Browsing Posts in Australia

Nadszedł czas na powrót w tropiki. Północ Australii, w tym także północ stanu Queensland znajduje się w już strefie klimatu równikowego. Tam nie rozdziela się już 4 pór roku, jak na południu Australii, a raczej porę suchą i deszczową. No i monsun miał właśnie nawiedzić północny Queensland, gdy my wyruszyliśmy  w jego kierunku.  Z opowieści napotkanych wcześniej osób podróżujących z północy jawiły  nam się zalane drogi północy, samochody, które utykały w wiosce na 2 dni ze względu na ulewne deszcze i nieprzejezdne drogi. Do tego zaciągnięty chmurami horyzont i strugi deszczu nie pozwalające nawet wysunąć z kieszeni aparatu.

W drodze do wodospadu Jourama

Tak więc przygotowani na najgorsze i uzbrojeni w niewielkie oczekiwania wyruszyliśmy na północ. Przez 2 dni w tej podróży towarzyszył nam Johannes, Niemiec spotkany w trakcie rejsu na Whitsunday Islands. Mimo pokonywanych stopniowo kilometrów niebo nie zasnuwało się jednak chmurami, a odwiedzone po drodze wodospady Jourama i Wallama Falls przywitały nas piękną pogodą. Słońce tak bardzo dawało się nawet we znaki, że nad wodospadem Jourama skorzystaliśmy z orzeźwiającej kąpieli w jednym z wielu naturalnych basenów. Szybki nurt kaskadowego strumienia nie pozwala wodzie za bardzo się ogrzać, więc wystarczyło szybkie zanurzenie się i już byliśmy świeży, rześcy i mieliśmy dość. Zwłaszcza, że takie nadwodne zbiorniki obfitują w wyjątkowo uciążliwe duże muchy, które podobnie do komarów żywią się krwią. Na szczęście mają jedną zaletę, są ślamazarne i zazwyczaj zanim ugryzą, zdążysz je  poczuć i szybko się ich pozbyć. Wallama Falls to najwyższy wodospad Australii. Na nas chyba jednak większe wrażenie robią rozległe, malowniczo położone, choć wcale nie wysokie kaskady. Choć malowniczego położenia nie można akurat Wallamie odmówić. Góruje sobie nad rozległą doliną porośniętą lasem tropikalnym.

Podobnej dżungli mogliśmy się z bliska przyjrzeć następnego dnia w trakcie spaceru po zawieszonych nad drzewami platformach. Ten Canopy Walk wybudowano niedawno, ponoć wzdłuż trasy cyklonu Larry, który przeszedł tędy w marcu 2008 roku, zostawiając po sobie wąski korytarz powalonych drzew, w sam raz na wybudowanie turystycznej atrakcji!

Canopy Walk

Ale skoro mowa już o cyklonach inną bardzo poważną ofiarą Larrego był odwiedzony przez nas Paronella Park – malownicza posesja, wybudowana w latach 30-tych XX wieku. Jose Paronella był ubogim barcelończykiem, którego babcia od najmłodszych lat karmiła opowieściami o tajemniczych zamkach. Gdy wyemigrował do Australii w poszukiwaniu ulic brukowanych złotem, znalazł raczej ciężką pracę na plantacji trzciny cukrowej. Jednak dzięki zaparciu i kilku spekulacjom już wkrótce mógł sobie pozwolić na kupno własnej ziemi i sprowadzenie do Australii narzeczonej. Trzeba przyznać, że determinacji mu nie brakowało, bo przez kolejnych 20 lat gołymi rękoma wybudował swój niewielki dom, mini hydroelektrownię (pierwszą w Australii), kino, salę balową, korty tenisowe, restaurację i kafejkę, a wszystko wyglądem przypominające hiszpańskie zamki. Budował sam, a w utrzymaniu pomagały mu tylko żona, a potem dwójka dzieci, więc to takie niepozorne zameczki. Jednak w Australii, gdzie o inne zamczyska trudno, robił wrażenie.

Paronella Park

Najciekawsza jest jednak nie sama,  w efekcie dość tragiczna, historia rodziny Paronella, a raczej historia samego miejsca. Porzucone i zupełnie zaniedbane zameczki w 1994 roku odnaleźli państwo Evans, którzy wraz z 3-jką dzieci byli właśnie w trakcie rocznej campervanowej podróży dookoła Australii. Zakochali się w tym miejscu, odkupili od zupełnie niezainteresowanego właściciela i powoli rozpoczęli prace renowacyjne, które dziś pozwalają turystom cieszyć się tym naprawdę urokliwym miejscem. Evansowie to prawdziwi pasjonaci, o czym mogliśmy się osobiście przekonać. Pan Evans nie tylko przywitał nas na wejściu do ogrodów, ale też nas zaczepił zaraz po wyjściu z zamku, dopytując się, jak nam się podobało, przywołując historię miejsca i miłość, którą z żoną zapałali do posiadłości, jak tylko ją ujrzeli. Po miłej pogawędce odjechaliśmy, w ręku ściskając fragment zamku: mały kawałeczek jego ściany, który podarował nam Mark Evans, aby „nasze marzenia spełniły się jak marzenie Paronelli”. Super jest spotykać na swojej drodze prawdziwych pasjonatów :)

No ale nasze odwiedziny północy nie były by kompletne, gdybyśmy nie spotkali ikony północnej Australii – krokodyla. Najlepszym do tego miejscem jest Daintree River wpływająca do oceanu nieco na północ od Cairns. Na jeden z wielu dostępnych tam rejsów rzeką najlepiej wybrać się w trakcie odpływu (ze względu na bliskość oceanu to pływowa rzeka) i nam tak właśnie się udało. Dzięki temu mogliśmy nie tylko podziwiać dwa opasłe krokodyle: potężnego samca i nieco mniejszą samicę, ale też małe krokodylki, zaledwie półroczne. Gady te żyją przeciętnie 70 lat (choć najstarszy krokodyl w jednym z australijskich zoo ma ponoć 130 lat), a dojrzałość płciową osiągają około 13-15 roku życia. Ich wzrost, rozwój płciowy przebiegają więc podobnie do rozwoju człowieka, tak więc półroczny maluszek wyglądem przypominał raczej jaszczurkę niż groźnego drapieżnika. Poza tym jako że krokodyle to z natury zwierzęta energooszczędne, z wody wynurzają się jedynie, gdy muszą znacznie podwyższyć temperaturę ciała. Dlatego też ‘nasze’ krokodyle niewzruszone leżały sobie nieruchomo przy brzegu , zupełnie nie przejmując się obecnością łódki. Tak nieruchomo, że aż zaczęliśmy żartować, że równie dobrze mogliby umieścić w wodzie 2 plastikowe atrapy, a większość turystów byłaby równie usatysfakcjonowana :)

Prawdziwy czy tylko atrapa?

Ostatniego dnia naszego pobytu w Australii udało nam się jeszcze rano odwiedzić tropikalny las Mossman Gorge. Spacer wśród drzew gigantów dawał jedynie przedsmak tego, co można spotkać dalej na północ od Cairns, gdzie nie ma już asfaltowych dróg, liczbę małych mieścinek można policzyć na palcach jednej ręki, a głównym rezydentem jest właśnie las tropikalny.

Na spacerze w Mossman Gorge

No ale my na dalszą wyprawę w głąb dżungli nie mieliśmy już czasu. I tak po pokonaniu 4048 kilometrów i doskonałej współpracy z naszym autem(no może z jednym niewielkim wyjątkiem, gdy padł nam akumulator), musieliśmy się z nim pożegnać. Po tylu noclegach na pokładzie naszego bądź co bądź ciasnego statku kosmicznego z nieukrywaną przyjemnością zaszyliśmy się w komfortowym hostelu. Delektowaliśmy się chwilowymi wygodami, wiedząc, że już niedługo wrócimy do noclegów na łonie natury wśród zielonych pagórków Nowej Zelandii.

PS. Północ Australii była jeszcze unikatowa pod innym względem. Dopiero tam zaczęliśmy zauważać aborygenów, pracujących w sklepach, przechadzających się ulicami, niestety też jak w Cairns przesiadujących niczym bezdomni na każdym krawężniku. Północ jest zdecydowanie mniej zaludniona, wygląda więc na to, że aborygeni uchowali się jedynie w miejscach, które Europejczycy uznali za niegodne swego zainteresowania.



Kolejnym etapem naszej podróży był trzydniowy rejs na Whitsunday Islands. Do tej pory kiedy nastawialiśmy się na chociaż minimalnie żeglarską przygodę, spotykało nas rozczarowanie. W Indonezji łódka okazała się totalnym nieporozumieniem, a na Fiji ponoć był za słaby wiatr i na żaglach nie wyrobilibyśmy się z harmonogramem. Tym razem miało być inaczej. I było!

Eureka II

Eureka II to nowoczesny wyścigowy jacht (tzw. Sydney 60 – długość 60 stóp, około 18,2 metra), który w swojej karierze startował w wielu prestiżowych regatach. Prawdopodobnie współcześnie łódka nie miałaby szans z najnowocześniejszymi jachtami w swojej klasie, ale dla nas była szczytem żeglarskich marzeń. Wszystko było na niej 10 razy większe niż na łódkach, na których miałem do tej pory okazję pływać. Żeglarz ze mnie taki sam jak i biker ;) , ale kilka razy na mazurach i raz na Bałtyku się było – Duck, Mar, Betel, Toh2, panowie pamiętacie jeszcze te czasy? :)

Poza żeglarską przygodą rejs miał jeszcze jeden cel: zobaczyć piękne wyspy Whitsunday. A zwłaszcza jedną z najpiękniejszych plaży – Whitehaven Beach. Trzeba przyznać, że jest to miejsce nie z tego świta. Kolor wody i piasku jest nie do opisania – o pięknych krajobrazach nie ma co pisać, trzeba to zobaczyć na własne oczy.

Whitehaven beach

W trakcie rejsu mogliśmy też poobserwować podwodny świat. Każdego dnia mieliśmy krótką przerwę na snorkelingowanie. Co ciekawe, w tych okolicach jest zakaz wchodzenia do wody bez specjalnego kombinezonu zakrywającego całe ciało. Wszystko przez ryzyko poparzenia przez meduzy – są malutkie, ale spotkanie z nimi może być bardzo bolesne. No więc pokornie przed każdym kontaktem z wodą ubieraliśmy nasze gustowne gumowe wdzianka. W jednym z miejsc oprócz snorkelingowania zrobiłem też nurka. Mimo, że nie schodziliśmy głębiej niż 13 metrów, nurkowanie było jednym z najciekawszych w mojej krótkiej karierze. Dużo zakamarków, wąskich tuneli i szczelin, przez które musieliśmy przepływać, dbając o to, by nie zahaczyć niczym o rafę. Świetna sprawa – manewrowanie w ciasnych rafach, skałach lub  wrakach, precyzyjnie regulując oddechem pływalność, to chyba to co najbardziej kręci mnie w nurkowaniu.

Na łódce trafiło nam się też doborowe towarzystwo: dwoje Irlandczyków, przesympatyczny Niemiec Johannes, z którym spędziliśmy jeszcze kilka dni po rejsie i obywatelka Jersey (ha, zna ktoś takie państwo?!), Sarnia. Dwoje ostatnich jest właśnie w trakcie podróży ‘niemal’ dookoła świata. Sarnia podróżuje już nawet od 2 lat, tylko w nieco mniej typowy sposób. Co jakiś czas wraca na wyspy odwiedzić rodzinę i przyjaciół i dopilnować swoich interesów- m.in. domu, z wynajmu którego finansuje podróż. Niektórzy to mają szczęście, co? Wystarczy niewielka nieruchomość gdzieś w okolicach Wielkiej Brytanii i można całe życie nic tylko podróżować :)

Sypialnia z widokiem na morze...

No ale wracając do równie ciekawej rzeczywistości, ostatniego dnia 3-dniowego rejsu, w drodze powrotnej mieliśmy małe regaty z konkurencyjną łódką. Była nieco większa i teoretycznie szybsza na prostych kursach. Naszym atutem były  jednak szybkie zwroty. Do portu płynęliśmy jednym halsem, mimo to przez całą drogę utrzymywaliśmy prowadzenie. Wystarczyło jednak, że na samej końcówce na chwilę straciliśmy wiatr, a rywale odrobili stratę i pokonali nas o jedną długość łodzi. Ehhh… Następnym razem się zrewanżujemy!

PS od Pauliny: Dla mnie ten rejs to w zasadzie pierwsze żeglarskie doświadczenie i kurcze spodobało mi się to dyndanie nogami i balansowanie na mocno przechylonej łódce.  Jeszcze fajniejsze okazało się szybkie stawianie żagla i małe wyścigi, kto pierwszy po drugiej stronie łódki w trakcie zwrotów. Może by te weekendowe motory skierować tak w stronę Zegrza albo Mazur?

Jedziemy dalej na północ. Kolejny przystanek to miasteczko o wdzięcznej nazwie Town of 1770. W tym właśnie roku kapitan James Cook zakotwiczył swój okręt Endeavour w zatoce, nad którą położone jest miasteczko. Miejsce bardzo urokliwe – sporo czasu spędziliśmy eksplorując okoliczne skaliste wybrzeże.

W 1770 wcieliliśmy się na kilka godzin w rolę prawdziwych chopperowyk bikerów. Jedna z atrakcji turystycznych miasteczka – skutery przerobione na choppery, do tego skórzana kurtka, sztuczne tatuaże i w drogę! Pomimo groźniejszego wyglądu skuterki są ciągle skuterkami, więc każdy może spróbować swoich sił – mała moc i automatyczna skrzynia biegów – nie potrzebne żadne prawo jazdy. Jako że Paulina nie ma jednak dużego doświadczenia z jednośladami postanowiliśmy dosiąść jednego choppera we dwójkę. Dzięki temu, że mam prawko na motor i jestem super doświadczonym bikerem ;) , mogliśmy dostać nieco silniejszą maszynę z manualną skrzynią biegów. Zabawa była przednia!

Easy riders...

Kilka godzin na dwóch kółkach i Paulina ze sceptycznie nastawionej do motocykli osoby zmieniła się w prawdziwą harlejówę ;) Tym sposobem zakup motoru po powrocie do Polski przestał być tematem tabu. Ola, kupuj motor i ćwicz zanim wrócimy (kurs już chyba masz, został tylko egzamin). Reszta to samo. Weekendowe wypady za miasto na motorach, to jest to czego zapracowane mieszczuchy jak Wy potrzebują! ;)

Królowa szos...

Fraser Island jest największą  piaszczystą wyspą świata. Położona jest wzdłuż południowego wybrzeże Queensland. Ma 120 kilometrów długości i 24 kilometry szerokości. Przez 750 000 lat piasek przenoszony przez prąd morski z południa osadzał się na skale wulkanicznej, która stała się bazą dla największej piaskownicy świata. Szacuje się, że ponad poziomem morza znajduje się około 113 km3 piachu.  W 1992 roku wyspę  wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Wcześniejsza nazwa wyspy ‘K’gari’, w języku aborygenów oznacza raj. Zgodnie z legendą aborygenów kiedy stworzono ludzi i potrzebowali oni miejsca do życia, jeden z bogów wysłał posłańca Yendingie wraz z boginią K’gari z zadaniem stworzenia lądów, gór, mórz i rzek. Bogini tak bardzo zakochała się w przepięknej ziemi, że nie chciała jej opuszczać. Yendingie zamienił ją w niebiańską wyspę – Fraser Island.

Współczesna nazwa wyspy pochodzi od Elizy Fraser. W 1836 roku statek kapitana Frasera rozbił się podczas podróży przez  Wielką Rafę Koralową. Kapitan wraz z ciężarną żoną i członkami załogi postanowili przedostać się na łodziach ratunkowych do Brisbane. Po drodze Eliza urodziła dziecko, które wkrótce zmarło. Zamiast do Brisbane dotarli do ‘K’gari’. Kapitan i wszyscy członkowie załogi zmarli z wyczerpania, głodu i miejscowych chorób. Przeżyła tylko Eliza, która zamieszkała wśród lokalnej ludności.

Autostrada na Fraser

Na wyspę dotarliśmy promem. Zaraz po zjechaniu na ląd przekonaliśmy się, że wykupienie dwudniowej wycieczki było zdecydowanie lepszym pomysłem niż przyjechanie tu na własną rękę naszym Spaceshipem, co wcześniej rozważaliśmy. Bez napędu na cztery koła ani rusz. Bezpośrednio z promu zjeżdża się na prawdopodobnie najbardziej malowniczą autostradę świata. Szeroka plaża ciągnąca się nieprzerwanie na 120 kilometrach wschodniego wybrzeża wyspy. Plaża jest również pasem startowym i lądowiskiem dla przybywających tu samolotów. Na plaży obowiązuje ograniczenie prędkości do 80km/h (wcześniej było 100, ale po kilku wypadkach nierozważnych turystów zmniejszono dozwoloną prędkość) i panuje jedna zasada – pojazdy muszą udzielić pierwszeństwa lądującym lub startującym samolotom.

Podróż zaczęliśmy w specjalnie dostosowanej ciężarówce z napędem na obie osi.  W sumie było nas 10 osób + przewodnik (Nowozelandczyk, który pełnił jednocześnie rolę kierowcy i kucharza). Jednak już po kilku godzinach szalonej jazdy naszego nieokrzesanego drivera szoferka ciężarówki zaczęła niebezpiecznie podskakiwać i wychylać się do przodu. Po krótkiej diagnozie okazało się, że cała kabina może w każdej chwili odpaść i niestety nie możemy kontynuować jazdy naszym wielkim czterokołowcem. Przez jakiś czas sytuacja była nieco stresująca, ale po tym jak udało nam się dotrzeć do pobliskiej osady, organizatorom udało się znaleźć zastępczy pojazd – stara, wysłużona Toyota Land Cruiser. 11 osób mieściło się w niej na styk. Ale zgodnie z zasadą, że w kupie raźniej, ruszyliśmy bez zająknięcia w dalszą podróż. Na Fraser Island nie ma asfaltowych dróg. Kilkakrotnie wjeżdżaliśmy w głąb wyspy, gdzie drogi były dużo trudniejsze do okiełznania niż plażowa autostrada. Szczęśliwie przewodnik stwierdził, że dany dzień jest dniem pań, więc w przypadku zakopania auta, to płeć piękna wypchnie dżipa z piachu. Jednak nasz driver okazał się mistrzem jazdy terenowej i nasze jedyne interwencje dotyczyły innych zakopanych samochodów, które blokowały nam drogę.

Jezioro Bowarrady

Pierwszego dnia zobaczyliśmy słodkowodne jezioro Bowarrady, masywne, kolorowe formacje z piaskowca oraz wrak statku Maheno. Statek zbudowano w 1905 roku jako luksusowy prom pasażerski. Później służył między innymi jako szpital wodny w czasie Pierwszej Wojny Światowej. W 1935 r. wpadł jednak w silny cyklon i zakończył swój żywot na plaży Fraser Island. W czasie II Wojny Światowej Maheno służył jako cel treningowych bombardowań lotnictwa australijskiego oraz jako poligon dla komandosów trenujących użycie ładunków wybuchowych. To co z niego zostało turyści mogą oglądać dziś na środku autostrady na Fraser. Tego dnia spotkała też nas  miła niespodzianka. Fraser jest dobrym miejscem do obserwacji wielorybów. Tylko, że sezon, w którym te wielkie ssaki odwiedzają tę okolicę niestety już się skończył. Jakimś cudem jednak dwa zagubione walenie zabawiły w okolicy nieco dłużej. Jadąc plażą, podziwialiśmy w odległości około kilometra wyskakujące z wody wielkie cielska Humbaków.

Niestety poza miłymi akcentami spotkały też nas te nieco smutniejsze. Na całym odcinku 120 kilometrowej plaży leżały tysiące martwych ptaków. Przewodnik nie miał pojęcia dlaczego, nigdy wcześniej się z tym nie spotkał. Po kilku godzinach dowiedzieliśmy się, że w okolicy przelatywało około milionowe stado ptaków migrujących na zimę z Rosji do Tasmanii. Pod koniec trasy wpadły w silny sztorm i wiele z nich padło ze zmęczenia, a morze wyrzuciło je na brzeg Fraser Island. Widok był naprawdę przygnębiający. Niektóre z nich jeszcze żyły, ale nie miały nawet siły uciekać przed nadjeżdżającymi samochodami. Ehh.. Szkoda gadać.

Na noc zatrzymaliśmy się w wiosce Dilli. Wieczór nieco się wydłużył i rozweselił, gdy organizatorzy, w zamian za utrudnienia związane ze zmianą samochodu, zafundowali nam kilka sześciopaków piwa i kilka litrów wina.  Piwo + steki + dobre towarzystwo = udany wieczór.

Drugiego dnia poranna pobudka o 6 rano i już po godzinie spacerowaliśmy po rezerwacie lasu tropikalnego wzdłuż malowniczego strumienia. Fraser jest jedynym miejscem na świecie gdzie wysoki las tropikalny rośnie na piasku. Po godzinnym spacerze, szybko wskoczyliśmy do naszego cruisera i przebiliśmy się w głąb lądu nad długo wyczekiwane Jezioro McKenzie. Widok niesamowity: krystalicznie czysta, turkusowa woda, dookoła las i bialuteńki piasek. I właśnie ten nieszczęsny piasek stał się sprawcą sporego  zamieszania. Ponoć drobinki piasku są tak malutkie i o tak idealnie okrągłym kształcie, że stanowią doskonały krem pilingujący. Gdy każdy z nas już się nim w wodzie wysmarował, Paulina, idąc za radą przewodnika, zaczęła sobie polerować nim swój srebrny naszyjnik. Po kilku minutach mozolnej pracy, efekty były widoczne. Problem polega na tym, że po kilku kolejnych minutach nie tylko efekty, ale i naszyjnik przestały być widoczne. Spuszczone na chwilę z oka, zaginęły bezpowrotnie w białym piasku. Po chwili udało się zlokalizować łańcuszek, ale wisiorek, jedyna pamiątka z Fiji, zakopał się na dobre. W poszukiwania zaangażowało się kilka osób z naszej wycieczki, a nawet kilka zupełnie obcych ludzi. Mozolne przeszukiwanie plaży nie przyniosło jednak efektu. Czas się kończył i zaczęliśmy się już zbierać, aż tu nagle… Świetlisty i dumny bohater (czyli ja) ryzykując zdrowie i życie, odnalazł zgubę swej lubej. Wszyscy bili brawo, rzucali kwiaty – piękna scena niczym z „M jak Miłość”. Miłość zawsze zwycięża! ;)

Jezioro McKenzie

Następnie piaszczystą autostradą pojechaliśmy na północ, zobaczyć tzw. Indian Head. Po wdrapaniu się na skalisty klif, mogliśmy podziwiać przepiękną panoramę wschodniej plaży oraz okolicznych wydm. Pod naszymi stopami, w morzu pływały beztrosko żółwie i płaszczki.  W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w Eli Creek – słodkowodny strumień w piaskowym  korycie to idealne miejsce do orzeźwiającej kąpieli.

W między czasie jedna z uczestniczek naszej wycieczki, mocno się rozchorowała. Początkowo podejrzewaliśmy, że to syndrom dnia poprzedniego, ale miejscowy lekarz uznał,  że sprawa jest na tyle poważna, że dziewczynę trzeba jak najszybciej przetransportować helikopterem do szpitala. Nie wiemy co dalej się z nią działo.

Fraser Island słynie również z bardzo nietypowego mieszkańca – dzikiego Dingo. Wyspa jest jednym z nielicznych miejsc, gdzie można spotkać Dingo o czystych genach, „niezanieczyszczonych” pospolitym psim DNA. Jest ich całkiem sporo chociaż jeszcze kilka lat temu przeżywały mały kryzys. W 2001 roku mały chłopiec oddalił się od swoich rodziców i wkrótce potem odnaleziono go martwego ze śladami pogryzienia przez Dingo. W reakcji na ten incydent miejscowe władze zabiły około 120 zwierzaków.  Po tym zdarzeniu wprowadzono zasady zakazujące wszelkiego kontaktu z Dingo,  między innymi za zostawianie niezabezpieczonego jedzenia grożą wysokie mandaty. Obecnie na wyspie żyje około 100 zwierzaków. Kilka z nich buszowało sobie po wiosce, gdzie spaliśmy, kilka innych zupełnie beztrosko spacerowało sobie wśród samochodów po plaży. Największy entuzjazm wśród damskiej części wycieczki wywołały rzecz jasna spotykane szczeniaki :)

Dingo

Mimo, że przewodnik podkreślił, że to pierwsza wycieczka w jego karierze, w której widział tysiące martwych ptaków, zepsuł mu się samochód, a jednego z uczestników ewakuowano z wyspy helikopterem, krajobrazy wyspy Fraser, poznanych tam świetnych ludzi i doskonałą zabawę zapamiętamy na długo.

Wspinając się na północ wzdłuż wschodniego wybrzeża naszym kolejnym przystankiem stało się Byron Bay. Nazwane tak na cześć dziadka słynnego poety, wybitnego nawigatora, jednego z oficerów wyprawy Kapitana Cooka. Niestety jakiś nieopierzony urzędnik omyłkowo założył, że musi chodzić o brytyjskiego poetę i nazwał sporą część ulic w miejscowości na cześć innych bardów. I dziś Byron Bay upamiętnia Keatsa, Shelly’ego, a o samym Lordzie Byronie niestety już zapomniano. Na szczęście o samym miasteczku nie zapomniano i dziś jest turystyczną mekką, ściągającą nie tylko wczasowiczów, ale także hipisów i miłośników zdrowego trybu życia, którzy zadomowili się tu na dobre. A Byron Bay ma sporo do zaoferowania: oprócz świeżego powietrza, przepięknych doskonałych dla surferów plaż i mnóstwa sklepów i knajp z ekologiczną żywnością, ma też najdalej na wschód wysunięty przylądek całej Australii. A wokół przylądka, latarnia morska, potężne skały i przepiękne zatoczki. Nie mylili się ci wszyscy, którzy tak bardzo namawiali na wizytę w tej niewielkiej miejscowości.

Byron Bay

Następnym przystankiem w naszej podróży miało być Goald Coast- tzw. Złote Wybrzeże. Jak się jednak okazało Złote Wybrzeże to nic innego, jak tylko nadmorski pas wieżowców, nocnych klubów i kasyn, wyglądem przypominający nieco Las Vegas. Mało to malowniczy widok, zwłaszcza po tym wszystkim, co już widzieliśmy, więc zamiast wygrzewać się na pobliskich plażach cały dzień spędziliśmy w parku rozrywki Dreamland, połączonym z Parkiem Wodnym WhiteWater World. Słońce świeciło dość mocno, jednak jak się przekonaliśmy dygocząc w kolejkach do zjeżdżalni, na wodne atrakcje było jeszcze ciut za zimno. Więc większość dnia spędziliśmy krzycząc w niebogłosy, na takich atrakcjach jak Tower of Terror. Swoją drogą, świetnie skonstruowana kolejka: duże przeciążenia, a przy tym zero dyskomfortu, czysta adrenalinowa przyjemność.

Po atrakcjach parku rozrywki nadszedł czas na odwiedziny w Brisbane, pierwszym i ostatnim dużym mieście na trasie do Cairns. Swoją drogą mieście bardzo przyjaznym, co mogliśmy dostrzec mimo strug deszczu, którymi Brisbane nas przywitało – na co najmniej połowę z nas deszcz wpływał dość destrukcyjnie.

Czasem każdego dopada kryzys...

W parku położonym w samym centrum miasta można poopalać się na plaży, następnie popływać w bezpiecznych wodach laguny (basenu wyglądem mającego jednak przypominać spokojną morską zatokę), by na koniec sącząc drinka, pospacerować wzdłuż kwiecistych ogrodów. Do tego bazary z przepysznym, organicznym jedzeniem z wielu zakątków świata, kameralne centrum rozłożone na brzegu rzeki. Udało nam się odwiedzić nawet świątynię, w której złożone są szczątki jedynej australijskiej świętej, Mary MacKillop. Pierwsza w historii australijska beatyfikacja miała się właśnie zacząć, gdy przyjechaliśmy do Australii. O MacKillop trąbiły media, na ulicach wisiały jej podobizny, w telewizji puszczano o niej programy. A samą uroczystość beatyfikacyjną śledzić można było na żywo w radiu. Jak miło było usłyszeć na radiowych falach polski głos jednego z biskupów. Wygląda na to, że my, taki religijny naród, moglibyśmy brać przykład z żarliwości bezbożnych Australijczyków.

W pracy nad blogiem...

Po tej wyczerpującym biegu przez miasto nadszedł czas na 2-dniowy wypoczynek w położnej niedaleko Noosie, gdzie zatrzymaliśmy się na 2 dni u znajomych poznanych na wyspie Tioman w Malezji. Nie wypada jednak przychodzić z pustymi rękoma, więc po drodze zatrzymaliśmy się w miejscowym „Bottle shop”, gdzie zaskoczył nas wyjątkowo szeroki asortyment polskich alkoholi.

Ehhh... Łezka w oku się kręci... ;)

Ceny też wyglądały znajomo: te same cyfry, tylko w dolarach (stosunek do złotego jak 1:3). Po godzinie zaopatrzeni w sok jabłkowy i żubrówkę pukaliśmy już do drzwi Tanii i Hughesa.  Jak się okazało Tania i Hughes, którzy, gdy ich spotkaliśmy, kończyli właśnie swoją podróż dookoła świata, wybrali sobie bardzo malownicze miejsce do zamieszkania. Na tyłach domu rzeka, z wielkich okien 3 sypialni widok na zatokę, 10 minut drogi na piechotę morze, a w okolicy niezliczony wybór plaż. Te 2 wspólnie spędzone dni były dla nas namiastką komfortowego życia niemal na łonie natury, które leży w zasięgu ręki niemal każdego Australijczyka, a także tysięcy przyjezdnych. Nic dziwnego, że Australia wciąż przyciąga tylu imigrantów. Gdyby na nas nie czekała jeszcze masa pięknych widoków i wrażeń, sami chętnie zaszylibyśmy się w takiej małej oazie. No ale po dwóch dniach domowych wygód, nocnego wędkowania przy piwku i długich nocnych rozmów, a także po najbardziej dziwacznym, przepięknym  zachodzie słońca trzeba było wracać do naszej drogowej rzeczywistości. A czekała nas największa piaszczysta wyspa świata, Fraser Island, o której w następnej odsłonie henhen.pl.