Browsing Posts in Chile

Kilka miesięcy temu zastanawialiśmy się na blogu, jaka będzie „nasza” Ameryka Południowa. Dziś już wiemy – była cudowna! Ostatnie tygodnie spędzaliśmy daleko od współczesnej cywilizacji i czuliśmy się z tym wspaniale. Najbardziej przypadła nam chyba do gustu Lauca na północy Chile i dzikie góry Patagonii.

Jednak chwilowo nasz czas na tym kontynencie dobiegł końca (spokojnie wracamy). Przed nami nowy rozdział i nowa przygoda – AFRYKA! Podobnie jak o Ameryce Południowej, historie o krajach Afryki Południowej słyszeliśmy różne. Z jakiegoś powodu większość podróżników omija ten kontynent. Czy faktycznie są ku temu powody? Jaka będzie „nasza” Afryka? Przekonajcie się sami – już niedługo na henhen pierwsze relacje z naszej podróży po Czarnym Lądzie!

Na pożegnanie z Ameryką Południową zapraszamy na krótkie filmy znanego francuskiego reżysera, Stana Costera. Jak wiecie, ze Stanem i Flo spędziliśmy 7 tygodni, wspólnie przemierzając  bezdroża Patagonii.

Volcan actif

Wspinaczka na wulkan Villarrica

Zone de Rupture

Lodowiec Perito Moreno w akcji

Patagonia Trek

Podsumowanie trekingów w Patagonii

Stan, wielkie dzięki za udostępnienie tych unikatowych materiałów ;)

Jeżeli chcecie zobaczyć więcej filmów Stana, znajdziecie je TUTAJ.

Blog Stana i Flo z ich podróży dookoła świata możecie zobaczyć w polskiej wersji językowej. Tłumaczenie nie jest doskonałe, ale… zawsze coś.

www.letempsdunvoyage.fr

W trakcie tych ostatnich 3 miesięcy przyzwyczailiśmy się już do ciągłego przekraczania chilijsko-argentyńskiej granicy. Można by właściwie rzec, że w naszej świadomości granice między chilijską i argentyńską Patagonią zupełnie się zatarły. Tym razem jednak miał to być nasz ostatni etap wędrówki po Chile, swoiste z nią pożegnanie. I jak na pożegnanie przystało wybraliśmy iście królewskie miejsce: Park Narodowy Torres del Paine i słynny już Trek „W”.

A Torres del Paine to takie urokliwe miejsce na ziemi, gdzie wodospady opadają poziomo, zadając kłam siłom grawitacji, wiatr powala z nóg nawet najbardziej ‘przyziemnych’ turystów, a różnego rodzaju gryzonie tak bardzo zżyły się z ludźmi, że nocą chętnie dzielą jeden namiot. Ale po kolei.

Spacer po Puerto Natales...

Do Torres del Paine najłatwiej dostać się autobusem, który wczesnym rankiem powoli zgarnia trekkerów rozrzuconych po różnych zakątkach Puerto Natales. Swoją drogą naprawdę trudno  o lepszą jak Puerto Natales bazę trekkingową. Miasteczko obfituje w sklepy zaopatrzone w sprzęt trekkingowy. Nieprzemakalne spodnie, butle gazowe, czy niewielkie palniki kupić można na każdym rogu, a sklepy spożywcze specjalizują się w „zupkach minutkach”, „daniach w 5 minut” i całym asortymencie suszonych owoców.

Ale my etap przygotowań mamy już za sobą. Plecaki zaopatrzone są już w prowiant na 4 dni i zapakowane do autobusu. Ruszamy.

Puerto Natales

————————————————————————————————————————————–

Dzień 1: Lago Pehoé – Refugio Paine Grande – Glaciar Grey – Refugio Paine Grande

A droga? Sama w sobie jest już pięknym preludium trekkingu. Na początku mijamy stary, opuszczony pomost w Puerto Natales. Senne miasteczko leży bowiem nad morzem, w całkiem malowniczej zatoczce otoczonej górami. Gdy wjedziemy na teren samego parku, zaczniemy jeszcze mijać rudowłose wikunie, mieniące się kolorami laguny i majaczące w oddali ośnieżone szczyty. Jest pięknie! No ale nie ma co się ekscytować, w końcu spędzimy tu jeszcze 4 dni, na zachwyty będzie jeszcze dużo czasu.

W drodze na kemping Paine Grande...

Postanawiamy rozpocząć trekking od strony Jeziora Pehoé. Widok słynnych wieży: Torres del Paine zostawiamy sobie na sam koniec, na deser. Poranna przeprawa łódką po jeziorze zabiera ponad godzinę. Gdy w końcu docieramy na kemping Paine Grande jest po 12-tej. Trzeba jeszcze rozbić namiot, przekąsić szybki lunch i ruszamy na spotkanie z Lodowcem Grey. Niestety w między czasie zdążyło się zachmurzyć. W efekcie lodowiec jawi nam się jako ogromna góra śniegu gdzieniegdzie tylko rozświetlona przebijającymi się przez chmurzyska promieniami słońca.

Lodowiec Grey...

Mimo to pływające w zatoczce setki małych gór lodowych i skaczące po tych lodowych wysepkach zabawne ptaszki przykuwają naszą uwagę na dobre 2 godziny. Nagle zrywa się silny wiatr. Trzeba wracać, ale już wiemy, że na „W” nie będzie łatwo. Gdyby jeszcze tylko wiatr wiał nam w plecy, ale nie, on jak na złość zawsze wieje akurat w przeciwnym kierunku. Na szczęście dla zmęczonych i zmarzniętych trekkerów kemping Paine Grande oferuje zadaszoną kuchnię i niemal parzące prysznice. Jak na pierwszą noc w dzikich górach Patagonii to zaskakujące luksusy.

Galeria z dnia 1

————————————————————————————————————————————–

Dzień 2: Refugio Paine Grande – Valle del Francés – Campamento Italiano – Campamento Los Cuernos

Drugi dzień na szlaku zapowiada się pochmurnie. Jednak niezrażeni chmurzyskami wyruszamy. Już po godzinie na trasie spotykamy Gorana, Londyńczyka pochodzącego z Czarnogóry. Poznaliśmy się 2 dni wcześniej w hostelu w Puerto Natales i jak się później okaże razem wyruszymy jeszcze na przysłowiowy koniec świata, do Ushuai. Tym czasem dostajemy tylko kilka rad dotyczących trasy i krótkie ostrzeżenie, chmury nad Valle del Francés nie wyglądają ciekawie. Na szlaku nie ma jednak odwrotu.

Dolina Francuzów w deszczu...

Nie mijają jednak 2 godziny, a ja mam tylko ochotę zawrócić. Wszystko co usłyszeliśmy o patagońskiej pogodzie sprawdza się na „W”. Deszcz zacina pionowo, wdzierając się nawet pod szczelnie zapięte kurtki, dookoła nas wszędzie tworzą się małe wodospady, których kierunek spadania też jakoś przeczy prawom grawitacji. Do tego przejmujący wiatr na odsłoniętych odcinkach szlaku ledwo pozwala ustać na nogach. Zaczynam się zastanawiać, po co my się w ogóle wspinamy do tej „Francuskiej Doliny”? Po raz kolejny okazuje się jednak, że przyroda płata nam figle. Gdy wykończeni docieramy w końcu na punkt widokowy nad Campamento Británico ciemne chmurzyska rozstępują się, a naszym oczom ukazują się Wieże Paine. A w zasadzie ich tylna ściana.

Widok na Wieże Paine...

Do tego czarnawe szczyty Cordillery Paine i skąpane w słońcu Cuernos del Paine, wyglądem faktycznie przypominające nieco diabelskie rogi. Ha ha, kto by pomyślał że czeka nas taka uczta dla oczu! Po takiej niespodziance dostajemy kopa energii. W efekcie zamiast do położonego bliżej Campamento Italiano postanawiamy dotrzeć do Refugio Los Cuernos. Zaczyna się ściemniać. Zachód słońca nad Jeziorem Nordenskjöld to kolejna wizualna niespodzianka dnia.

Na kemping docieramy jednak wyczerpani. W końcu przemierzyliśmy dziś trasę szacowaną na 11 godzin marszu. Nam udało się ją pokonać w 8, ale pogoda dała nam w kość. I jak się okaże, te biedne kości nie odpoczną sobie nawet w nocy.

O 4.30 nad ranem budzą nas skaczące po śpiworach myszy. Ja wyskakuję natychmiast z namiotu, zostawiając Tomka sam na sam z dwoma rudymi, wyjątkowo upartymi gryzoniami. Mimo, że małe stworzonka są równie przerażone jak my, znalezienie wyjścia z namiotu zajmuje im całe 40 minut. 40 minut biegania w kółko, wdrapywania się po ściankach namiotu i spadania na niezbyt zachwyconego tym Tomka i kolejnej ślepej bieganiny. Gdy w końcu pozbywamy się intruzów, czas na oględziny strat. Skubańce zdążyły przegryźć się prze chyba każdą torebkę z prowiantem.

Dowody rzeczowe...

Choć byłoby dobrze, gdyby chodziło wyłącznie o prowiant. Przegryzły też ścianę naszego namiotu (zaskakująco wysoko), kosmetyczkę i wyjątkowo przydatnego w trakcie trekkingu camel baga. No ale jest środek nocy. Zalepiamy dziurę taśmą i wracamy do  śpiworów. Oględziny dokończymy rano.

Galeria z dnia 2

————————————————————————————————————————————–

Dzień 3: Refugio Los Cuernos – Campamento Torres

Po nocnej inwazji myszy zwlekamy się z łóżka wyjątkowo późno. No ale zasłużyliśmy na trochę odpoczynku. Przed nami kolejnych 20 kilometrów wędrówki, ale dzięki radom Gorana udaje nam się odnaleźć skrót, który zaoszczędzi nam stromej wspinaczki na ostatnim odcinku szlaku. Poza tym pogoda nam sprzyja, w południe chmury znikają, a słońce zaczyna prażyć tak mocno, że w myślach zaczynamy tęsknić za małymi chmurkami. Później od Stana i Flo dowiemy się, że tego samego dnia w tym samym parku, nie tak znów daleko od naszego odcinka trasy walczyli z ulewnym deszczem, choć wciąż skąpani w promieniach słońca. No cóż, magia Torres del Paine!

Jezioro Nordenskjöld...

Galeria z dnia 3

————————————————————————————————————————————–

Dzień 4: Campamento Torres – Mirador Torres – Campamento Chileno – Hotel las Torres

No więc jesteśmy na wyciagnięcie dłoni od słynnych Wieży – Torres del Paine. To w końcu głównie dla nich przybywają tu tłumy turystów. Nam zostało już tylko 40 minut wspinaczki po wielkich skałach i będziemy mogli w spokoju podziwiać skalisty trójząb położony nad turkusową laguną. Tylko dlaczego ten widok jest ponoć najbardziej spektakularny o wschodzie słońca? Ostatnią rzeczą, na którą mamy ochotę O 6 rano jest zwlekanie się z cieplutkiego śpiwora i 40-minutowy wyczerpujący bieg w ciemnościach po pionowym stoku. Do tego w nocy jest mroźno. No ale jak trzeba, to trzeba. Nad nami ani śladu chmur, rozgwieżdżone niebo i wychylające się powolutku czerwone światła wschodzącego słońca szybko nas rozbudzają. Do tego wspinaczka rozgrzewa nas tak bardzo, że szybko zapominamy o mrozie.  Muszę przyznać, że skąpane w czerwono-złotawym świetle Wieże Paine zadośćuczyniają cały ten poranny wysiłek.

Torres del Paine przy wschodzie słońca...

Choć najlepszą nagrodą okazuje się pyszne śniadanie na położonej nad laguną skale zjedzone w błogiej ciszy, po tym jak poranne tłumy opuszczą już ten malowniczy zakątek. Po 3 godzinach podziwiania wieży, czas najwyższy się zbierać. Z dziesiątków miłośników wschodu słońca zostaliśmy już tylko my. Za 2,5 godziny spod Hotelu Las Torres odjedzie pierwszy powrotny autobus do Puerto Natales. Kolejny piękny, słoneczny dzień na stoku. Po drodze mijamy jeszcze koryto zielonkawej rzeki Paine, lamy wygrzewające się w słońcu nad Laguną Amarga, bieluteńkie wyschnięte solniska. Aż szkoda wracać.

Laguna Amarga z okien autobusu...

No ale po 4 dniach w górach kusi gorąca kąpiel i obfita kolacja. Poza tym w okolicach Puerto Natales spędziliśmy już tydzień. Czas ruszać się na południe. Kierunek: Ziemia Ognista i najdalej na południe wysunięte miasto świata: Ushuaia.

Galeria z dnia 4

Villa O’Higgins to osobliwe miasteczko. Transport ze świata dociera tu 2 razy w tygodniu, a ten świat w przypadku O’Higgins ogranicza się do innej równiej małej mieścinki, Calety Tortel. Warzywa i owoce zaglądają tu jeszcze rzadziej, zaledwie 2 razy w miesiącu. Za to wifi jest wszędzie, publicznie dostępne i darmowe. Co prawda szybkość pozostawia sporo do życzenia, ale kto by narzekał na szybkość wifi na dosłownym końcu świata?

Villa O’Higgins

A malowniczy to koniec świata. Kilkugodzinny spacer w górę doliny pozwolił nam się przyjrzeć okolicznym górom, rzece, wiszącemu lodowcu, a także jezioru O’Higgins. To stąd kolejnego dnia rozpoczniemy 2-dniową przeprawę graniczną do El Chalten w Argentynie.

Trekking w okolicach Villa O’Higgins...

Już 2,5-godzinny rejs po jeziorze daje przedsmak tego, co ten odludny zakątek świata ma do zaoferowania. Poza jedną malutką farmą, Estancia Candelario Mansilla, na próżno szukać tu jakichkolwiek śladów obecności człowieka. I to jest najpiękniejsze! Jeszcze tylko na krótko zatrzymamy się w estancii, gdzie zostawimy Sarah i Toma. Kibicujemy im i trzymamy kciuki. Mają 6 godzin, by pokonać 21 kilometrów górskiego szlaku z 25-kilowymi plecakami na plecach. Przyznam się, że nie bardzo wierzę, że im się uda. Nie planowali takiego wyczynu, ale brak koni taszkających bagaż, zmusił ich do spróbowania sił w sprincie z ciężarami na plecach. Tymczasem my błogo nieświadomi, że następnego dnia czeka nas identyczny los, ruszamy w kierunku lodowca O’Higgins. Pogoda jest piękna, niebo bezchmurne. Mamy ogromne szczęście, to w Patagonii rzadkość. Niewielu ma możliwość przyglądać się tej gigantycznej bryle lodu w pełnym słońcu.

W drodze do Argentyny...

A lodowiec robi wrażenie! Szeroki na 3 km, długi na 30 km, wznosi się przed nami na wysokość 80 metrów. Co jakichś czas małe kawałki lodu odpadają od ściany i z odgłosem grzmotu spadają do wody. Dookoła spokojnie dryfują małe góry lodowe, a w przerwach między opowieściami o geologicznej historii regionu kapitan statku serwuje nam whisky z lodem z lodowca. Żyć, nie umierać.

Lodowiec O’Higgins

Tę noc spędzimy pod namiotami w Candelario Mansilla. Niby koniec świata, a mają najpyszniejsze pod słońcem maliny. Do tego zupełnie niecenione przez właścicieli, więc część wieczoru spędzę, pałaszując maliny w pobliskich krzakach. Pozostałą część zaś na rozmowach przy ognisku z poznanym jeszcze w Cochrane Belgiem, Mathiasem i jego znajomym Miszą, Rosjaninem żydowskiego pochodzenia.

Carretera Austral cieszy się ogromnym powodzeniem wśród cyklistów i grupkę z nich spotykamy właśnie na naszym kempingu. Świat z perspektywy siodełka jest piękny, ale nie zazdroszczę im kolejnego poranka, gdy obładowani bagażami wsiadają na rower. W końcu przed nimi 21 kilometrów nie łatwej trasy. My się nie przejmujemy, w końcu już kilka dni temu zamówiliśmy konie. Jedną z głównych atrakcji tej przeprawy miała być bowiem jazda konna. Miny rzedną nam dopiero o 10.30 rano, gdy właściciel estancii oznajmia, że Don Ricardo dziś z końmi nie dotrze. Ponoć wyruszył na poszukiwanie koni kilka dni temu, ale od tamtej pory nie dał znaku życia. No cóż konie wybrały wolność. Don Ricardo też? No ale co my teraz zrobimy? Wojskowi z miejscowego posterunku i przejścia granicznego w jednym oferują pomoc. Zawiozą nasze bagaże przyczepką do granicy z Argentyną kolejne 9 kilometrów. Ale przez kolejnych 12 kilometrów będziemy już musieli sobie radzić sami. Łódka po argentyńskiej stronie odpływa o 18-tej. Następna 3 dni później. No nic, nie mamy wyjścia, zaczynamy wyścig z czasem!

W drodze do Argentyny...

Pierwsze 9 kilometrów idzie nam gładko. Bez bagaży nie trudno utrzymać tempo. Problem zaczyna się, gdy odbierzemy plecaki. Mój, przepakowany tak, by mieścił też plecak podręczny waży chyba z 26 kilo. A te kilogramy zaczynają się wrzynać w plecy, gdy ścieżka robi się stroma i coraz bardziej błotnista. Kilka razy mało co nie lądujemy w błotnistym rowie, ale dzielnie brniemy przed siebie. Po kilku godzinach przebijania się przez las, nagle pojawia się prześwit, a naszym oczom ukazuje się Fitz Roy. Wowww! To jeden z tych szczytów, które rozpoznać można po jednym rzucie oka, choćbyście, tak jak my, go nigdy wcześniej nie widzieli. Nad nami puszyste chmurki, w dole szmaragdowo-zielonkawe jezioro, a w tle majestatyczny szczyt. Dominujący, królujący nad całym krajobrazem, Bajka! Dostajemy kopa energii, ale do mety i tak już nie daleko. Po chwili spotykamy naszych nieszczęsnych rowerzystów, którzy pchają przed sobą rowery, brnąc po kostki w błocie. W końcu docieramy nad przystań. Jeszcze tylko krótkie formalności graniczne i jesteśmy gotowi wsiadać na łódkę. Tylko, że do łódki została jeszcze godzina. Udało nam się pokonać tę trasę w niecałe 6 godzin, z przerwą na lunch.  Zaczynamy wierzyć, że może Sarah i Tomowi też się udało. (Jak się później dowiemy, dotarli nad przystań punkt o 18-tej, nieziemsko zmęczeni po 6,5 godzinach biegu przez góry bez chwili przerwy. Łódka, na którą tak się spieszyli odpłynęła jednak dopiero o 19-tej.)

W drodze do Argentyny...

I od tego momentu wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że agencja Hielo Sur zapomniała zarezerwować dla całej grupy miejsca na łódce. Panowie jednak litują się nad nami i zabierają nas na pokład. Tylko, że sytuacja powtarza się po drugiej stronie jeziora, gdzie minibus mający nas zabrać do El Chalten okazuje się już mniej elastyczny. Czekamy po ciemku, w zimnicy na kolejny busik 2 godziny. Do tego spotkany gdzieś po drodze z końmi Don Ricardo, który zarzeka się, że to agencja nie poinformowała go o rezerwacji koni i zaczynamy mieć serdecznie dość Hielo Sur. Złość przechodzi jednak dość szybko, na samą myśl wszystkich wrażeń ostatnich 2 dni. Poza tym jesteśmy w El Chalten, argentyńskiej mekce trekkingu. Nikt nie złościłby się tu zbyt długo.

Widok na Fitz Roy i Lago del Desierto

W ten sposób po 2 tygodniach i 3 dniach kończymy naszą przygodę z Carreterą Austral. Zostawiamy za sobą przepiękne dzikie góry, rwące turkusowe polodowcowe rzeki, rozsypane gdzieniegdzie farmy i surowych gauchos. Zostawiamy niewyobrażalnie niebieski błękit nieba (może gigantyczna dziura ozonowa nad chilijską Patagonią odgrywa tu swoją rolę) i gęste patagońskie lasy. Zostawiamy też niestety ogromne połacia drzewnych cmentarzy, pozostałość po dziesiątkach pożarów, które co roku dewastują chilijską Patagonię. Ze względu na trudną dostępność tych terenów, ekipy strażackie docierają tu zazwyczaj o kilka dni, czasem nawet kilka tygodni za późno. W 1906 roku odległa południowa część chilijskiej Patagonii zmagała się z pożarem przez okrągły rok. Wówczas nikogo jednak nie interesował ten zapomniany kawałek ziemi. Efekty tego zaniedbania widać do dziś. Jak jednak pięknie ujął to jeden z blogowiczów, leśne cmentarzyska to dusza chilijskiej Patagonii. Tej duszy, jej dzikości i piękna będzie nam brakować.

Villa O’Higgins

W drodze do Argentyny – na wodzie

W drodze do Argentyny – na lądzie




Gdy kolejnego dnia pożegnaliśmy się z Pauli i Chrisem, nie na długo zostaliśmy sami. Jeszcze tego samego dnia czekając w deszczu na rejs po jeziorze General Carrera, wpadliśmy na Félipe, Chilijczyka spotkanego w trakcie treku Cerro Castillo. W efekcie przepiękne Cuevas de Marmol – jaskinie wyrzeźbione w marmurowej skale przez potężne fale jeziora General Carrera – podziwialiśmy już w trójkę. A było co podziwiać!

Cuevas de Marmol

Niestety można też było na własnej skórze przekonać się o destrukcyjnej sile fal jeziora. Gdy łopotało tak nami na małej łódce na wszystkie boki, pocieszająca stała się asekuracja po bokach nie jednego, a dwóch mężczyzn. Choć gdybyśmy z rejsem poczekali jeszcze kilka godzin, mogłabym sobie zapewnić asekurację z każdej możliwej strony. Jeszcze tego samego wieczoru spotkaliśmy bowiem Stana i Flo, a także poznanych przez nich na szlaku Amerykanów, Sarah i Toma. Razem spędziliśmy przemiły wieczór w cieplutkiej małej knajpce w Puerto Rio Tranquillo.

Sarah, Tom, Stan, Felipe i my...

W podobnym gronie, z wyjątkiem Sarah i Toma, wstawiliśmy się z resztą kolejnego poranka na przystanku jedynego jadącego na południe autobusu. Nikt nie wiedział do końca, o której autobus przyjedzie, czy będzie ich kilka, czy tylko jeden, a co najważniejsze, czy będzie miał miejsca. Nikt, nawet sam kierowca, bo gdy po kilku godzinach czekania w końcu się pojawił, po kilkunastu minutach proszenia z łaską zgodził się zabrać naszą piątkę, wciąż utrzymując, że nie ma miejsc. Jak się chwilę później okazało, pustych foteli było jeszcze kilka. Ale kto by się przejmował tymi pozostawionymi w Puerto Rio Tranquillo turystami? Z resztą dzięki tym wolnym fotelom nieco później mogli się do nas dosiąść Cathrine (Szwajcarka) i Eli (Izraelczyk), z którymi wynajmiemy w Cochrane cabañę. A po drodze do Cochrane? Oprócz kilku szczęściarzy, którzy cudem załatwili sobie transport, mijaliśmy też przepiękne krajobrazy. Turkusowe wody potężnej rzeki Baker w wyżłobionych skalistych kanionach to widok, dla którego na ten odcinek Carretery Austral trzeba będzie wrócić.

W drodze do Cochrane - rzeka Baker

Nasz chytry plan zakładał, że wrócimy wynajętym samochodem już kolejnego dnia, a przy okazji zwiedzimy pobliski park narodowy. Jednak mimo 5 chętnych osób i dziesiątków telefonów wynajem samochodu okazał się w Cochrane niemożliwy. Kolejne dwa dni spędzimy więc raczej leniwie: delektując się urokami naszej cabañi i bawiąc się z miejscowymi na kończącym się właśnie corocznym festiwalu, Fiesta Costumbrista. Fiesta Costumbrista to takie połączenie naszego odpustu z wiejskim festynem, z tą tylko różnicą, że w Patagonii nikomu do głowy nie przyszło konkurować, kto dalej doskoczy w plastikowym worku, utrzymując przy tym nietknięte jajko między kolanami. W Patagonii mężczyźni i kobiety (my przyglądaliśmy się akurat kobiecie) konkurują o to, kto dłużej utrzyma się w siodle całkiem dzikiego konia.

Fiesta Costumbrista w Cochrane

Trzeba przyznać, że za długo utrzymać się pani nie udało, ale może to i lepiej, bo całość przypominała bardziej rodeo niż jazdę konną, a upadek wyglądał wystarczająco boleśnie. Do akcji musiała wkroczyć karetka. Silnik niestety odmówił posłuszeństwa i do końca nie wiedząc, czy powinniśmy się śmiać, czy płakać, obserwowaliśmy grupę widzów próbujących odpalić karetkę z tzw. „pychu”. W końcu się udało, ale po tym co widzieliśmy wolimy nie myśleć, jak wyglądałaby pomoc w przypadku jakiegokolwiek wypadku na Carreteri Austral. Po konkursach czas na kawałek baraniny lub cielęciny z rożna, duuużo wina, a po winie zabawę. A ta była przednia! Trochę jak na wiejskim weselu z całą gamą sprośnych piosenek i konkursów, ale też i z typowo weselnym entuzjazmem wszystkich zabawowiczów.

Po tych leniwych dniach czas ruszać dalej. Félipe z powrotem do Santiago de Chile, a my przed siebie do malutkiej nadmorskiej miejscowości w całości wybudowanej na drewnianych palach. Caleta Tortel to faktycznie osobliwy widok. W wiosce nie spotkasz samochodów, motorów, ani nawet rowerów. Ciągi ulic zastąpiono tu systemem połączonych drewnianych deptaków, które wiją się wzdłuż brzegów fiordu.

Caleta Tortel

A wybudowanie wioski na tak błotnistym terenie musiało być nie lada wyzwaniem, o czym przekonujemy się jeszcze tego samego dnia w trakcie spaceru do położonej nad Caletą Tortel Laguny Negra. Umorusane po cholewki buty będą jeszcze schły kolejnego dnia.

Nad Czarną Laguną

Kolejnego dnia Tomek ze Stanem i Flo popłynęli na wyspę Isla de los Muertos. Dlaczego nie płynę z nimi? Muszę odebrać od kierowcy lokalnego autobusu zostawiony dzień wcześniej w Cochrane telefon –  ale o nieroztropności Pauliny lepiej się nie rozpisywać :) Rejs okazuje się z resztą dość smutną wycieczką, bo wysepka, oprócz pięknych krajobrazów, mieści jedynie stuletni cmentarz, gdzie spoczywają porzuceni zimą bez zapasów pożywienia pierwsi kolonizatorzy. I kto tu mówi, że opłaca się być pionerem?

Statek z zapasami nigdy nie przypłynął – mróz i głód zabił wszystkich kolonizatorów.

My pionerami na Carreterze Austral z pewnością nie jesteśmy, bo znów wpadamy na podążających identyczną trasą Pauli i Chrisa, a potem też Sarah i Toma. Z tymi ostatnimi wsiądziemy razem do autobusu, który zabierze nas na sam koniec Carretery Austral do Villa O’Higgins. Dalej już nic, tylko lodowce. Ale co to dla nas Campo de Hielo Sur, trzecia, zaraz po Antarktydzie i Grenlandii, największa na świecie masa lodu?

W drodze na Isla de los Muertos

Puerto Rio Tranquillo

Cochrane

W drodze do Caleta Tortel


Caleta Tortel


Carretera Austral (Południowa Autostrada) to nic innego jak 1240 kilometrów drogi wijącej się przez Patagońskie Andy wzdłuż południowego wybrzeża Pacyfiku. Ta odległa część Chile to przede wszystkim kraina surowych górskich krajobrazów, trudno dostępnych lodowców, krystalicznie czystych lagun i rwących rzek, a także rozrzuconych sporadycznie pionierskich farm. Wybudowana w 1996 roku Carretera oferuje często jedyny do nich dostęp.  Autostrada to z resztą szumna nazwa dla w większości szutrowej, czasem podmywanej przez deszcze i strumienie drogi pełnej wybojów i wystających gdzieniegdzie korzeni drzew. Większość położonych na trasie osad to niewielkie mieścinki, gdzie zbędnym luksusem jest nie tylko Internet, ale też i telefon. Po co komu prywatny telefon, jeśli jeden publiczny spełnia z nawiązką wszystkie komunikacyjne potrzeby garstki starzejących się mieszkańców?

W mniejszych miejscowościach biletów na autobus nie sposób kupić. Powszechne jest więc łapanie przejeżdżających autobusów z nadzieją, że znajdzie się jedna lub dwie wolne miejscówki. A że najczęściej się nie znajdują, pozostaje łapanie stopa wraz z grupką 20 innych autostopowiczów z przymusu. W południowej części Carretery Austral ilość połączeń autobusowych zmniejsza się do dwóch tygodniowo, a wizja utknięcia na kilka dni w mało ciekawej wiosce staje się całkiem realna.  W skrócie, część Chile, którą przecina Carretera Austral, to taki południowoamerykański koniec świata.

Autobusów brak, próbujemy wydostać się z Villa Cerro Castillo stopem, ale samochodów na CA też brak!

Po co się więc tam pchaliśmy? Bo jest dziko i pięknie. Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od autostrady rozciągają się największe zaraz po Antarktydzie i Grenlandii pola lodu: Campo de Hielo Norte i Campo de Hielo Sur. Surowe góry oferują niezliczone możliwości trekkingów, a roztapiające się pokłady lodu tworzą turkusowe laguny, ogromne jeziora i krystalicznie czyste rwące rzeki.

Wystarczyło wybrać się na kilka dni w góry, by wszystkiego tego posmakować.. Czterodniowy trekking Cerro Castillo wydawał się idealny. No dobra, trzeba się więc tylko przedostać do Villa Cerro Castillo. Ale nie tak szybko. Z Chaiten autobusy jeżdżą tylko do La Junta, która nie leży nawet w połowie drogi. Nie mamy jednak wyjścia, więc o wyznaczonej godzinie 10-tej czekamy na autobus. Ktoś z miejscowych przebąkuje, że może przyjedzie później, około 11-tej. Po 1,5 godzinie czekania przyjeżdża, ale tylko po to by dopytać się w informacji turystycznej o której ma odjechać. Po czym po chwili znika. Zdezorientowani  my też dopytujemy się w Informacji, o której w końcu odjedzie. Pani sympatycznie informuje nas, że może po 12-tej, jak tylko do portu przypłynie prom. Nasz kierowca krąży jeszcze dwukrotnie po mieście, ale ochoty by zabrać ze sobą zmęczoną już trochę grupkę kilkunastu turystów nie ma żadnej. O 13-tej promu nie widać nawet jeszcze na horyzoncie. W końcu o 14-tej podjeżdża do nas zielony busik z 2 osobami na pokładzie. To na nich kilkanaście osób czekało ostatnie 4 godziny. No cóż, trzeba się po prostu przyzwyczaić. Gdy późnym popołudniem docieramy w końcu do La Junta, zostają nam już tylko poranne połączenia kolejnego dnia do następnej miejscowości, Coyhaique. Coyhaique jest stolicą regionu, głównym ośrodkiem komunikacyjnym i zaskakująco prężnie funkcjonującym miastem. Można powiedzieć, że w chilijskiej Patagonii wszystkie drogi prowadzą do Coyhaique. To tu znajdziecie jedyne na całym długości Carretery Austral supermarkety, ostatnie sprawnie działające bankomaty, a nawet darmowy publiczny wifi wokół głównego placu. Jednym słowem to idealne miejsce na krótki przystanek i przygotowania do trekkingu. Kolejnego dnia wsiadamy więc do autobusu, który zabierze nas do Villa Cerro Castillo, obładowani zapasami jedzenia na najbliższe 5 dni.

Początek trekkingu...

W wiosce Villa Cerro Castillo pozostaje nam tylko przepakować szybko bagaże, zostawić niepotrzebne ciężary w hostelu i uzupełnić ostatnie zapasy warzyw i owoców. To ostanie staje się największym wyzwaniem. Jak się później okazuje, cała chilijska Patagonia cierpi na deficyt warzyw i owoców, dostarczanych tu z centralnej części Chile wyjątkowo nieregularnymi transportami. Podstawą patagońskiej diety jest spory kawałek mięcha i chleb. Tylko mnie jakoś takie menu nie przekonuje.

Po 2 godzinach w wiosce w końcu ruszamy. Zdecydowana większość osób zaczyna trekking od przeciwnej strony w oddalonej o 35 kilometrów miejscowości Las Horquetas. My jednak  stwierdzamy, że to w końcu nie ma większego znaczenia: uwzględniając prognozę pogody i brak transportu do Las Horquetas decydujemy się zacząć w Cerro Castillo. Ta decyzja będzie nas później kosztowała w sumie kilka godzin błądzenia za każdym razem, gdy będziemy się starali odnaleźć zupełnie nieoznakowany od naszej strony szlak. Mimo to kolejny raz podjęlibyśmy pewnie podobną decyzję, bo to właśnie dzięki niej mieliśmy góry niemal wyłącznie dla siebie. Czasem tylko mijaliśmy parę lub samotnego trekkera wędrujących w przeciwnym kierunku, zawsze wymieniając się informacjami dotyczącym dalszego odcinka szlaku.

Widok na Lagunę Verde

To dzięki tej decyzji też drugiego dnia mogliśmy wieczorem wykąpać się w przepięknej Lagunie Verde z widokiem na szczyt Cerro Castillo i zagnieżdżony u jego stóp lodowiec. A wszystko to z dala od wścibskich oczu i w pełnej ciszy przerywanej tylko czasami przypominającym burzowe grzmoty odgłosem roztrzaskujących się o skały kawałków lodów. To chyba ta bliskość przyrody i poczucie odludnienia uczyniły z tego trekkingu niezapomnianą przygodę.

Ranek nad laguną Verde - widok z naszego namiotu

Co nie oznacza, że trekking nie obfitował w zaskakująco spotkania. Pierwszego wieczora z przyjemnością pogadaliśmy z pierwszym od 2 miesięcy spotkanym Polakiem. Zaś trzeciego dnia w możliwie najmniej dogodnym miejscu na szlaku – na stromym podejściu pod przykrytą wiecznym śniegiem przełęcz wpadliśmy na Stana i Flo. Dzięki odrobinie szczęścia z autobusami i długiemu dniu wędrówki udało im się nas dogonić. Jednak i oni zmierzali w przeciwnym kierunku, umówiliśmy się więc, że zostawimy im w naszym hostelu wiadomość, którą odbiorą po kilku dniach, jak tylko zejdą z gór. Podobnie umówiliśmy się także ze spotkanym tej nocy na ostatnim kempingu Chilijczykiem, Felipe, który podobnie jak my zaraz po trekkingu zamierzał ruszyć na południe. Kilka dni później odnajdziemy się wszyscy w miejscowości Puerto Rio Tranquillo i kilka kolejnych dni spędzimy, podróżując razem przez Patagonię.

Powrót do cywilizacji... ;)

Z resztą jak na ironię nie znaleźliśmy chyba miejsca bardziej sprzyjającego nawiązywaniu znajomości niż odludna Carretera Austral. Począwszy od rodzinki Chilijczyków, którzy ostatniego dnia trekkingu podrzucili nas 35 kilometrów z powrotem do Villa Cerro Castillo, skończywszy na zabawnej młodej parze z Santiago: Pauli i Chrisowi, z którymi kolejnego dnia na darmo przewędrowaliśmy kilka kilometrów w poszukiwaniu transportu, który zabrałby nas do kolejnej miejscowości, Puerto Rio Tranquilo. Transportu niestety nie znaleźliśmy i po całym dniu czekania w słońcu na autostop, postanowiliśmy złożyć się na taksówkę. Ale za to dzięki usilnym poszukiwaniom i osobliwym pomysłom Pauli i Chrisa zobaczyliśmy oddalone o kilka kilometrów od Villa Cerro Castillo jaskinie z prehistorycznym malowidłami naskalnymi, a wieczór spędziliśmy wspólnie przy ognisku nad brzegiem jeziora w Rio Tranquilo, gdzie rozbiliśmy się na noc. I kto powiedział, że totalne odludzie to nie najbardziej towarzyskie miejsce świata?

W drodze do malowideł naskalnych...

Mapka naszej trasy...

DZIEŃ 1

DZIEŃ 2

DZIEŃ 3

DZIEŃ 4

W drodze do Rio Tranquilo