Browsing Posts in Indonezja

Pożegnanie z Azją

2 comments

Czas najwyższy opisać nasze ostatnie dni po powrocie na Bali, gdzie czekali już na nas znajomi z Polski: Asia i Rafał. Jednak zanim się spotkaliśmy, zrobiliśmy szybki wyskok do Amed, niewielkiej miejscowości na wschodzie wyspy. Ponoć Amed to obraz południa Bali sprzed 40 lat- spokojna, nieskażona cywilizacją miejscowość malowniczo ciągnąca się wzdłuż głównej nadbrzeżnej drogi. Z okolicznych wzgórz rozciąga się widok na najwyższy wulkan Bali – Agung, a w dole ciągle się czarna plaża (wulkaniczne piaski). Dla nas, a zwłaszcza dla Tomka Amed było przede wszystkim bazą wypadową do nurków na pobliskim wraku amerykańskiego okrętowca z czasów II Wojny Światowej – Liberty. Ponoć imponujący. Wiem z opowieści, bo gdy Tomek eksplorował pobliskie dna morskie, ja z kolei eksplorowałam nasz hotelowy basen. A robił wrażenie, zwłaszcza, że to nasz pierwszy basen w trakcie podróży. Z eksploracji niewiele jednak wyszło, bo już około 12 dołączyli do mnie Asia i Rafał.

Z Asią i Rafałem...

Z Asią i Rafałem...

Przyjechali po nas wynajętym samochodem, by przy okazji zobaczyć wschodnie wybrzeże. Krótki spacer po okolicy w oczekiwaniu na powrót Tomka z nurków i długo wyczekiwane rozmowy po polsku dały przedsmak kolejnym wspólnie spędzonym dniom J Po południu już w pełnym składzie ruszyliśmy w stronę Sanur, gdzie Asia z Rafałem zarezerwowali sobie wcześniej nocleg. Sanur nie jest może najpiękniejszą miejscowością na Bali, ale zdecydowanie dobrą alternatywą dla hałaśliwych i zatłoczonych miejscowości południa, jak Kuta, Seminyak, czy Legian. I wygodną bazą wypadową na południe wyspy. Tam Asia i Rafał zarezerwowali swoje bardzo eleganckie kondominium, gdzie z nieukrywaną przyjemnością składaliśmy im wizyty. Poza tym, że jest raźniej i weselej, podróżowanie we czwórkę ma też zalety finansowe – zawsze koszt np. wynajmu samochodu dzieli się na czwórkę :) Takim właśnie wynajętym samochodem zjechaliśmy razem kawałek południa. Odwiedziliśmy malowniczy Jimbaran, gdzie z Asią podglądałyśmy miejscowych rybaków, a przy okazji też kolejną parę napotkaną w trakcie sesji ślubnej (czyżby nas prześladowały? :)

Rybacy w Jimbaran

Podziwialiśmy dwa zachody słońca, każdego dnia w innej hinduskiej świątyni: pierwszego dnia w Pura Tanah Lot, kolejnego w Pura Uluwatu. W tej drugiej spotkaliśmy nieznośne i złośliwe małpy, które zostały wykorzystane przez przedsiębiorczych Indonezyjczyków do generowania przyzwoitego zarobku. Małpy zabierały turystom różne fanty (najczęściej okulary przeciwsłoneczne), po chwili pojawiał się pan, który odzyskiwał zgubę za pomocą woreczka z małpimi przysmakami. Za tę usługę kasował zdezorientowanego turystę. Dużo turystów, dużo fantów, dużo małp złodziejek i biznes się kręci.

Trochę się też powygłupialiśmy, poleniuchowaliśmy, a na sam koniec pobytu na Bali całą trójką (Tomek jak zwykle z takich przyjemności się wypisał) zafundowaliśmy sobie balijski masaż. Błogie przeżycie i jak na swoje 17,5 zł za godzinę bardzo przyjemne również dla kieszeni. Swoją drogą w Indonezji masaż to chleb powszedni. Dzięki temu w ciągu miesiąca pozwoliłam sobie na taką przyjemność aż 3 razy. Choć mówiąc o masażu, który pewna sprzedająca ananasy pani zrobiła mi na Gili Air, trudno mówić o przyjemności. Ten jeden przypominał raczej masowanie wałkiem do mięsa umaczanym w oliwie i gruboziarnistej soli. Nie było łatwo J Ale skoro już mowa o masażu to wszystkim tym, którzy za bardzo rozsądne pieniądze chcieliby się oddać w ręce profesjonalistki, gorąco polecamy: www.harmonia.waw.pl Zbieżność nazwisk czysto przypadkowa ;) A wracając do Bali, jak się okazało taki relaks i wyciszenie były bardzo wskazane przed czekającymi nas już wkrótce stresującymi przeprawami z liniami lotniczymi…

Zachód słońca w Pura Uluwatu

Ps. Asię i Rafała zostawiliśmy w Sanurze, ale już następnego dnia, odrobinę za naszą namową, udawali się na opisane poniżej wyspy Gili. Wybór okazał się na tyle udany, że nie tylko spędzili tam 2 dni dłużej niż planowali, ale też oboje zrobili kursy nurkowe, Asia już nawet AOWD :) Pozdrowienia kochani!

Zakładam, że każdy z Was słyszał o smokach z Komodo i nie muszę tłumaczyć, że tak naprawdę nie są to prawdziwe smoki ;) Nie będziemy się rozpisywać o ich pochodzeniu i cechach szczególnych – jak jesteście ciekawi poczytajcie tutaj. Poprzedni post był trochę przydługawy, więc tym razem postaramy się nieco streścić. Odwiedziliśmy dwie wyspy ze smokami: Komodo i Rinca.

KOMODO ISLAND

Wyspa Komodo jest olbrzymia. Żyje na niej około 1300 smoków. Wyspę można eksplorować wyłącznie z lokalnym przewodnikiem. Turyści mają do wyboru trzy różne szlaki: krótki, średni i długi. Prawdopodobieństwo spotkania smoków wzrasta wraz z długością szlaku, chociaż przewodnicy podkreślają, że spotkanie z jaszczurami  nie jest gwarantowane w żadnej opcji.

Wycieczka zaczyna się od opowieści o szwajcarskim turyście Rudolfie, który odłączył się od grupy, żeby zrobić ciekawe zdjęcia. Po nieszczęsnym Rudolfie zostały jedynie kapelusz i aparat. Pozostaje mieć nadzieję, że rodzina odzyskała chociaż aparat i mają kilka dobrych fotek. Pokrzepieni dyscyplinującą opowiastką wyruszyliśmy na długi szlak.

Waran z Komodo

Władze parku dbają o to żeby na wyspie nie zabrakło pożywienia dla rozsławionych jaszczurów. Po drodze co  chwilę mijamy sarny, jelenie, dziki i kuropatwy.  Mijamy także odchody, które składały się z białego proszku (smoki pożerają również kości swoich ofiar), włosów, zębów i pazurów. Po kilkunastu minutach na szlaku zobaczyliśmy pierwszego jaszczura. Majestatycznie maszerował ścieżką kilka metrów przed nami. Trzeba przyznać, że te gady są wyjątkowe i trudno porównać je do innych stworzeń. Szczególne wrażenie robią, gdy są w ruchu – nie zdarza się to często, zazwyczaj leniwie wylegują się w słońcu. Smoki przemieszczają się powoli – dorosły gad może biec zaledwie 12 km/h. Ale nie można o nich powiedzieć, że są wolne – gdy zęby znajdą się w zasięgu ofiary, działają błyskawicznie. Na Komodo zobaczyliśmy jeszcze dwa smoki na szlaku.

Po powrocie do portu okazało się, że największe jaszczury można spotkać przy lokalnej restauracji – mają doskonały węch i, jak już wspominałem, są leniwe i nie gardzą resztkami jedzenia – jak dla mnie, drogie smoki,  to upokarzające.

RINCA ISLAND

Rinca jest znacznie mniejsza od Komodo, a żyje na niej prawie tyle samo smoków co tam, w sumie około 1100. Na świecie wypromowane jest Komodo, ale na miejscu okazuje się, że najlepszym miejscem na obserwowanie wielkich gadów jest właśnie Rinca (swoją drogą część Komodo National Park). Po pierwsze dużo łatwiej jest tu spotkać smoki, po drugie sama wyspa jest zdecydowanie ładniejsza niż Komodo. Jeżeli będziecie musieli kiedyś między nimi wybierać, zdecydowanie polecamy Rinca. Zwiedzanie wyspy wygląda podobnie jak na Komodo – do wyboru kilka szlaków, możliwych do przejścia wyłącznie z lokalnym przewodnikiem zaopatrzonym w drewniane widły.

Już na początku, w miejscowej osadzie widzimy kilka jaszczurów wylegujących się w oczekiwaniu na jakieś ochłapy. Zaraz potem na szlaku mijamy stosy czaszek ofiar olbrzymów. Są wśród nich czaszki małp, saren i dzików. Chwilę później spotykamy też wyżerkę większego kalibru – potężne bawoły.

Bawół

Mijając jednego z nich, Paulina zapytała przewodnika, jak to możliwe, że tak wielkie zwierzę daje się zabić krótkonogiemu jaszczurowi. Usłyszeliśmy, że smoki mają specyficzną strategię polowania na duże zwierzęta. Podczas ataku wystarczy, że gad ugryzie ofiarę tylko raz. W języku znajduje się trucizna, która w bardzo powolny sposób zabija nawet wielkie zwierzęta. Duża rana i krwawienie przyspieszają ten proces. Zwierzęta wielkości bawołów padają martwe po kilku dniach. Co ciekawe smok nie próbuje w tym czasie ponownie atakować ofiary. Po prostu czeka, śledząc słabnące z każdym krokiem zwierzę. Kiedy bawół pada wyczerpany na ziemię, gady zaczynają ucztę.

Kilka minut później na własne oczy ujrzeliśmy, co przewodnik miał na myśli. Gdy zbliżyliśmy się do niewielkiego źródła, przewodnicy kazali się nam zatrzymać, a sami w dużym podnieceniu zaczęli czegoś wypatrywać. Po chwili zaczęli wołać, że mamy wielkie szczęście, że jest mnóstwo krwi i żebyśmy powoli za nimi szli. Przy wodopoju zobaczyliśmy rannego bawoła i wylegujące się wokół niego jaszczury. Zwierze miało kilka ran – na nogach, udzie, boku i nad okiem. Ślady krwi były jeszcze świeże. Bawół stał jeszcze o własnych siłach, ale sprawiał wrażenie, jakby większy podmuch wiatru miał go przewrócić.

Ranny bawół...

Słaniał się na nogach, mrużąc co chwila bezradnie oczy opatrzone firanką długich rzęs. Zrobiło się nam cholernie smutno, nie pomogły tłumaczenia, że tak wygląda natura i że mamy spore szczęście. Tymczasem z okolicy zaczęło się powoli schodzić coraz więcej smoków. Nadchodziły powolnie z każdej strony wzgórza. Jak już mówiłem, mają doskonały węch, a świeżą krew wyczuwają pewnie z odległości kilku kilometrów. Przewodnicy kazali nam się ewakuować. Odeszliśmy, ale wciąż nieco zszokowani. Każdy z nas widział już podobne sceny w telewizji, ale taka scena na żywo, w naturalnym środowisku drapieżnika i jego ofiary naprawdę robi wrażenie. Najlepiej podsumowuje to komentarz Oskara, 7-letniego synka rodzinki Leith: „That was the coolest day of the trip!”.

Czterodniowy rejs na Flores zapamiętamy do końca  życia – kilkakrotnie przeszła nam bowiem przez głowę myśl, że może to być ostatnia rzecz, którą w życiu zrobimy. Ale zacznijmy od początku.

Nasza przygoda z indonezyjskimi morzami miała się rozpocząć w małym porcie na wschodnim wybrzeżu Lombok. Gili Islands są na zachodzie, dzięki czemu mieliśmy okazję przyjrzeć się całej wyspie z okien busa. Wyspa jest piękna i trochę szkoda, że nie zatrzymujemy się na niej na dłużej. Co się odwlecze, to nie ucieczce – nie pierwszy raz obiecujemy sobie, że do Indonezji jeszcze kiedyś wrócimy. Po drodze zbieramy zaopatrzenie na naszą wyprawę – owoce, warzywa, woda, żywy inwentarz w nylonowych workach, alkohol, itp.. Do portu dotarliśmy przy akompaniamencie kurczaków, wyraźnie niezadowolonych z sytuacji  w jakiej się znalazły. Im też na pewno przyszła do głowy myśl, że to ostatnia podróż w ich życiu – w przeciwieństwie do nas, kurczaki się nie myliły.

Pierwszy rzut oka na łódki i chwilowa konsternacja. Płacąc za wycieczkę nie oczekiwaliśmy  podróży luksusowym jachtem, spodziewaliśmy się prostej łódki, pozbawionej specjalnych wygód – tylko, że  rzeczywistość okazała się jeszcze prostsza niż nasze wyobrażenia. Zaokrętowaliśmy się na nasz nowy dom wraz z 10 innymi pasażerami. Stwierdziliśmy, że żyjąc na tak małej powierzchni przez 4 dni dużo ważniejsze od łódki jest dobre towarzystwo – wszystko wskazywało na to, że tego nam brakować nie będzie.

Ze Stanem i Flo

Tu trzeba wspomnieć o ludziach spotkanych w trakcie naszej podróży. Pamiętacie może Stana i Flo (para Francuzów podróżujących dookoła świata bardzo podobną trasą co my), z którymi spędziliśmy kilka dni na Bali? Spotkaliśmy ich przypadkiem ostatniego dnia na Gili i po szybkiej decyzji wylądowaliśmy razem na łódce. Tym sposobem wiedzieliśmy, że będziemy mieli na pokładzie co najmniej dwie bratnie dusze. Dusz okazało się jednak więcej: para Holendrów, dwóch młodych Francuzów-instruktorów narciarstwa i para Anglików podróżujących z dwójką małych dzieci. Rodzinka Leith to nieco odrębna historia. Bob i Liz to przesympatyczna, nieco sarkastyczna para podróżująca przez 6 miesięcy dookoła świata wraz z dwójką małych dzieci, 7-letnim Oskarem i 9-letnią Nastassją. Dzieciaki wymagają zupełnie innej formy podróżowania, dłuższych postojów w jednym miejscu, więcej wodnych atrakcji, a mniej męczących wędrówek. Ale im zadziwiająco udaje się połączyć chęć zobaczenia jak najwięcej i potrzeby dzieciaków. Dla ciekawych ich przygód prowadzą też bloga: http://www.familyleith.blogspot.com. Francuskojęzycznym lub tym, którym Google translator niestraszny polecamy też bloga Stana i Flo: www.letempsdunvoyage.fr.

Obiad na łódce...

Wracając do samego rejsu, zaraz po wypłynięciu z portu mogliśmy podziwiać piękne krajobrazy okolicznych wysp – z morza wszystko wygląda inaczej. Przez jakiś czas płynęliśmy w towarzystwie delfinów wyskakujących z wody przed naszym dziobem. Nie wiem czemu, ale delfiny budzą we wszystkich wyjątkowo pozytywne emocje – 12 białasów nie kryło swojego podniecenia, a dzieciaki szalały. Ponoć delfiny lubią głos dzieci. Pokrzepieni pięknymi okolicznościami przyrody otworzyliśmy piwka i oddaliśmy się kontemplacji i dyskusjom plenerowym.

Na pierwszą noc zakotwiczyliśmy u wybrzeży małej wysepki, Gili Bola. Spędziliśmy bardzo miły, spokojny wieczór z naszymi kompanami podróży. Chwilę wcześniej złapał nas krótki deszcz, a na horyzoncie niebo iskrzyło się od błyskawic. Nie przejmując się tym specjalnie, położyliśmy się spać w naszej uroczej sypialni. O 3 nad ranem pokład zatrząsł się, a do naszych uszu dotarł średnio kojący warkot silnika Diesla zapożyczonego z dużego autobusu. Drugą część nocy mieliśmy spędzić na morzu. Deszcz i fale zaczęły się zaraz po wypłynięciu z zatoki. Wiatr i fale wzrastały z każdą minutą, a błyskawice co chwilę rozświetlały niebo dookoła nas. Płynęliśmy w burzy przez kilkadziesiąt minut. Po jakimś czasie  deszcz ustał, ale fale sprawiały wrażenie jeszcze większych, a błyskawice dookoła nas nie napawały optymizmem. Około 4:30 rodzinie Anglików zaczęły puszczać nerwy – zeszli z sypialni na główny pokład, założyli kamizelki ratunkowe i bezradnie czekali na rozwój wydarzeń. Dołączyliśmy do nich około 5:00. Przy okazji załapaliśmy się na piękny wschód słońca. Jak się pewnie domyślacie, Paulina nie czuje się specjalnie komfortowo na małej łódce na dużej wodzie – w tej sytuacji nawet ci, co zazwyczaj czują się bardzo komfortowo, czuli się niekomfortowo. Na dolnym, otwartym pokładzie było lepiej z kilku powodów: niżej mniej buja, wiatr i świeże powietrze zmniejszają objawy choroby morskiej, w razie „dachowania” z zabudowanej sypialni znajdującej się na dachu łodzi byłoby się dużo trudniej wydostać na powierzchnię. Morze uspokoiło się tuż przed świtem.

W tym miejscu należy się kilka słów wyjaśnienia dotyczącego naszej genialnej łódki. Mogłoby się wydawać, że Grzędy nieco przesadzają – fala na morzu ludzka rzecz, a i burza nie jest czymś nadzwyczajnym. W naszym przypadku problem leżał nie po stronie morza, a po stronie łódki, która doskonale sprawdziłaby się na mazurskich jeziorach, ale na większej wodzie już niekoniecznie. Drewniana konstrukcja wysokiego kadłuba osadzona na całkowicie płaskim i płytko zanurzonym dnie bujała się na fali w sposób trudny do wyobrażenia i opisania. Każda fala wybijała nas w górę i przechylała na prawo, potem lecieliśmy w dół, jednocześnie spadając z fali przechylaliśmy się na lewo  – na łódce nie sposób było ustać. Pierwszej nocy przez większość czasu płynęliśmy bokiem do fali, przez co efekt kołyski był jeszcze silniejszy.

Około 09:00 zatrzymaliśmy się przy małej wyspie Moyo na północ od Subawy, a potem dłuższy przystanek na wyspie Satonda. Kilka godzin relaksu spędzonych na snorkellingowaniu (to tu zrobiliśmy większość podwodnych zdjęć), kąpieli w pobliskim wodospadzie i wizycie nad słonym jeziorem. Kolejny odcinek naszej wyprawy to 19 godzin nieprzerwanego rejsu – po nocnych przeżyciach musieliśmy podładować akumulatory.

Pod wodą...

Wyruszyliśmy około 15:00. Zaraz po wypłynięciu z zatoki na otwartą wodę zaczęło się bujanie. Wiatr bł silny, a morze wzburzone. Początkowo większość była zadowolona, mimo że fale były większe od tych w nocy – słoneczna pogoda, bezchmurne niebo nie budują złowieszczego nastroju. Dodatkowo kurs był pod falę dzięki czemu czuliśmy się jak na rollercoasterze – góra, dół, góra, dół – bez kołysania na boki.  Po kilkunastu minutach euforia minęła, a kiedy fale zaczęły wlewać się na pokład poczucie dyskomfortu powoli zaczęło u niektórych wracać. W drugiej godzinie naszej 19 godzinnej przeprawy choroba morska doskwierała już prawie wszystkim.

Kolejne godziny przerodziły się w prawdziwy koszmar. Zmieniliśmy kurs względem fali i łódką zaczęło bujać jeszcze mocniej niż poprzedniej nocy. Góra, tył, lewo, dół, przód i prawo – kilkanaście takich cykli silnego bujania na minutę dawało się we znaki nawet załodze. Fale dookoła były tak wysokie, że często zasłaniały nam widok płynącej w niedużej od nas odległości drugiej łódki, a utrzymanie pozycji leżącej na dolnym pokładzie zaczęło graniczyć z cudem. Leżąc ślizgaliśmy się na całkiem już mokrej podłodze od lewej do prawej burty. Krótka próba zjedzenia kolacji skończyła się zaraz po tym jak pierwsze porcje jedzenia opuściły szybko żołądek i poszybowały za burtę. Około 11:00 wieczorem mama rodzinki Leith przerażona krzyczała na naszego przewodnika, że ma nas natychmiast zabrać do najbliższego portu. Niestety przewodnik też się pochorował, a poza tym najbliższy port to ten do którego zmierzaliśmy – około 10 godzin przed nami. Po północy zaczęło się błyskać – możecie się domyślać, że nie wpłynęło to kojąco na nasze nerwy. Większość pasażerów była autentycznie przerażona. Przyznam szczerze, że mając na względzie to, że jesteśmy w Indonezji, która nie zawsze przestrzega zasad BHP (na drugiej łódce, na której płynęła grupa młodych Anglików, nie było nawet kamizelek ratunkowych), brałem całkiem poważnie pod uwagę to, że łódka się wywróci. Całą noc byliśmy na głównym pokładzie, blisko jego otwartej części (pomimo zimna i bryzgającej wody), Paulina była w kamizelce, mieliśmy opracowaną strategię na wypadek dachowania (zakładam, że w nocy pod wodą w łódce obróconej do góry dnem można stracić orientację, gdzie jest powierzchnia wody).

Szczęśliwie procedury ewakuacyjne nie musiały zostać wcielone w życie J Przetrwaliśmy najdłuższą noc w naszym życiu. Około 09:00, po 19 godzinach rejsu, zacumowaliśmy przy wyspie Laba, szybki rzut okiem pod wodę i ruszyliśmy na Red Beach na wyspie Komodo. Stamtąd już popłynęliśmy bezpośrednio na spotkanie smoków do Parku Narodowego Komodo oraz na wyspę Rinca. Potężne jurajskie jaszczury wymagają jednak odrębnego postu – o tym w następnej odsłonie henhen.

Komodo

Po czterech dniach na rozbujanej łódce wylądowaliśmy w końcu na Flores, w małym, ospałym Labuan Bajo. Spędziliśmy tam jeden dzień na podglądaniu lokalnego życia i pracy nad blogiem. Następnego dnia wylatywaliśmy na Bali na spotkanie Asi i Rafała.

Zdjęcia z rejsu:

Pod wodą:

Labuan Bajo:

Wyspy Gili były kiedyś owiane legendą. Podróżnicy przekazywali sobie wiedzę na temat ich lokalizacji, a dotarcie tu było niemałym wyzwaniem. Niektórzy jednak podejmowali próbę i zazwyczaj nie żałowali swojej determinacji – dzikie, dziewicze plaże, piękna nienaruszona rafa. Tak było kiedyś, 15-20 lat temu -dziś jak wiemy „prawdziwych Cyganów już nie ma”. Prawdopodobnie wszystkie piękne zakątki na naszej planecie zostały już „muśnięte” dotykiem szeroko pojętej cywilizacji. Jednak wyspy Gili są jednym z tych miejsc, które w pewnym momencie powiedziało cywilizacji BASTA! I całe szczęście. Nie ma tu atmosfery kurortu, na wyspie zabroniony jest transport silnikowy (dostępne są kucyki), nie ma dużych hoteli (wyłącznie małe chatki – najczęściej bambusowe), wystarczy wejść w głąb wyspy żeby przenieść się ze świata białego turysty do „zabitej dechami” wioski.

Transport na Gili

Gili to wjęzyku bahasa mała wysepka, a w okolicy Lomboku są ich trzy: Gili Air, Gili Meno i Gili Trawangan. Gili Air jest malutka, można ją obejść w 1,5h. Na wschodnim wybrzeżu jest sporo knajp, barów i bungalowów, zachodnie wybrzeże jest bardziej dziewicze. Wyspa jest bardzo spokojna, jednak jeśli ktoś chce się pobawić i tu znajdzie kilka barów. Gili Meno jest wyspą dla staruszków- najmniejszą z trzech i najspokojniejszą, Gili Trawangan (największa) jest wyspą imprezową – coś w stylu Ibizy. Paulinę ciągnęło do staruszków, ale koniec końców zatrzymaliśmy się na Air ;) Podczas wycieczki snorkelingowej mieliśmy okazję odwiedzić dwie pozostałe i zgodnie uznaliśmy, że dokonaliśmy dobrego wyboru.

Spędziliśmy tam w sumie 6 dni – po raz pierwszy zostaliśmy w jednym miejscu tak długo. Pierwotnie zamierzaliśmy zrobić trzydniowy trekking na wulkan Rinjani na wyspie Lombok. Jednak przez cztery pierwsze dni na Gili zamiast wulkanu nad Lombok mogliśmy zobaczyć jedynie zbierające się czarne chmury, dlatego zdecydowaliśmy się zmienić plany.

Na Lombok kropi...

Na szczęście wyglądało na to, że burzowe chmury jakąś magiczną siłą zatrzymywały się wśród wysokich szczytów Lombok, a kilkanaście kilometrów dalej nad nami rozpościerało się bezchmurne niebo. Kolejnym punktem programu był 4 dniowy rejs na Flores, który zaczynał się dopiero w poniedziałek (wypływa 2 razy w tygodniu, w czwartki i w poniedziałki) – tak więc utknęliśmy na Gili nieco dłużej.

Nie ubolewaliśmy nad tym zbyt długo, bo Gili Air to nienajgorsze miejsce  do utykania. „Klimatyczne” knajpki położone bezpośrednio na plaży, bungalowy z widokiem na morze, ładna rafa 20 metrów od brzegu, piękna nieco dalej – wszystko to powoduje, że na Gili Air można autentycznie wypocząć. Na wyspach nie ma policji, więc atmosferze relaksu sprzyjają powszechnie dostępne „magiczne grzybki”  i tania marihuana. W menu można było np. znaleźć Magic Mushrooms pizza J A pamiętajcie, że Indonezja to kraj, w którym za posiadanie małej ilości narkotyków trafia się na 15 lat do więzienia, za przemyt lub handel grozi śmierć (wypisane wielkimi literami ostrzeżenia o karze śmierci witały nas przyjaźnie już na lotnisku w Dżakarcie).

Każdy dzień zaczynał się od śniadania na plaży (Banana Pancake z miodem rządzi ;) , potem książka, ewentualnie film, nurkowanie z rekinami, snorkelingowanie z żółwiami, pływanie, spacerowanie, pogawędki z poznanymi ludźmi, na koniec dnia piwko i barbecue ze świeżej ryby i owoców morza – wszystko cudownie, pięknie i wspaniale, ale średnio aktywnie jak dla nas, stąd wspominam o utknięciu. Pierwsze 4 dni oddaliśmy się błogiemu relaksowaniu, kolejne poświęciliśmy na sprawy „organizacyjne” (tak tak, tyle trwa uzupełnienie bloga) – sprzyjała temu pogoda, która przez dwa ostatnie dni nieco się popłakała.

Kilka metrów od plaży...

Ale to co chyba na Gilis najfajniejsze można znaleźć pod wodą. Nam pomogła się o tym przekonać całodniowa wycieczka snorkelingowa dookoła 3 wysp. Przepiękne, kolorowe rafy, duże żółwie morskie, biało-czarne cętkowane węże i rybki we wszystkich możliwych kolorach. No cóż nam akurat tego dnia padła bateria od aparatu podwodnego. Niezła wymówka wiem, ale to fakt, że jedyny dzień, kiedy siadła elektryczność na wyspie to ten, kiedy akurat najbardziej jej potrzebowaliśmy. Na szczęście na nadchodzącym 4-dniowym rejsie na Flores wszystkie możliwe baterie mieliśmy już naładowane. Jak się później okazało do robienia zdjęć momentami zupełnie nie mieliśmy głowy, ale  o tym w następnym poście…

Tym razem na Bali nie zamierzaliśmy zostać długo. Kilka ostatnich dni w Indonezji chcemy tam spędzić z Asią i Rafałem, więc ten przystanek miał być krótki. Za to bardzo nam potrzebny. Po kilku dniach intensywnego podróżowania mieliśmy chwilę odpocząć , ale trafiliśmy do Ubud i… po pierwsze zostaliśmy dzień dłużej niż planowaliśmy, po drugie wypożyczyliśmy skutery i razem z Flo i Stanem zjeździliśmy spory kawałek wyspy. Więc z odpoczynku nici, ale wybyczymy się nieco później. Ubud od razu przywitał nas piękną drewnianą architekturą, pięknie oświetlonymi nocą świątyniami i urokliwymi knajpkami. Na każdym rogu witała nas donica z ułożonymi w wodzie w bajeczne wzory kwiatami, a co drugi budynek mieścił spa z masażem całego ciała za równowartość 20 zł. Do tego dodać sklepy ze srebrnymi wyrobami i nie trudno zgadnąć, geod razu poczułam się tu niczym w raju :)

Ubud to jedna z niewielu turystycznych miejscowości na Bali, która nie leży nad morzem, tylko w głębi lądu, około 45 minut jazdy samochodem od morza. Znana jest głównie z przepięknych hinduskich świątyń, tradycyjnej architektury i malarstwa, a także tańców Barong, Legong i Kecak, których tradycje sięgają starożytności. Nie mogliśmy sobie oczywiście takiej balinezyjskiej uczty dla oczu odmówić. Mieliśmy szczęście, bo jedna z najlepszych trup na wyspie ma przedstawienia raz w tygodniu: w piątki, dzień po naszym przyjeździe. Muszę przyznać, że akompaniament gamelanu (zespołu, który wystukuje rytmiczne dźwięki na idiofonach, membranofonach i całej serii innych fonów, które z grubsza przypominają mosiężne bębny), iskrzące feerią barw stroje, kilogramy kwiatów wpinane we włosy  i ekspresywne ruchy tancerzy mają efekt hipnotyzujący. I chyba mieliśmy szczęście, bo obserwując  tego wieczoru tancerzy można było dostrzec lata praktyki i mozolnych ćwiczeń, tak by każda część ciała, każdy palec, a nawet każde oko z osobna mogło wykonać swoiste akrobacje i odtańczyć swój własny niezależny taniec. Byliśmy pod wrażeniem.

A poczucie spełnienia dopełniał pełny wrażeń dzień na skuterkach. Wraz Z Flo i Stanem najpierw dotarliśmy do pobliskich tarasów ryżowych Tegallantang, by potem ruszyć dalej, aż do Kintamani na północy wyspy. Tuż przed Kintamani zza chmur wychyliło się do nas słońce i to nie w byle jakim miejscu, bo tuż nad wulkanem Batur i wulkanicznym jeziorem o tej samej nazwie. Zachęceni tak piękną pogodą ruszyliśmy nad brzeg jeziora do gorących źródeł. Źródła okazały się jednak skomercjalizowanym basenem z dwoma brodzikami i zdecydowanie zawyżoną ceną wstępu: 50 zł od osoby. Nie skorzystaliśmy. Zamiast tego po krótkim spacerze wzdłuż jeziora ruszyliśmy w drogę powrotną do Ubud, gdzie czekało nas wieczorne przedstawienie.

Drugiego dnia na motorkach dotarliśmy jeszcze dalej. Po kilku przystankach w pobliskich świątyniach: Elephant Caves i Pura Taman Saraswati, ruszyliśmy na podbój najstarszej świątyni na wyspie, tzw hinduskiej świątyni matki: Pura Besakih. Niestety świątynia przywitała nas deszczem. A że 50 km na motorkach po indonezyjskich drogach dłużyło się w nieskończoność, dotarliśmy tam na godzinę przed zachodem słońca. Mimo to z przyjemnością podejrzeliśmy religijne rytuały z okazji narodowego święta Idul Fitri (tak, tak to święto muzułmanów, ale też ogólnonarodowe święto pokroju naszego Bożego Narodzenia). Jako że nie chcieliśmy zapłacić za opiekę lokalnego ‘opiekuna’, musieliśmy przyglądać się ceremoniom zza bramy. Jednak strumienie mijających nas Balinezyjczyków wnoszących w koszach na głowach ofiary z owoców, popiołu i kadzideł, dawały przedsmak widowiska wewnątrz świątyni. Zapadł zmrok, a nasza nocna przygoda z drogami Indonezji miała się dopiero zacząć. Trzeba jednak przyznać, że dzięki nawigacji Flo niemal bezbłędnie trafiliśmy z powrotem do Ubud. Choć w zupełnych ciemnościach, w strugach deszczu i przemoknięci do suchej nitki.

Podróżowanie na motorku ma swoje absolutne zalety: pełną swobodę poruszania się. Można np. ujrzawszy kosze z potężnymi kogutami, zatrzymać się, by zagadnąć lokalnego farmera i podpytać  go o walki kogutów, a przy okazji wysłuchać opowieści o walkach wybranych przez jego podopiecznych :)

Motorek zabierał nas w każde, nawet najbardziej odległe zakątki i pozwalał zatrzymać się na niejedno malownicze zdjęcie. Ma też jednak swoje niezaprzeczalne wady. Jazda w tropikalnych ulewach to jedna z nich. Choć nie to było dla nas największym problemem. Większym utrapieniem okazały się całe stada bezdomnych psów. Warto wspomnieć, że pies dla muzułmanina jest zwierzęciem nieczystym i nie godnym stąpania po muzułmańskiej ziemi. Na Jawie nie spotykaliśmy żadnych psów. Bali jest wyspą hinduską i kundli jest tu co niemiara. Jeden z nich wskoczył nam pod koła i z hukiem odbił się od skutera. Na szczęście ani jemu, ani nam, ani skuterkowi nic się nie stało – w drodze powrotnej zauważyliśmy, jak w najlepsze bawi się z innymi psami. Tymczasem my następnego dnia byliśmy już w drodze na muzułmański bezpsiakowy Lombok.


Świątynie na Bali




Ubud i okolice




Teatr Legong i Barong