Browsing Posts in Chile

2 maja 2008 roku po ponad 9000 lat snu przebudził się wulkan Chaiten. Spał na tyle twardo, że nikt z miejscowych nie zdawał sobie nawet sprawy, że pobliska góra jest wulkanem. Tego dnia ziemia falowała ponoć jak wzburzony ocean, a wypluwane przez wulkan pyły wulkaniczne w kilka godzin utworzyły słup wysokości 17 km. Natychmiast ewakuowano ponad 4000 mieszkańców pobliskiego miasteczka Chaiten. W kolejnych dniach było coraz gorzej. Siła erupcji wzrosła, po tygodniu słup pyłów wznosił się już na wysokość 30 km i przecinał cały kontynent aż do Oceanu Atlantyckiego (Chaiten położone jest na wybrzeżu Oceanu Spokojnego). 12 maja pojawiły się tzw. lahary – mieszanka gorących popiołów wulkanicznych i wody pochodzącej ze skraplanej pary wydobywającej się w trakcie wybuchu. Powstała w ten sposób rzeka błota, niosąca ze sobą kłody drzew i głazy, uderzyła w Chaiten. Intensywna erupcja wulkanu trwała jeszcze kilka miesięcy, a opadający setki kilometrów dalej pył stał się problemem dla rolników w Chile i Argentynie.

Zdjęcie satelitarne chmury popiołu sięgającej Oceanu Atlantyckiego, udostępnione przez http://www.sernageomin.cl/, pobrane z http://tierralatina.blox.pl/2008/05/Chaiten-piekny-i-grozny.html

Ponad 2 i pół roku później prom z Chiloe wysadził nas w malutkim porcie w Chaiten. Nie planowaliśmy się tu zatrzymywać, ale… od spotkanych miejscowych dowiedzieliśmy się, że następny autobus na południe odjeżdża za dwa dni. Żegnaj cywilizowany świecie! Witaj Caretero Austral! Był już zmrok, w porcie jakaś pani zaproponowała nam niedrogi pokój – nie mając specjalnie wyjścia, ruszyliśmy z nią do miasteczka. Po drodze ulice wydawały się jakieś takie martwe i ciemne, ale nic specjalnie nie wzbudziło naszych podejrzeń. W końcu zaczynamy przygodę z dziką Patagonią. Po kilku minutach zatrzymaliśmy się naprzeciwko… czarnej, ciemnej rudery. Nieco zbici z tropu, zapytaliśmy, czy jest ciepła woda. Ciepłej wody niestety nie ma. W sumie to nie ma w ogóle wody. Prądu też nie ma, ale mamy świeczki. Dopiero wtedy uświadomiliśmy sobie, że podczas całej drogi nie widzieliśmy żadnego źródła światła – całe miasteczko spowite było w ciemnościach. Po krótkiej rozmowie, wciąż nieco skołowani dowiedzieliśmy się, że gdzieś tam kilka przecznic dalej jest jeden hostel, w którym mają generator prądu. Po chwili pukaliśmy do drzwi jedynego rozświetlonego budynku w okolicy, ale niestety – brak wolnych łóżek. Nie mając wyjścia, wróciliśmy więc do naszej gospodyni i nie do końca wierząc własnym oczom, przeszliśmy po omacku przez zrujnowaną część domu. Wspięliśmy się ostrożnie po schodkach, gdzie czekał nasz pokój. Ku naszemu zdziwieniu okazał się być całkiem ładny, niczym nie różnił się od tych, w których zatrzymywaliśmy się wcześniej – no może tylko tym, że zamiast żarówek mieliśmy świeczki, a zamiast spłuczki i prysznica 5-litrową butelkę wody.

Nasz hostel...

Chwilę później siedzieliśmy już z naszymi gospodarzami przy filiżance herbaty i świecach, wysłuchując ich niezwykłej historii. Miejsce, gdzie byliśmy było przed wybuchem jednym z lepiej prosperujących hosteli w miasteczku. Został on częściowo zniszczony w trakcie trzęsienia ziemi, a właściciele zdecydowali się powrócić dopiero kilka tygodni przed naszym przybyciem. Dom opuścili dokładnie tak, jak ich zastało trzęsienie ziemi i erupcja wulkanu. Nie było czasu nic pakować. Na łodzie, którymi ich ewakuowano, nie mogli zabrać żadnego bagażu. Wybiegli, zostawiając za sobą cały dobytek. Gdy wrócili, dom był pusty. Szabrownicy zabrali dosłownie wszystko, nie zostawili nawet mebli, ani ubrań. Zacząć wszystko od nowa nie było łatwo. Podobny los spotkał wielu sąsiadów. Gdy posterunek policji przeniesiono 25 kilometrów dalej, opustoszała wioska stała się łatwym łupem dla złodziei. Przybywali łodziami, zabierając ze sobą wszystko, co miało jakąkolwiek wartość.

Spotkanie burzy i erupcji wulkanu, udostępnione przez http://www.sernageomin.cl/, pobrane z http://tierralatina.blox.pl/2008/05/Chaiten-piekny-i-grozny.html

Spotkanie burzy i erupcji wulkanu, udostępnione przez http://www.sernageomin.cl/, pobrane z http://tierralatina.blox.pl/2008/05/Chaiten-piekny-i-grozny.html

Po wielomiesięcznej erupcji wulkanu, rząd po konsultacjach ze specjalistami zdecydował, że Chaiten odbudowywać nie będzie. Obecna lokalizacja jest bowiem zbyt niebezpieczna.  Zdecydowano się odbudować miasteczko w nowej lokalizacji,  kilka kilometrów dalej od wulkanu. Mieszkańcy, którzy zgodzili się przenieść do nowego Chaiten lub gdzie indziej w Chile, mogli liczyć na dużą pomoc finansową państwa.

Jak zawsze jednak w tego typu sytuacjach znaleźli się tacy, którzy odmówili. Czuli się oszukani i zdradzeni przez władze i za nic w świecie nie wyobrażali sobie opuścić swoich domów. Twierdzą, że groźby sejsmologów nie są uzasadnione. W końcu przez dziesiątki lat żyli z wulkanem w zgodzie, to i dalej mogą żyć, a żadna krzywda im się nie stanie. Rząd był jednak konsekwentny i nie chciał inwestować w infrastrukturę, która w każdej chwili mogła ulec ponownemu zniszczeniu. Tak oto, niemal 3 lata później w Chaiten wciąż nie ma prądu, ani bieżącej wody. Większość domów jest opuszczonych, a ci, którzy zdecydowali się zostać, prowadzą tryb życia zbliżony do tego sprzed 200 lat. W konflikcie między racjonalnym myśleniem władz a emocjami mieszkańców trudno przesądzać o racji. Co jest ważniejsze: rozum i rozsądek, czy uczucia? Nie nam to pewnie oceniać. Po trzech latach walki wygląda jednak na to, że rząd się ugiął. Wraz z nami na promie przypłynęła maszyna do instalowania sieci wysokiego napięcia. Co na to wulkan? Na razie drzemie, ale jeszcze nie usnął. Nad kraterem wciąż unoszą się tumany pyłu wulkanicznego.

Erupcja wulkanu Chaiten, udostępnione przez http://www.sernageomin.cl/, pobrane z http://tierralatina.blox.pl/2008/05/Chaiten-piekny-i-grozny.html

Chcąc ujrzeć część miasteczka zniszczoną przez wspomniane wcześniej lahary, następnego dnia rano wybraliśmy się nad rzekę. Było to niezwykłe przeżycie – z jednej strony fascynujące, z drugiej jednak przygnębiające i smutne. Mieliśmy wrażenie, jakby tragedia rozegrała się kilka dni wcześniej, a my jako jedni z pierwszych mogliśmy się przyjrzeć ogromowi zniszczeń. Spacer przez „odbudowaną” część Chaiten nie był z resztą bardziej optymistyczny. Kościoły, ratusz i koło gospodyń domowych wciąż świecą pustkami. Jak się później dowiedzieliśmy, część przybyłych z nami na promie turystów nocowała w opuszczonych budynkach. Ktoś rozbił nawet namiot na głównym placu Chaiten.

Domy zalane przez spływy popiołów, w tle dymiący wulkan Chaiten

PS: Wieczór przy świecach, w ciemnym, głuchym domu, bez telewizora i radia, za to przy niezwykłej historii naszych gospodarzy był jakby… magiczny. Może czasem warto zapomnieć o elektryczności? Zachęcamy spróbować! :)

Pełnia księżyca przy ognisku, w drodze z Villa O’Higgins do Argentyny, zdjęcie Stana i Flo pobrane z www.letempsdunvoyage.fr

Galeria zdjęć z Chaiten

Chiloe nazywane jest wyspą mistyczną, owianą legendami o czarownicach, zaginionych statkach i leśnych gnomach. W trakcie naszej wizyty zaczęłam się jednak zastanawiać, czy ten mistycyzm nie ma przypadkiem więcej wspólnego z angielskim słowem ‘mist’- mgła. Bo mgłą Chiloe owiane jest z pewnością. Nawet w pełni lata słoneczne dni są tu rzadkością, a lodowate grafitowe wody Pacyfiku każą wątpić, czy to ten sam ocean, który otacza wyspy Fiji.

Castro - stolica wyspy

Ale my nie przyjechaliśmy tu pluskać się w wodzie, a raczej zapoznać się z charakterystyczną kulturą wyspy. Ze względu na położenie i względną samowystarczalność (jest to druga największa wyspa Ameryki Południowej), Chiloe i jej mieszkańcy przez wieki żyli w pełnej izolacji. Tak naprawdę dopiero po potężnym trzęsieniu ziemi, które dotknęło wyspę w latach 60-tych XX wieku, wyspiarze otworzyli się na pomoc świata zewnętrznego, zarówno rządu Chile jak i sił międzynarodowych. Wcześniej państwo zdawało się tolerować względną autonomię wyspy.

I dobrze, bo dzięki temu Chiloe udało się zachować unikalny charakter. To jedyne miejsce w Chile, gdzie zobaczyć można palafitos – kolorowe domy na palach budowane bezpośrednio na wodzie. Najciekawsze przykłady znaleźć można w Castro, tętniącej życiem stolicy wyspy, gdzie zaczęliśmy naszą przygodę z Chiloe.

Palafitos w Castro

Kolejną cechą wyróżniającą wyspę są przepiękne drewniane kościoły z XVIII i XIX wieku. To naturalne, że świątynie budowano z jedynego powszechnie dostępnego na wyspie budulca. Kontrastują one jednak wyraźnie ze świątyniami wznoszonymi w tym samym czasie w innych częściach Chile, gdzie kamień lub cegły już dawno wyparły łatwopalne drewno. Kilka z kościołów wpisano na Listę UNESCO i dzięki rządowym dotacjom wszystkie zdają się właśnie przechodzić gruntowną renowację.

Żeby zobaczyć budowle rozrzucone po małych rybackich wioskach po całej wyspie, musieliśmy wypożyczyć na 2 dni samochód. Korzystając z okazji, postanowiliśmy zobaczyć jeszcze kilka innych malowniczych zakątków wyspy. Pierwszy przystanek: zatoczka Chepu. Zadowoleni, że w końcu opuszczamy samochód, postanowiliśmy pospacerować po tutejszej plaży. Nie przeszliśmy może 200 metrów, gdy gigantyczne muchy zawróciły nas do samochodu. Jeśli ktoś uważa, że nowozelandzkie sandflies są uciążliwe, nie miał do czynienia z owadami Chiloe. Mimo dzielnej walki przy pomocy rąk, nóg, butów, bluz i parasolek, musieliśmy się poddać. Jak się później dowiedzieliśmy, tego dnia zawieszono nawet spływy kajakowe pobliską rzeką Butalcura. Małe bestie nie dawały nikomu szans.

Skoro byliśmy już tak blisko, postanowiliśmy też odwiedzić położoną na samej północy wyspy kolonię pingwinów Puñihuil. Po naszym pierwszym kontakcie z pingwinami w Nowej Zelandii, ta wizyta była sporym zaskoczeniem. Okazuje się, że pingwiny nie są wcale aż tak nieśmiałe. A w dużej grupie zupełnie nic sobie z obecności człowieka nie robią.

Kolonia pingwinów

Następnego dnia przedostaliśmy się jeszcze na mniejszą wysepkę Quinchao,  gdzie atrakcją samą w sobie stały się bawiące się wśród promów delfiny, wypasające się na plaży krowy i sprytna kolonia fok, która usadowiła się bezpośrednio na farmie łososia. Zastanawialiśmy się tylko, czy farmerom cokolwiek jeszcze z tego łososia zostaje.

Jednak o tym, jak niełatwo żyje się na Chiloe przekonał nas ostatni etap dwudniowego szwędania się po wyspie. Cucao to malutka wioska w Parku Narodowym Chiloe nad wybrzeżem Pacyfiku. Miasteczko to zaledwie kilka rozrzuconych wzdłuż drogi chatek, ale zdaje się utrzymywać przynajmniej kilkunastu rybaków poławiających niedaleko brzegu małże.

Poza lodowato zimną wodą, silnymi prądami i wiecznie wzburzonym morzem, ci biedacy muszą jeszcze walczyć z nieziemsko silnym wiatrem, który mimo mokrego piasku zdołał wywołać na plaży mini burzę piaskową. Powrót do samochodu pod wiatr okazał się dla nas niemałym wyzwaniem. Te kilka nowo nabytych kilo przydało się akurat, gdy trzeba było walczyć, by utrzymać się w pionie. Wyciąganie ziarenek piasków z każdej szczeliny ciała też było mało przyjemne. O nie dziękuję, ja Cucao miałam dość po godzinie.

Mini burza piaskowa...

A skoro już o małżach i owocach morza mowa, to nie mogliśmy opuścić wyspy bez spróbowania tradycyjnego Chiloańskiego dania, curanto. Gdy podejrzanie wyglądająca mieszanka ziemniaczanej papci, owoców morza, kurczaka i ociekającej tłuszczem wieprzowiny wylądowała na talerzu Tomka, dziękowałam Bogu, że się nie skusiłam. Smak? Pewnie zbliżony do innych kulinarnych propozycji Chiloe. Aż dziw bierze, że to stamtąd pochodzą nasze pyszne ziemniaki.

O ile dostanie się na wyspę było dziecinnie proste, o tyle jej opuszczenie okazało się nieco bardziej skomplikowane. Zwłaszcza w obranym przez nas kierunku południowym. By nie utknąć w Castro przez kilka kolejnych dni, trzeba było dotrzeć na sam południowy koniuszek wyspy do niewielkiej rybackiej miejscowości Quellón. Stąd prom miał nas już zabrać do Chaiten na początek naszej przygody z najbardziej odludną autostradą świata, Carreterą Austral.

Za sobą zostawiliśmy dobrze zaopatrzone sklepy, regularne połączenia autobusowe, dostęp do Internetu przez kolejne 2 tygodnie. A także Stana i Flo, którzy zostali chwilę dłużej w Castro. To jednak nie koniec naszej podróży z Francuzikami. Jedno czego Carreterze Austral zarzucić nie można to to, że nie sprzyja nawiązywaniu przyjaźni i wpadaniu na starych dobrych znajomych :)

Łodzie rybackie w Quellón

Galeria zdjęć z Chiloe

Po powrocie z gór zaczęliśmy się zastanawiać, jak przedostać się z powrotem do Chile, do Puerto Varas. Kusiła nas opcja przeprawy przez miasteczko Peulla. Jednak by się tam dostać, trzeba przekroczyć 3 jeziora, 2 wysokogórskie przełęcze,  a kilkunastokilometrowe odcinki lądowe pokonać busikiem lub na piechotę. Czas nie stanowi problemu, więc zapalamy się do naszej kolejnej górskiej wyprawy. Niestety bilety na prom oferuje jedna firma i to wyłącznie w ramach jednodniowej wycieczki all inclusive o niebotycznej cenie 600 złotych od osoby. Nie pozostaje nam nic innego jak stara sprawdzona przeprawa autobusowa.

Ławeczka z widokiem na Puerto Varas...

W Puerto Varas uradowana odnajduję ukochane maliny, a do tego rozkosznego psa właścicieli hostelu, małą białą kudłatą kuleczkę o imieniu Blanca. Z właścicielem hostelu wiążę się swoją drogą ciekawa historia. Wypełniwszy dawno dawno temu ankietę na stronie programu antywirusowego Norton, zdążył już o tym zapomnieć, gdy po jakimś czasie otrzymał telefon ze Stanów Zjednoczonych informujący go o wygranej w konkursie: nagroda – lot w kosmos! Pierwszy lot miał na celu doświadczenie poczucia nieważkości w specjalnym samolocie ZERO-G. Drugim etapem jest lot dokoła orbity ziemskiej. Więcej informacji o konkursie znajdziecie TUTAJ

Jeżeli dysponujecie odpowiednimi środkami możecie sami zafundować sobie tego typu rozrywkę – pierwsze komercyjne loty w kosmos pojawiły się już na rynku: http://www.spaceadventures.com/.

Zatem w Puerto Varas mieliśmy przyjemność zatrzymać się w hostelu pierwszego Chilijczyka w przestrzeni kosmicznej w historii! :)

My zorganizowaliśmy sobie kosmiczny lot sami.

Superman z małżonką...

Serię zdjęć na tzw. supermana zrobiliśmy sobie w trakcie jednodniowej wyprawy wypożyczonym samochodem po okolicach Puerto Varas. Najbardziej charakterystycznym elementem krajobrazu jest tu idealny stożek wulkanu Osorno. Ze względu na dynamicznie zmieniającą się powierzchnię, liczne szczeliny i kapryśną pogodę na wulkan można się wspiąć jedynie z przewodnikiem. Zaledwie 2 tygodnie przed naszą wizytą nakaz ten zignorowało 4 Francuzów. 2 z nich przypłaciło tę decyzję życiem.

My zadowoliliśmy się więc malowniczą jednodniową przejażdżką po okolicy. Laguna Verde, stacja kolejki linowej u stóp wulkanu Osorno, rzeka Puyuhapi, położone na niej wodospady i 1,5-godzinny rejs po jeziorze zapewniły nam wystarczająco dużo atrakcji. Zwłaszcza, że niewyleczone do końca infekcja jeszcze z Bariloche zaczęła dawać o sobie znać i mimo tylu pięknych przystanków po drodze pod koniec dnia nie miałam już nawet siły wyjść z samochodu.

Kolejne 2 dni spędzę więc kurując się pod cieplą pierzyną. Tomek, Stan i Flo wykorzystają za to ten czas na rafting na rzece Petrohue. Okolica słynie z wartkich prądów i doskonałych warunków do sportów wodnych.

ZAPRASZAMY do obejrzenia filmu z raftingu. Zabawa przednia! Następnym razem przesiadam się na kajak… :)

Puerto Varas i okolice

Jedną z zalet podróżowania w grupie jest to, że czasem  można sobie pozwolić na mały luksus. Pod warunkiem, że koszty dzieli się np. na czworo. W Pucón takim luksusem była cabaña, 4-osobowy domek z kuchnią, łazienką, kominkiem i living roomem, którą wynajęliśmy zaraz po przyjeździe. Po tylu nocach w kampervanie, u Barbary, mniej lub bardziej zatłoczonych hostelach fajnie było mieć przez kilka dni namiastkę domowych pieleszy. Z resztą pobyt w Pucón przypominał domowy jeszcze z innych względów – po pierwsze, owoce. Na głównej ulicy Pucón codziennie w sznurku ustawiali się sprzedawcy świeżego zielonego groszku, truskawek, malin i borówek amerykańskich. Za duże opakowanie malin 6 zł. A smak? Przeeepyyysznyy! No cóż, zaryzykuje stwierdzenie, że słodszy niż w Polsce. To samo dotyczyło zielonego groszku, którego w Polsce ostatnio trudno mi było upolować. Tak więc przez 6 dni, które spędziliśmy w Pucón, w naszej domowej jadalni królowały maliny, truskawki i zielony groszek. Dla mnie podniebny raj. Po drugie zaś ze względu na pogodę.  Temperatury zdecydowanie niższe niż na pustyniach północy jakieś takie Polsce bliższe.

A pogoda okazała się tu być bardzo zmienna. Jednego dnia słońce, kolejnego deszcz. Dlatego dni słoneczne staraliśmy się wykorzystywać w pełni. Jedną z głównych atrakcji miasteczka jest możliwość wspięcia się na wciąż aktywny wulkan Villarica. Idealny stożek stanowi doskonałe tło dla Pucón. Widząc jednak, jak rzadko można go dostrzec spoza chmur, pierwszy słoneczny dzień wykorzystaliśmy na zdobycie Villarici. Nie jest to jednak wypad samodzielny. Wulkan przykrywa gruba warstwa śniegu. Wspinaczka wymaga wodoodpornych spodni, specjalistycznych butów do chodzenia po lodzie, czekana, no i przede wszystkim przewodnika.

Po krótkim rozeznaniu w mieście, wybieramy agencję i kolejnego dnia o 6.45 ruszamy już w kierunku góry. Pierwszy krótki odcinek pokonujemy wyciągiem krzesełkowym – ułatwienie dla leniuchów. Ale wspinaczka tysiącem małych kroczków, która przed nami, wcale dla leniuchów już nie jest. Po kilku godzinach takiego kroczenia w grupowym konwoju, gęsiego, w końcu docieramy na szczyt. Spacer wzdłuż krawędzi krateru gwarantuje widoki 360°. Zmęczenie znika w sekundę. Uciążliwe stają się za to gazy wydobywające się z krateru. Przy lekkiej zmianie kierunku wiatru trujące gazy wieją nam prostu w twarz. Uciekamy, duszący dym nie daje oddychać. Przewodnicy uczciwie informują, że nie zawsze docierają na sam szczyt. Gdy kierunek wiatru nie sprzyja dalszej wspinaczce, nie ryzykują, nie wchodzą. Skoro z duszącym gazem nie ma żartów, nie przedłużamy spaceru na szczycie.

Na szczycie...

Zjeżdżamy- dosłownie! No właśnie, przed nami najlepsza część całej wyprawy: jazda na jabłuszkach na sam dół wulkanu. Freestyle byłby może zbyt ryzykowny, zbocze jest w końcu strome. Dlatego początkowo wszyscy suniemy wyżłobionymi tunelami śnieżnymi. Przypomina to nieco zabawę na zjeżdżalni w aquaparku. Z tą różnicą, że tu do hamowania służy nam czekan i trzeba uważać, by nie wybić nim sobie zębów. Im niżej, tym ciekawsze techniki zjazdu. Pod koniec naszą techniką staje się… brak techniki. Byle szybciej w dół. Tak jest więcej frajdy. Przemoczonym do suchej nitki jest nam już wszystko jedno.

Nagrodą za dzielny freestylowy zjazd są snacki i zimne piwo. Słońce grzeje tak mocno, że przemoczone spodnie schną w mgnienia oku. Z tego samego powodu w mgnienia oku zaczynamy też odczuwać działanie piwa. Błogie zakończenie wulkanicznej przygody :)

Skoro są tu wulkany, muszą też być wulkaniczne jeziora. Kolejnego pięknego dnia postanawiamy się wybrać nad jedno z nich, Lago Caburga. Trasa do jeziora, 13 km w jedną stronę, prowadzi malowniczą drogą przez wioskę Mapuche, obok wodospadów i malowniczych lagun. W sam raz na rower, a że mamy wśród nas triatlonistę, długo się nie zastanawiamy. Wypożyczamy górskie rowery.  Od dość dawna nie jeździliśmy na dwóch kółkach. Pupa zdecydowanie zapomniała, jak to jest spędzić długi dzień na siodełku. Ale w moim przypadku zapomniały też chyba i płuca. Mimo pięknych widoków po drodze, niekończące się pedałowanie pod górkę pozbawia mnie oddechu na kilka dobrych minut. Najbardziej wkurza Stan, który podjeżdża spokojnie pod każde wzgórze, po czym robiąc wokół mnie i Flo kółka, instruuje, jak powinnyśmy oddychać. Jego rady przynoszą jednak skutek i na ostatniej prostej zmęczenie znika, jeszcze tylko ostatnie wzgórze, szybki podjazd i jesteśmy. Jezioro….

Chłopakom ten wysiłek chyba jednak nie wystarcza. Był zawody rowerowe, to teraz kolej na wyścig pływacki. Spacer wzdłuż plaży zakończy się więc przepłynięciem 2 kilometrów stylem, no cóż w przypadku Stana kraulem, w przypadku Tomka, raczej dowolnym ;) Dla dopełnienia triatlonu brakuje nam tylko biegu z powrotem do Pucón. Taki pomysł na szczęście nie przychodzi im już do głowy. I ostatnie 12 km pokonujemy śmigiem na rowerach. Cały czas z górki! :)

Villarica

Na rowerach

Zaraz po opuszczeniu El Cafayate ruszyliśmy śmigiem do Mendozy. W kraju horrendalnie drogich przejazdów autobusowych i nielogicznie sformułowanych stron internetowych, gdzie żaden obcokrajowiec nie może zabukować biletu online, przewoźnikom jakoś udaje się zapełniać wszystkie autobusy na kilka dni wprzód. Jest szczyt sezonu i cała Argentyna zdaje się być w drodze.

W Santiago czekają już na nas Stan i Flo, para Francuzów, którą poznaliśmy w Indonezji. To z nimi wdychaliśmy siarkę nad wulkanami Bromo i Iljen, z nimi w strugach deszczu zjechaliśmy Bali na skuterach i w końcu też z nimi ślizgaliśmy się od burty do burty w trakcie pamiętnego rejsu wzdłuż Sumbawy. Teraz po kilku miesiącach w Australii, Nowej Kaledonii i Nowej Zelandii Flo i Stan dotarli do Santiago.

A my zmęczeni już trochę zakorkowaną Argentyną, korzystamy z okazji, jedziemy im na spotkanie. W Tucuman udaje nam się dostać ostatnie 2 bilety na nocny autobus do Mendozy, a w Mendozie szybko znajdujemy połączenie do Santiago. Jeszcze tylko malownicza przeprawa przez przełęcz Los Libertadores. Położona na wysokości 3500 m przełęcz to na razie jedyne oficjalne przejście graniczne między Argentyną i Chile w tym rejonie Andów. Wijąca się wśród gór droga łączy Santiago i Mendozę, dwa gigantyczne centra tranzytowe. Dlatego ruch jest spory. Do tego stopnia, że na przejściu granicznym spędzimy równe 4 godziny. Argentyna tak zagrała nam na nerwach, że nawet powolność argentyńskich celników bierzemy za narodową przywarę. Po stronie chilijskiej jakoś to wszystko idzie sprawniej, psiaki celne (labradory) jakieś takie przyjazne i jakby celnicy mówią lepszym hiszpańskim :) Te 4 godziny czekania wynagradzają nam jednak widoki – piękne! Gdzieś tam po lewej zostawiamy Aconcaguę (6962 m npm), najwyższy szczyt obu Ameryk, a nawet południowej hemisfery. Wszystko widziane z autokaru, ale do widoków zza okna przyzwyczailiśmy się już w trakcie podróży po Ameryce Południowej.

W Santiago odnajdujemy Flo i Stana. Super zobaczyć się po takim czasie, wymienić się wrażeniami. W końcu można by rzecz, że Francuziki nas śledzą. Zaczęli podróż 1 września w Indonezji i od tamtej pory jakby jechali naszym tropem ;) Przy okazji krótką wizytę w Santiago wykorzystamy też na spotkanie z Hallą i Felipe poznanymi w San Pedro. Na wszelkie towarzyskie spotkania jak zwykle optymalne okazuje się patio dzielnicy Bellavista.

Podążając swoim własnym tropem, znów odwiedzimy też znajome centrum handlowe Parque Arauco. Żadnych paczek DHL już nie wysyłamy, za dobrze by im było. Tym razem uzupełniamy braki w sprzęcie trekkingowym. Przed nami kilka górskich wędrówek, trzeba w końcu kupić kuchenkę gazową, zestaw garnków, karimaty, termos, itp.

Valparaiso

Zanim zaopatrzeni w nowe sprzęty, ruszymy na podbój Patagonii, odwiedzimy jeszcze Valparaiso. 1,5 godziny drogi dzielące je od Santiago, to idealny dystans na jednodniowy wypad. Myślałam, że będzie nam trochę szkoda po jednym dniu opuszczać tę kolorową mozaikę położonych nad morzem kamienic. Dość chaotyczne, zabudowanie, zatłoczone ulice i głośne tankowce cumujące w porcie po raz kolejny przekonują nas jednak, że miasto to nie nasza broszka. Zostawiamy więc najgęściej zaludnioną Centralną Dolinę Chile i ruszamy do Krainy Jezior. Kierunek: Pucon!

Przełęcz Los Libertadores

Valparaiso