godzinie wyraźnie wkurzony. Jak się okazuje pod naszą nieobecność, widząc nasze niezdecydowanie, zdążył już załatwić sobie kolejnych lokatorów. I to ilu? Dzielimy malutki domek z 8 osobami. O poddaszu na wyłączność możemy zapomnieć. Na szczęście ułagodzony właściciel przestaje buchać złością, po chwili z szerokim uśmiechem zaczyna nam nawet opowiadać historię swojego życia.

Foto skok

A okolice Villa la Angostura? Wejście do parku narodowego Los Arrayanes okazuje się nieziemsko drogie: 50 pesos dla obcokrajowców wobec 10-20 pesos dla Argentyńczyków. O nie, nie damy tak z siebie zedrzeć. Zadowalamy się więc widokiem jeziora Nahuel Huapi z pobliskich punktów widokowych. Z nieba siączy deszcz, na pocieszenie więc zaopatrujemy się w cały asortyment kakaowych pyszności. Villa la Angostura słynie z wyrobów czekoladowych. Witryny sklepowe kuszą słodkościami, a w co poniektórych można podejrzeć cukierników, przygotowujących pyszności J

Z pełnymi brzuchami ruszamy więc do Bariloche. Nauczeni doświadczeniem zabukowaliśmy wcześniej nocleg. Tym razem nasze powitanie jest więc nieco bardziej przyjazne. Bariloche to piękna górska miejscowość po drugiej stronie jeziora Nahuel Huapi. Niczym Pucón słynie z licznych pobudzających adrenalinę atrakcji. Aż trudno się zdecydować. W końcu postanawiamy adrenalinę dostarczyć sobie sami. Na rowerach przemierzymy tzw. Circuito Chico, malowniczą 25-kilometrową trasę zataczającą pętlę wzdłuż półwyspu Llao-Llao. Nie obejdzie się oczywiście bez licznych odbić na punkty widokowe, leniwych przystanków na plaży na lunch, a także pysznego obiadu w położonym na trasie browarze. Ważone lokalnie piwo pyszne, tylko jak tu po nim wdrapać się z powrotem na rower? Stan i Tomek wydają się nim nie wzruszeni, więc i mnie udziela się adrenalina towarzysząca ostatniemu odcinkowi trasy. Tak bardzo, że niemal przegapiam metę i z wyraźną chęcią zaczynam pętelkę od nowa. Nie wiem, czy to już kwestia wprawy, czy motywujących współcyklistów, ale nie odczuwam zmęczenia.

Foto pailina

Zmęczenie pojawi się za to dopiero kolejnego dnia, gdy z samego rana zwlekamy się z łóżka z misją szybkiego pakowania plecaków. Ruszamy w góry. Pierwszy patagoński trekking przed nami! Trasa prowadzi przez Refugios Grey i Jacob i kończy się po drugiej stronie gór, jakieś 5 kilometrów od drogi, która zabierze nas z powrotem do miasta. Według podanych czasów czeka nas co najmniej 6-9 godzin wędrówki dziennie. Na szczęście okazuje się, że Argentyna to nie Nowa Zelandia i czasy uda nam się znacznie skrócić.

Pierwszy odcinek trasy prowadzi wzdłuż jeziora Gutierrez. W oddali rozciąga się Bariloche, biało-szarawe gałęzie martwych drzew kontrastują z błękitem jeziora. Pięknie! A to dopiero sam początek.

Foto drzewa

Przez kolejne 3 dni spędzimy 2 noce pod rozgwieżdżonym patagońskim niebem, na brzegu lagun Tonchek i Jakob, przemierzymy kilkadziesiąt kilometrów, wdrapując się po żółtawych głazach, czołgając się po pionowych granitowych ściankach lub z dziecięcą frajdą ześlizgując się kilkaset metrów na sam dół doliny w wulkanicznym pyle. Kilkakrotnie przekroczymy wartką rzekę, o własnych siłach, bądź wspierając się na rozwieszonych linach, korzystając z okazji, by uzupełnić zapasy pitnej wody. Ale przede wszystkim będą to 3 dni obcowania z pięknem przyrody Cerro Catedral i doliny Casa de Piedra, a także mniejszych lagun Los Tempanos i Schmoll, 3 dni kontemplowania wszystkich odcieni błękitu napotkanych lagun i bezchmurnego nieba, a także nieskazitelnej bieli dryfujących gdzieniegdzie kawałków lodu.

foto

Jako, że pierwszego dnia głównie się wspinaliśmy, drugi dzień spędziliśmy w przepięknej wysokogórskiej scenerii, trzeciego

Po przeciwnej stronie granicy do Pucón leży górska miejscowość Bariloche – argentyńskie Zakopane pulsujące życiem przez okrągły rok. Teraz jest akurat szczyt letniego sezonu trekkingowego, więc postanawiamy spróbować swoich sił po argentyńskiej stronie Andów. Najpierw zatrzymamy się jednak w Villa La Angostura – mniejszym górskim miasteczku na trasie do Bariloche. Choć to dosłownie rzut beretem dotrzeć z Pucón do Bariloche wcale nie jest łatwo. W Osorno, gdzie mieliśmy sie przesiąść, pani proponuje nam 2 ostatnie tego dnia bilety, ale teraz jesteśmy w czwórkę J Trudno, kupujemy wiec miejscówki na kolejny dzień i ruszamy w poszukiwaniu noclegu. Osorno to wyjątkowo mało urodziwa miejscowość, wiec szczęście, że nie utknęliśmy tu na dłużej. A o tym jak niewiele do tego brakowało przekonujemy sie kolejnego dnia, gdy nasz autobus utknął na granicy i opóźnia się w nieskończoność. Kilka godzin później przemoczone pupy od mokrych foteli autokaru, przypominają nam, że jedziemy do Argentyny.

Foto villa

Pisaliśmy już, że Argentyna nie zrobiła na nas ostatnio najlepszego wrażenia? Tym razem zaczęło się od cieknącego autokaru. Szczyt sezonu w Argentynie wciąż trwa, a Argentyńczycy zupełnie jak Chińczycy ubóstwiają swój kraj. Zaraz po przyjeździe do Villa la Angostura okazuje się więc, że wszystkie hostele są zabukowane, w prywatnych kwaterach brak wolnych łóżek, a kolejka do informacji turystycznej zapowiada godzinę czekania. Nie mamy wyjścia, bierzemy co dają, czyli poddasze w prywatnym domu jakiegoś spotkanego Argentyńczyka. Jak na złość taksówkarz odmawia zabrania 4 osób, więc po godzinie drałowania w deszczu z ciężkim plecakiem pukamy do drzwi. W środku pustka. Wezwany przez sąsiada właściciel przyjeżdża po pół godzinie wyraźnie wkurzony. Jak się okazuje pod naszą nieobecność, widząc nasze niezdecydowanie, zdążył już załatwić sobie kolejnych lokatorów. I to ilu? Dzielimy malutki domek z 8 osobami. O poddaszu na wyłączność możemy zapomnieć. Na szczęście ułagodzony właściciel przestaje buchać złością, po chwili z szerokim uśmiechem zaczyna nam nawet opowiadać historię swojego życia.

Foto skok

A okolice Villa la Angostura? Wejście do parku narodowego Los Arrayanes okazuje się nieziemsko drogie: 50 pesos dla obcokrajowców wobec 10-20 pesos dla Argentyńczyków. O nie, nie damy tak z siebie zedrzeć. Zadowalamy się więc widokiem jeziora Nahuel Huapi z pobliskich punktów widokowych. Z nieba siączy deszcz, na pocieszenie więc zaopatrujemy się w cały asortyment kakaowych pyszności. Villa la Angostura słynie z wyrobów czekoladowych. Witryny sklepowe kuszą słodkościami, a w co poniektórych można podejrzeć cukierników, przygotowujących pyszności J

Z pełnymi brzuchami ruszamy więc do Bariloche. Nauczeni doświadczeniem zabukowaliśmy wcześniej nocleg. Tym razem nasze powitanie jest więc nieco bardziej przyjazne. Bariloche to piękna górska miejscowość po drugiej stronie jeziora Nahuel Huapi. Niczym Pucón słynie z licznych pobudzających adrenalinę atrakcji. Aż trudno się zdecydować. W końcu postanawiamy adrenalinę dostarczyć sobie sami. Na rowerach przemierzymy tzw. Circuito Chico, malowniczą 25-kilometrową trasę zataczającą pętlę wzdłuż półwyspu Llao-Llao. Nie obejdzie się oczywiście bez licznych odbić na punkty widokowe, leniwych przystanków na plaży na lunch, a także pysznego obiadu w położonym na trasie browarze. Ważone lokalnie piwo pyszne, tylko jak tu po nim wdrapać się z powrotem na rower? Stan i Tomek wydają się nim nie wzruszeni, więc i mnie udziela się adrenalina towarzysząca ostatniemu odcinkowi trasy. Tak bardzo, że niemal przegapiam metę i z wyraźną chęcią zaczynam pętelkę od nowa. Nie wiem, czy to już kwestia wprawy, czy motywujących współcyklistów, ale nie odczuwam zmęczenia.

Foto pailina

Zmęczenie pojawi się za to dopiero kolejnego dnia, gdy z samego rana zwlekamy się z łóżka z misją szybkiego pakowania plecaków. Ruszamy w góry. Pierwszy patagoński trekking przed nami! Trasa prowadzi przez Refugios Grey i Jacob i kończy się po drugiej stronie gór, jakieś 5 kilometrów od drogi, która zabierze nas z powrotem do miasta. Według podanych czasów czeka nas co najmniej 6-9 godzin wędrówki dziennie. Na szczęście okazuje się, że Argentyna to nie Nowa Zelandia i czasy uda nam się znacznie skrócić.

Pierwszy odcinek trasy prowadzi wzdłuż jeziora Gutierrez. W oddali rozciąga się Bariloche, biało-szarawe gałęzie martwych drzew kontrastują z błękitem jeziora. Pięknie! A to dopiero sam początek.

Foto drzewa

Przez kolejne 3 dni spędzimy 2 noce pod rozgwieżdżonym patagońskim niebem, na brzegu lagun Tonchek i Jakob, przemierzymy kilkadziesiąt kilometrów, wdrapując się po żółtawych głazach, czołgając się po pionowych granitowych ściankach lub z dziecięcą frajdą ześlizgując się kilkaset metrów na sam dół doliny w wulkanicznym pyle. Kilkakrotnie przekroczymy wartką rzekę, o własnych siłach, bądź wspierając się na rozwieszonych linach, korzystając z okazji, by uzupełnić zapasy pitnej wody. Ale przede wszystkim będą to 3 dni obcowania z pięknem przyrody Cerro Catedral i doliny Casa de Piedra, a także mniejszych lagun Los Tempanos i Schmoll, 3 dni kontemplowania wszystkich odcieni błękitu napotkanych lagun i bezchmurnego nieba, a także nieskazitelnej bieli dryfujących gdzieniegdzie kawałków lodu.

foto

Jako, że pierwszego dnia głównie się wspinaliśmy, drugi dzień spędziliśmy w przepięknej wysokogórskiej scenerii, trzeciego dnia trzeba było zacząć schodzić. I to ten odcinek dał nam najbardziej w kość. Biorąc po uwagę wrodzoną niechęć Tomka do ciągnących się w nieskończoność dolin i moje pogarszające się z każdą minutą samopoczucie, ostatnie 21 kilometrów zdawało się nie mieć końca. Na szczęście na ostatnim odcinku 4 kilometrów zlitowała się nad nami wojskowa ciężarówka, która podrzuciła nas do drogi, skąd autobusem wróciliśmy już do Bariloche. I choć ten ostatni dzień na szlaku odchorowałam bólami mięśni i wysoką gorączką, było warto! 3 dni z dala od cywilizacji dały nam przedsmak piękna Patagonii. Złapaliśmy bakcyla, w patagońskich górach spędzimy jeszcze niejedną noc!

Foto pailina strum

dnia trzeba było zacząć schodzić. I to ten odcinek dał nam najbardziej w kość. Biorąc po uwagę wrodzoną niechęć Tomka do ciągnących się w nieskończoność dolin i moje pogarszające się z każdą minutą samopoczucie, ostatnie 21 kilometrów zdawało się nie mieć końca. Na szczęście na ostatnim odcinku 4 kilometrów zlitowała się nad nami wojskowa ciężarówka, która podrzuciła nas do drogi, skąd autobusem wróciliśmy już do Bariloche. I choć ten ostatni dzień na szlaku odchorowałam bólami mięśni i wysoką gorączką, było warto! 3 dni z dala od cywilizacji dały nam przedsmak piękna Patagonii. Złapaliśmy bakcyla, w patagońskich górach spędzimy jeszcze niejedną noc!

Foto pailina strum

Cóż… Co tu dużo pisać… wstyd i tyle. U Was wiosna a my na henhen dopiero świętujemy sylwestra. W Nowej Zelandii tłumaczyliśmy się szalonym tempem i godzinami spędzonymi za kółkiem naszego kampera, w Ameryce Południowej miało być inaczej, no i masz babo placek… ;) Trzeba przyznać ze spuszczoną głową, że nie jesteśmy chyba najbardziej systematycznymi blogerami świata – taka już widać nasza natura. Nie będę zatem usprawiedliwiał naszego nieprzyzwoitego i wręcz niedopuszczalnego zacofania (a wierzcie mi – miałbym parę argumentów) i przejdę do rzeczy.

Po ucieczce z Boliwii trafiliśmy do Salty. Duża miejscowość na północy Argentyny – jak dla nas nic specjalnego, ale ostatnimi czasy stała się dość popularna wśród turystów. Po przeprawie przez boliwijskie bezdroża potrzebowaliśmy trochę odpoczynku, dodatkowo był już koniec grudnia, więc to tu postanowiliśmy powitać nowy rok. Cóż… Musimy przyznać, że nie byłą to najhuczniejsza impreza w naszym życiu, ale doświadczenie bezcenne – niecodziennie witamy nowy rok w latynosko-europejskim towarzystwie, przy 25°C za oknem i najlepszym barbecue na świecie.

W Salcie poza sylwestrem nie działo się nic nadzwyczajnego – sporo czasu poświęciliśmy na pisanie bloga (to tam powstał między innymi wpis o lodowcach w Nowej Zelandii – kiedy to było ;)

Aaaa… No może był jeszcze jeden wyjątek. Okazało się, że 30km od Salty, 4 stycznia przejeżdżać będzie ekipa rajdu Dakar! Jak wszyscy pewnie wiecie po 2008 roku, gdy Dakar odwołano ze względu na zagrożenie terrorystyczne, organizatorzy postanowili przenieść największy rajd terenowy świata do Ameryki Południowej. Z tego co wiemy kierowcy nie są do końca z tej decyzji zadowoleni, ale szeroko pojęty biznes stracił w Afryce zbyt dużo pieniędzy i nie chciał ponownie podejmować ryzyka.

No to jesteśmy! Etap nie jest pustynny, zawodnicy ścigają się na „cywilizowanej” szutrowej drodze. Może nie jest to prawdziwe Dakarowe przeżycie, ale zawsze coś. Tłumy Argentyńczyków czekają na czołówkę rajdu – nikt do końca nie wie kiedy pojawią się pierwsi zawodnicy. Piwo, prowizoryczne barbecue, leżaczki – piknikowa sielanka. Czekamy… każdy szuka dobrego punktu obserwacyjnego, namioty rozstawione wzdłuż drogi sprawiają wrażenie jakby najlepsze miejsca były zagospodarowane przez zagorzałych kibiców już od kilku dni. Czekamy.

Czekamy… Ponad 30°C daje popalić..

Czekamy…

Gorąco jak w piekle, ale wszyscy czekamy…

Czekamy…

Płyniemy i padamy z nóg, ale ciągle czekamy…

Rajd Dakar jak na razie nie wydaje się najbardziej fascynującym widowiskiem świata, ale dalej czekamy…

Ciągle czekamy…

Tumany kurzu na horyzoncie!! Jeeeeest! Jedzie!!!!

Chmura kurzu coraz bliżej!

Jedzie! Motor! Wrrrrrrrrrrrrrrrr… Aplauz! Krzyki radości! Entuzjazm! Chmura kurzu na nas… Przejechał…

Entuzjazm opada.. Znowu czekamy…

Czekamy…

Czekamy…

Kolejna chmura kurzu!!!

Jest jedzie! Drugi motor! Aplauz i entuzjazm! Wrrrrrrrrrr! Przejechał… Kurz na nas…

Czekamy…

No i tak to mniej więcej wyglądało :) Największy entuzjazm wzbudzały oczywiście samochody. Po kilku razach byliśmy już specjalistami i wiedzieliśmy co jedzie: mała chmura kurzu – motor, średnia chmura kurzu – quad, wielka chmura kurzu – samochód. Auta były też najszybsze więc wrrrrrrr było najkrótsze ;)

No ale widzieliśmy Hołka! Znaczy Hołka oczywiście nie widzieliśmy, bo przemkną za szybko i do tego przyciemnił sobie szyby, ale widzieliśmy jego wypasione BMW. Nie chcemy się chwalić, ale podejrzewamy, ze to dzięki naszemu znakomitemu dopingowi Krzysztof Hołowczyc zajął na tym etapie znakomite 4 miejsce.

Hołek w akcji!

Nie zabrakło też motocyklistów: Czachora i Dąbrowskiego. Polskiego quada z Łukaszem Łaskawcem na pokładzie niestety nie widzieliśmy. Rafał Sonik, który W 2009 rokuj był trzeci, miał wypadek pierwszego dnia i żeby go zobaczyć musielibyśmy pojechać do szpitala. Ale Łukasz spisał się wyśmienicie i w końcowej kwalifikacji rajdu zajął 3 miejsce! Tu pewnie też mieliśmy swój udział.

Po 5-6 godzinach na Dakarze zgodnie uznaliśmy, że do klubu kibica się nie zapisujemy. W decyzji utwierdziła nas informacja, że na starcie rajdu stanęło 170 motocykli, 30 quadów i 140 samochodów – dla nas około 30 wrrrrrrrr które widzieliśmy było wystarczające.

Byliśmy na polnej drodze mniej więcej 30km od Salty, więc jedynym sposobem na powrót był autostop (przyjechaliśmy taxi). Po chwili pędziliśmy już na pace pick-upa do miasta. Przyjechaliśmy w samą porę. Ulicami przejeżdżały właśnie ciężarówki – największe pojazdy w rajdzie. Nie był to wyścig, tylko przejazd do parku maszyn gdzieś w okolicach Salty. Po zobaczeniu kilku z 67 ciężarówek uznaliśmy, że nic specjalnego i zaskakującego się już nie wydarzy i z poczuciem pełnego spełnienia Dakarowego  udaliśmy się na stację autobusową kupić bilety na kolejny etap naszej podróży – jedziemy do El Cafayate!

No i przyjechaliśmy. Co jako pierwsze podróżnik powinien zrobić po przybyciu do nowego miejsca? Znaleźć miejsce do spania. Z nami bywa to różnie – czasem rezerwujemy coś z 1-2 dniowym wyprzedzeniem, czasem nie. Generalnie zależy to od trzech czynników – wielkość miasteczka, popularności wśród turystów i godziny o której przyjeżdżamy. Przykładowo w dużym mieście do którego przyjeżdżamy o północy, zawsze staramy się mieć coś zarezerwowanego. Ale Cafayate nie było duże, a dotarliśmy do niego wczesnym popołudniem – musieliśmy coś znaleźć na miejscu.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Podczas naszej kilkumiesięcznej już podróży, nie zdarzyło nam się tak długo błądzić  w poszukiwaniu łóżka i dachu nad głową! Argentyńczycy mają właśnie wakacje i na nasze nieszczęście spora część narodu zdecydowała się spędzić urlop w tej okolicy. Szczyt lokalnego sezonu odczuliśmy też w abstrakcyjnie wygórowanych cenach biletów autobusowych. W Argentynie cena biletów jest całkowicie uzależniona od popytu – zmienia się z dnia na dzień, a jej górna granica nie istnieje.

A okolica niczego sobie. Cała prowincja ze stolicą w Salcie słynie z przepięknych, bajkowych krajobrazów. Małą cząstkę tego cuda mieliśmy okazję zobaczyć podczas wycieczki „zorganizowanej”. Kolorowe doliny Quebrada de las Conchas i Quebrada de Cafayate, cudaczne formacje skalne i wąwozy takie jak Diabelskie Gardło i Amfiteatr z niesamowitą akustyką. Ale to znowu krajobrazy, krajobrazy i krajobrazy, więc lepiej na nie popatrzeć w galerii niż poczytać w poście :)

Zapraszamy na krótki film z wytwórni henhen :)

Rajd Dakar

El Cafayate