Browsing Posts in Nowa Zelandia

Na półwysep dotarliśmy późnym popołudniem i od razu udaliśmy się na Hot Water Beach, opisaną przez Cooka jako świetny plac zabaw dla dzieci i dorosłych. Otóż plaża Hot Water Beach to faktycznie wielka piaskownica, o tyle ciekawsza od tej tradycyjnej, że w wykopanej łopatką fosie pojawia się gorąca woda – i małe SPA gotowe. Bliskość podziemnych gorących źródeł powoduje, że woda o temperaturze nawet 64°C przesiąka przez piasek, tworząc niewielkie indywidualne baseny termalne (źródła podgrzewane są przez skałę wulkaniczną o temperaturze 170 °C) . Ten odcinek plaży dostępny jest jedynie 2 godziny przed i po odpływie, więc o ile znajdziesz się tam w okolicy odpływu łopatka w dłoń i do roboty! Gdy my dotarliśmy na plażę zmierzchało, ale odpływ zaczynał się o 21-ej, więc liczne kamperwany dopiero się zjeżdżały. Tylko skąd wziąć łopatkę i wiaderko? Jedyny miejscowy sklep wypożycza je za niewielką opłatą, ale teraz był zamknięty. Okazało się jednak, że to żaden problem. Wystarczyło, że wybraliśmy się na plażę około 23.00, gdy zimne morskie wody powoli zaczynały już powracać, by znaleźć dziesiątki wykopanych basenów porzuconych przez znudzonych 2-godzinną kąpielą plażowiczów. Środek nocy, cisza, jedynie odgłos morza, a ty wylegujesz się w gorącej kąpieli, zakopując coraz głębiej stopy w parzącym piasku. Dla takich momentów warto podróżować!

Po takim wieczornym spa spało się doskonale, tylko odrobinę za krótko. Zaparkowaliśmy na dziko na miejscowym parkingu, postanowiliśmy więc wcześnie rano wstać i szybko się stamtąd ewakuować. Daleko nie odjechaliśmy, zaparkowaliśmy na oddalonym o 2 kilometry parkingu na przeciwnym końcu plaży. Gdy tylko zadowoleni z siebie zabraliśmy się za pałaszowanie śniadania, na parking wjechał pickup 4×4 z nie do końca widocznym napisem Hot Water Beach… Kobieta, która z niego wysiadła zaczęła wszystkim zaparkowanym samochodom robić zdjęcia. Natychmiast zaprotestowaliśmy, w końcu myśmy dopiero co przyjechali! Nie kempingowaliśmy, nie zatrzymywaliśmy się na noc (przynajmniej nie na tym parkingu), więc ani nam w głowach płacić jakieś kary. Pani nie bardzo chciała nam uwierzyć, dopytywała się, gdzie spaliśmy, ale w końcu uspokoiła nas, że zdjęcia i tak nie posłużą  do wystawienia mandatów. Była właścicielką jedynego w okolicy kempingu i drażniła ją potwornie niekonsekwencja lokalnych władz. Parkowanie na dziko w okolicy Hot Water Beach jest bowiem zabronione (od chwili, gdy powstał wspomniany kemping), tyle tylko, że władze nie egzekwują zupełnie tego przepisu. W efekcie pobliskie parkingi pełne są tzw. „overnighting” campervans.  A biznes rozżalonej pani podupada. W sumie trudno jest się jej dziwić, Hot Water Beach to jedyna tutejsza atrakcja. Większość osób zagląda tu tylko na jedną noc i jeśli tę jedną noc spędzą na parkingu, kemping trzeba będzie zamknąć. My sami jednak i tak nowozelandzkiego biznesu nie uratujemy, więc bez wyrzutów sumienia przespacerowaliśmy się ostatni raz po plaży, tym razem z wirtualnie podróżującą z nami Ulą, siostrą Tomka :) I ruszyliśmy w drogę.

Wirtualna podróż z Ulą...

Kolejny przystanek: Cathedral Cove, niewielka zatoczka na wschodnim krańcu półwyspu Coromandel. Zatoka słynie z malowniczej jaskini, którą w trakcie odpływu można się przedostać na sąsiednią plażę. Można też spróbować przez nią przebiec już w trakcie przypływu. Suchą nogą raczej się nie uda- fale są wysokie, ale najważniejsze by udało się przebiec z suchym aparatem. W jedną stronę nam się udało, niestety z sąsiedniej zatoki nie ma wyjścia drogą lądową, więc po pół godzinie robienia głupich zdjęć i wylegiwania się na plaży trzeba było wrócić tą samą drogą. Tym razem fale były już naprawdę wysokie, strategia zakładała przebiegnięcie, jak tylko fala zacznie się wycofywać. Niestety nie zakładała, że trzeba to zrobić w mgnieniu oka i z wszystkimi kieszeniami od opakowania do aparatu szczelnie zamkniętymi. Kilka sekund później, cała przemoczona na próżno szukałam naszego filtra polaryzacyjnego, który odpłynął z morzem w siną dal :( No nic mówią, że jeśli chcesz gdzieś wrócić, musisz zostawić tam coś drogocennego. Inni rzucają monety, my zostawiliśmy nasz filtr polaryzacyjny (korekta redaktora Tomka: powinno być „…ja ZOSTAWIŁAM nasz filtr…” ;)

Zostały nam 2 dni wynajmu samochodu, a my mieliśmy jeszcze szalony plan dotarcia do Bay of Plenty i rzucenia okiem na najdłuższą piaszczystą plażę Nowej Zelandii, 90 Miles Beach.  Plaża ma w rzeczywistości jedynie 55 mil = 90 kilometrów, zatem skąd ta nazwa? Jedna  z teorii tłumaczy, iż dawno, dawno temu odległości mierzono na podstawie dystansu, jaki koń mógł przejść w ciągu jednego dnia – było to 30 mil. Na przebycie całej plaży potrzebowano 3 pełnych dni, zatem 3×30=90. Ówcześni „inżynierowie” nie wzięli jednak pod uwagę faktu, iż koń po piasku idzie znacznie wolniej. A może zwyczajnie w świecie pomyliły im się miary? Inna sprawa, że „90 Miles Beach” brzmi znacznie lepiej niż „90 Kilometers Beach”.

Zatoka Bay of Plenty to zbiór wielu niewielkich wapiennych wysepek, ale to nie krajobrazy ten region rozsławiły, a raczej słynny Traktat Waitangi. To tu osiedlili się pierwsi brytyjscy rezydenci (pierwsza założona przez Europejczyków wielorybnicza osada, Russell leży dosłownie za rogiem, po drugiej stronie zatoki), więc to także tu podpisano Traktat z Waitangi, który powołał współczesną Nową Zelandię. 2 godziny na terenie muzeum i przyległych do niego terenów pozwoliły dogłębnie zapoznać się z historią samego miejsca, jego pierwszych osadników: brytyjskiego rezydenta i całej jego rodziny, a także poczytać o najbardziej wówczas wpływowych wodzach maoryskich plemion. Niestety o samym traktacie, jego genezie i historycznym znaczeniu muzeum mówi niewiele, jak dla mnie zdecydowanie za mało.

Źródła późniejszego konfliktu między pakeha a Maorysami przybliżyła nam zdecydowanie lepiej ciekawa rozmowa z potomkiem miejscowego wodza, którego następnego dnia podrzuciliśmy autostopem. W poszukiwaniu nieoznaczonego na mapie, a ponoć bardzo malowniczego punktu widokowego polecanego w NZ Frenzy, wjechaliśmy właśnie kilkanaście kilometrów szutrową drogą na położone niedaleko miejscowości Ahipara wzgórze, gdzie ku naszemu zaskoczeniu zastaliśmy kilka małych chatek i machającego do nas żywo Maorysa. Okazuje się, że to dawna maorysko-chorwacka osada, która żyła głównie z wyrębu olbrzymich drzew Kauri. Gdy Kauri niemal wymarły, wymarło i miasteczko, a pobliskie ziemi przejęli Europejczycy. Dziś nasz autostopowicz powrócił na ojczyste ziemie, by walczyć o ich odzyskanie. Przygotowywał się właśnie do świątecznego zjazdu rodziny z różnorodnych zakątków Nowej Zelandii. Jako licencjonowany prawnik zamierza zaangażować krewnych w swój plan odzyskania ziemi. Co ciekawe, okazuje się, że wielu Maorysów z nostalgią i wielką sympatią traktuje Królową Elżbietę, odnosząc się do spisanych przez nią praw w walce z lokalnymi nowozelandzkimi władzami. Ponoć pakeha notorycznie ignorują historyczne przepisy, które stanowią o współposiadaniu ziemi przez królową i potomków miejscowych wodzów. Własność królowej miała być zapisem honorowym, czysto teoretycznym i tym samym chroniącym prawa własności Maorysów w przypadku ataku ze strony zewnętrznych sił. Tymczasem miejscowe władze interpretują ją jako przynależność państwową i tym samym aneksują maoryskie ziemie. Ciekawa interpretacja i dość zawiły problem.

Kolejne spotkanie wodzów...

Lecz chyba już nie na nasze zmęczone głowy. Szybki rzut okiem na sam początek 90 Miles Beach, która w rzeczywistości ciągnie się jedynie przez 55 mil- skąd więc ta nazwa?)….. i wyruszamy w drogę do Auckland. Po drodze zatrzymamy się jeszcze przy jednym z endemicznych gigantów kauri, które dawniej zamieszkiwały całą Wyspę Północną od półwyspu Coromandel aż do samego północnego koniuszka. Kauri to jedne z najstarszych (ich geneza sięga okresu jurajskiego)i najbardziej potężnych drzew świata (obwodem zbliżone są do kalifornijskich sekwoi). Występują jedynie w Nowej Zelandii, jednak wyręby i przemysł drzewny w XIX wieku niemal doprowadziły do ich wymarcia. Dziś objęte są ścisłą ochroną i sprzedawane jako turystyczna atrakcja. Najwyższy żyjący okaz, Tane Mahuta ma 51 metrów wysokości i ‘zaledwie’ 13.8 metrów w obwodzie, podczas gdy największy udokumentowany gigant o wdzięcznej nazwie the Great Ghost mierzył 26.83 metra w obwodzie. Wyobraźcie sobie drzewo dokładnie dwukrotnie szersze.

Kauri Tane Mahuta

Nic dziwnego, ze Maorysi obchodzili się z kauri z należytym szacunkiem, my też postanowiliśmy zostawić drzewo w spokoju i ruszyliśmy w stronę Auckland. Do polineysjkiej stolicy świata dotarliśmy na chwilę przed zamknięciem biura Spaceshipa. Szybkie przepakowanie i już obładowani plecakami ruszyliśmy w stronę stacji metra. Tęskniliśmy za możliwością noclegu w hostelu, na wygodnym dwuosobowym łóżku, ale już po 25 minutach czekania na pociąg, z masą ciężkich toreb do dźwigania, zaczęliśmy z nostalgią wspominać Mushkę. Dla nas nadszedł jednak koniec epoki kampervanów, niech żyją nocne autobusy Ameryki Południowej! W końcu po przejechaniu 6 340 kilometrów w Nowej Zelandii trzeba było szybko zregenerować siły w Auckland, bo już za 2 dni czekało na nas Santiago de Chile, a dalej już tylko America Latina!

Hot Water Beach

Cathedral Cove

Bay of Plenty

Okolice 90 Miles Beach

W drodze…


Samochód wynajęliśmy w Auckland i do Auckland trzeba było wrócić. Do daty oddania samochodu w Aucklandowskim biurze zostało nam 5 dni, więc my jak to my postanowiliśmy je w pełni wykorzystać. Tempo, które sobie nadaliśmy chyba nas samych odrobinę przerosło. Ale po kolei.

Zaraz po przedostaniu się na Wyspę Północną przemknęliśmy tylko przez Wellington w kierunku znajomego już nam z poprzedniej wizyty rest area, gdzie w spokoju mogliśmy spędzić noc. Plan był taki, by kolejnego dnia dotrzeć już do miejscowości Waitomo, gdzie znajdują się rozsławione Waitomo Caves. Po drodze chcieliśmy jednak jeszcze rzucić okiem na idealnie stożkowatą sylwetkę wulkanu Taranaki. Żeby przyjrzeć się wulkanowi z bliska, trzeba zboczyć do Parku Narodowego Egmont. Mt Tarnaki to ciekawy widok właśnie ze względu na swój kształt. Wielki, idealny stożek wyrasta nagle jakby z morza. Dookoła ani śladu pagórków, wzgórz, czy gór, dlatego przy ładnej pogodzie tak łatwo dostrzec go naprawdę z daleka. A teraz pytanie do spostrzegawczych i wiernych czytelników bloga. Pamiętacie zdjęcie stożkowatej góry w świetle zachodzącego słońca, na tle zupełnie płaskiego horyzontu? Dla ułatwienia dodam, że zdjęcie pojawiło się w poście o Tongariro Alpine Crossing? To był właśnie Mt Taranaki widziany z odległości ponad 150 km. No więc dookoła płasko, a za nim już nic tylko Morze Tasmańskie. Poza tym Mt Taranaki zdobi okładkę przewodnika Lonely Planet  po Nowej Zelandii (takiej małej biblii dla każdego podróżnika dbającego o budżet), zapadł nam więc w pamięć. Do tego kto tylko pamięta Mt Fiji z filmu „Ostatni Samuraj” z Tomem Cruisem, tak naprawdę pamięta właśnie Taranaki. W Japonii nie udało nam się zobaczyć Mt Fiji, tym razem więc nie mogliśmy sobie odmówić. Nie wzięliśmy tylko pod uwagę, że ten idealny widok mogą nam przesłonić chmury. No nic zobaczyliśmy, ile się dało, pospacerowaliśmy wokół podnóża góry i ruszyliśmy do Waitomo.

A tam po raz pierwszy symptom gorączki szczytu sezonu. Waitomo słynie z dziesiątek oferowanych opcji eksploracji okolicznych wapiennych jaskiń. Można się do nich wślizgnąć po długiej linie, prześlizgnąć się przez nie w specjalnym kombinezonie na pontonie wielkości opony traktora, uprawiając wymyślony tu black water rafting. Można też przepłynąć przez nie łódką albo wpław, podziwiając święcące jasno glowworms, lub przecisnąć się przez jaskinię na piechotę, można też zrobić to wszystko naraz. Nam zamarzyła się przygoda 5 w 1, ale niestety jedyna firma, która ją oferowała w, jak na Nową Zelandię, przystępnej cenie (Rap,Raft’n’Rock) nie miała już żadnych wolnych miejsc na kolejny dzień. Zaczął się szczyt sezonu, przewodnik tylko wzruszył ramionami i stwierdził, że szkoda, że nie wpadliśmy miesiąc temu, gdy chętnych brakowało niemal każdego dnia. Dobrze, że naszym spaceshipem żadne przepełnione hostele nam niestraszne.

Odrobinę rozczarowani postanowiliśmy więc zwiedzić pobliskie jaskinie w bardziej tradycyjny sposób, łódką i na piechotę. Nawet ta przyjemność słono w szczycie sezonu kosztuje. Zdecydowaliśmy się więc na 2 jaskinie: ponoć najbardziej zjawiskowe Glowworm Cave i Aranui Cave. Oprócz ogromnych stalagmitów i stalaktytów największą atrakcją Glowworm Cave są, jak sama nazwa wskazuje, nieduże larwy, które niczym gwiazdy, rozświetlają sufit jaskini. Efekt faktycznie niesamowity, zupełna cisza (larwy nie lubią hałasu), co pewien czas tylko odgłos kapiącej wody (kochają za to wilgotność), a my upchani na małej łódce, która powoli przepływa przez wąskie korytarze rozgwieżdżone tysiącem malutkich światełek. Glowworms świecą, by przyciągnąć ofiary. W tym samym celu wiją sieć kilkunastu jedwabnych nici, w które, niczym w pajęczą sieć, złapią się muszki i inne małe owady.

Aranui Cave

Aranui Cave to z kolei przede wszystkim sieć niesamowitych korytarzy wyrzeźbionych w wapiennej skale przez ostanie dwa miliony lat. Jaskinia piękna, ale dla nas ciekawszy okazał się spacer po okolicy. Ścieżka prowadziła wzdłuż wejść do kilkunastu mniejszych jaskiń, przez kilka wąskich wapiennych korytarzy,  kończąc się na dużej skalnej grocie, do której wpływał strumień. Pewnie nie zdecydowalibyśmy się na samodzielną eksplorację ciemnej jaskini, gdyby nie odkryty tego samego dnia przewodnik NZ Frenzy. Spisany przez amerykańskiego podróżnika Scotta Cooka zbiór relacji i polecanych tras z dala od utartego szlaku był strzałem w dziesiątkę. Nie jest to tradycyjny przewodnik – źródło niezbędnych praktycznych informacji, a raczej zbiór pomysłów dla kampervanowców na przepiękny nocleg w dziczy lub kilka dni z dala od cywilizacji. Cook spisał wiele dotąd nieodkrytych punktów widokowych i tysiące rad, jak zupełnie za darmo i z dala od tłumów przeżyć prawdziwą nowozelandzką przygodę . Nasz spaceship zaopatrzony był tylko w wersję po Wyspie Północnej, nie zostało nam więc zbyt wiele czasu, by z niego skorzystać. Idąc więc za ciosem, wślizgnęliśmy się do jaskini (równie pięknej co te turystycznie rozpromowane, a zupełnie darmowej), a zaraz po tym, kierując się kolejnymi pomysłami z NZ, ruszyliśmy na Półwysep Coromandel.

Niewielkie miasteczko i zarazem półwysep na północno-wschodnim krańcu południowej wyspy przyciąga przede wszystkim ciekawskich rzadkiego widoku wytryskującej z morza fontanny wody i połyskujących w słońcu opasłych cielsk wielorybów.

Nam też zamarzyły się wymachujące ogonem olbrzymy. W trakcie naszej podróży mieliśmy już okazję przyjrzeć się  jednemu humbakowi na Fraser Island w Australii. Na Złotym Wybrzeżu mogliśmy się też wybrać na specjalny rejs obserwacyjny.  Wtedy uznaliśmy jednak, że koszt takiej wyprawy odrobinę przekracza nasz budżet i że spróbujemy szczęścia w Nowej Zelandii, gdzie sezon na podglądanie wielorybów trwa ponoć cały rok. Wydawało się, że trudno o lepsze miejsce jak Kaikoura, dawna wielorybnicza stacja. Dzięki tektonicznemu uskokowi położonemu blisko wybrzeża, samce kaszalotów  zamieszkują wody wokół półwyspu przez okrągły rok (samice wychowują młode w cieplejszych wodach Oceanii). Sezonowo wzdłuż brzegów miasteczka można także spotkać migrujące humbaki, orki oraz wieloryby biskajskie. Do tego miejscowy operator Whale Watch Kaikoura szczyci się 95% wskaźnikiem sukcesu w wypatrywaniu wielorybów. Czegóż więcej potrzeba do udanej wielorybniczej wyprawy?

Pogody. A tą mieliśmy okropną. Poprzedniego dnia pan w biurze Whale Watch z przekonaniem namawiał nas na poranny rejs wypływający o 7.00 rano. Jak twierdził, prognozy pogody wskazują na zdecydowanie dogodniejsze warunki o świcie. Był już koniec dnia, nad nami zbierały się ciemne chmurzyska, jego zapewnienia nie brzmiały więc przekonywująco , ale postanowiliśmy się posłuchać profesjonalisty.

O świcie (o tej porze roku w Nowej Zelandii słońce wschodzi późno, właśnie około 7.00) nic nie wskazywało na rychłe przejaśnienie, a nasz rejs odprawiono z wypisanym na czerwono ostrzeżeniem przed chorobą morską. Rozbujane silnymi wiatrami morze nie wyglądało zachęcająco, a to, że nie zdążyliśmy zjeść śniadania ani odrobinę nam nie pomagało. Jeszcze zanim wypłynęliśmy porządnie w morze, zrobiło nam się tak niedobrze, że chyba nawet pamiętny indonezyjski rejs nie nadwyrężył tak naszych żołądków. Po minach innych pasażerów i ich zielonkawych twarzach zgadnąć można było, że doskonale nas rozumieją. Łódka krążyła niczym bez celu, a na horyzoncie nie sposób było ujrzeć żadnego wieloryba. Nagle ktoś wykrzyknął „Whale” i po chwili kilkadziesiąt osób stało już na burcie, wypatrując charakterystycznej wytryskującej fontanny. Fontannę owszem ujrzeliśmy, ale sam kaszalot ledwo wychylił ciało z wody, by zaraz ponownie w niej zanurkować. Kilka minut później sytuacja się powtórzyła.

Jak tłumaczyła nam przewodniczka, musiał to być niedawno przybyły w te wody wieloryb, nieprzyzwyczajony do ludzi. Stali mieszkańcy zatoki są nam bowiem bardzo przyjaźni, chętnie podpływają do łodzi i popisują się wymyślnymi akrobacjami. No nic, ten wyraźnie przed nami uciekał. Może w innym miejscu dopisze nam więcej szczęścia. Na kolejnym przystanku wypatrzyliśmy jednak jedynie płynącego ku brzegu pingwina, opasłą fokę i niezwykle obżartego albatrosa, któremu spory brzuchol skutecznie uniemożliwiał wzbicie się w powietrze.

Nasz czas na otwartym morzu dobiegał końca, trzeba było wrócić do kabiny statku, gdzie w ramach pocieszania wyświetlono nam film przedstawiający różnorodne zachowania kaszalotów podpatrzone w trakcie poprzednich rejsów. Niestety choroba morska osiągnęła apogeum, nie sposób było na czymkolwiek choć przez chwilę skupić wzrok. Wieloryby stały nam się już zupełnie obojętne, byle tylko jak najszybciej przestało bujać.

Na lądzie, w ramach pocieszania otrzymaliśmy zwrot 80% kosztów rejsu, gwarantowany w przypadku nieudanej wyprawy. Sądziliśmy, że tych kilka wytryskujących w powietrze fontann liczy się jako udana wyprawa, więc uczciwość Whale Watch Kaikoura bardzo mile nas zaskoczyła.

Odzyskane stabilne podłoże postawiło nas na nogi. Trzeba było więc coś zrobić z odzyskanymi pieniędzmi i wciąż pustymi żołądkami. Skoro tak niespodziewanie do naszych kieszeni powróciło 250 dolarów, postanowiliśmy na pocieszenie zafundować sobie lokalny przysmak, langustę. Przepyszny śniadanio-obiad z widokiem na zatokę zdecydowanie przywrócił nam dobre humory i apetyt na dalsze poznawanie półwyspu.

Kolejne kroki skierowaliśmy więc do kolonii fok i lwów morskich położonej na północnym krańcu półwyspu. Jeszcze nigdy olbrzymy nie potraktowały nas z taką obojętnością. Wylegujący się dosłownie przy naszym spaceshipie lew morski zupełnie jakby na mnie nie zwracał uwagi. W przeciwieństwie do wielorybów te grubasy były chyba w pełni oswojone z ludźmi. To takie małe pocieszenie na pożegnanie Południowej Wyspy. Kaikoura pożegnała nas jednak jeszcze milszym akcentem- tuż przed naszym odjazdem ciemne chmury się rozstąpiły, ukazując nam wznoszące się na wysokość 2610 metrów npm szczyty pasma Seaward Kaikoura. Góry jakby wyłaniały się z oceanu. Oj, chętnie zostalibyśmy tam na dłużej. Jednak po ponad 2 tygodniach spędzonych na Południowej Wyspie trzeba było powoli wracać do Auckland.

Mt Cook

Comments off

Najwyższy szczyt Nowej Zelandii, Mt Cook (po maorysku Aoraki), leży w samym sercu parku narodowego o tej samej nazwie. I choć rzecz jasna sam szczyt jest faktycznie widowiskowy, park trzeba koniecznie odwiedzić przede wszystkim ze względu na wszystko co górę otacza: lodowce, polodowcowe jeziora o nieziemskim turkusowym kolorze, dryfujące na nich niewielkie góry lodowe, otaczające szczyt pasmo Alp Południowych i różnokolorowe łubiny, które latem rozkwiecają całą okolicę.

Nazwa Mt Cook pochodzi rzecz jasna od kapitana Jamesa Cooka. Sam Cook podczas swojej wyprawy wcale góry nie zauważył, ochrzcił jednak pasmo Alp Południowych, do których Mt Cook należy. Sto lat wcześniej zauważył ją za to i opisał Abel Tasman. Nikt mi nie wmówi, że historia jest sprawiedliwa. Zwłaszcza, że o niebo wdzięczniejsze pochodzenie ma nazwa maoryska, Aoraki, którą przywrócono zaledwie 12 lat temu. Zgodnie z legendą, Aoraki był młodym chłopcem, synem Rakinui, Ojca Niebios. Wraz z trzema braćmi wybrał się w podróż dookoła świata, jednak ich canoe utknął na rafie koralowej i wywrócił się do góry nogami. W poszukiwaniu ratunku, bracia wspięli się na najwyższej wystającą część łodzi, jednak lodowate południowe wiatry zamroziły ich i obróciły ich ciała w skałę. Ich łódź to dzisiejsza Południowa Wyspa, a sam Aoraki, jako najstarszy i najwyższy przerodził się w Mt Cook. Oby nie wszystkich wybierających się w podróż dookoła świata czekał taki koniec ;)

Nad jeziorem Tasman...

Inni twierdzą jednak, że Aoraki pochodzi od dawnego maoryskiego powiedzenia, iż szczyt przebija chmury. Teorii dotyczących pochodzenia nazwy jest wiele, tak jak i szlaków którymi można park przemierzać. Z kilkunastu dostępnych ścieżek my najpierw wybraliśmy drogę nad jezioro i lodowiec Tasman (no dobrze choć częściowo oddano mu sprawiedliwość). Nie wiem, czy widok, który zastaliśmy, nie był  jednym z absolutnych hitów całego naszego pobytu w Nowej Zelandii. Bladoniebieskie jezioro z dryfującymi na nim niewielkim górami lodowymi, z dwóch stron wykończone jęzorem lodowca jest po prostu nie z tej ziemi! Siedzieliśmy tak sobie, kontemplując te widoki godne komputerowo przetworzonego Władcy Pierścieni, aż wpadł nam do głowy pomysł, by przebić się nieco bliżej jęzora lodowca wzdłuż niewinnie wyglądającej sterty skał. Nie będę szczegółowo opisywać naszej „przygody”, grunt, że po ponad pół godziny udało nam się jakoś wydostać z labiryntu obsuwających się kamieni, wielkich skał i kujących krzaków i wrócić na główny szlak. Z nowo nabytym szacunkiem do DOC-u i jego wytyczonych tras, wspięliśmy się jeszcze na punkt widokowy, skąd można było przyjrzeć się z bliska lodowcu, Mt Cook, a także ukrytymi poniżej Blue Lakes (które dziś kolorem przypominają raczej intensywną trawiastą zieleń.)

Kolejną absolutnie konieczną trasą jest Hooker Valley Track. My nie mieliśmy już czasu na kilkugodzinny spacer do stóp kolejnego lodowca Hooker. Postanowiliśmy za to podejrzeć go z kolejnego punktu widokowego Kea Point. Po godzinie wędrówki naszym oczom ukazał się skąpany w zachodzącym słońcu Mt Cook widziany z przeciwnej niż poprzednim razem strony, lodowiec i dolina Hooker, a także położone znacznie poniżej jezioro Mueller i wysuwający się spomiędzy gór jęzor lodowca  Mueller. Dla wszystkich tych, którzy w okolicach Mt Cook spędzają choćby jeden dzień, punkt widokowy Kea Point to konieczny przystanek.

Wygląda na to, że skąd by na park nie spojrzeć, nie da się ominąć wzrokiem Mt Cook. A więc kilka słów na temat samego szczytu. Wnosząca się na wysokość 3755 metrów góra nie słynie ze swojej gościnności. Po raz pierwszy zdobyta dopiero w 1884 roku, wielokrotnie płatała jeszcze figle śmiałkom, którzy próbowali się na nią wspiąć. Jednym z nich, do tego pierwszym, który w 1948 roku zdobył szczyt od trudniejszej południowej strony  był narodowy bohater, Edmund Hillary. Kilka lat później Hillary jako pierwszy na świecie zdobył Mount Everest. W 1982 roku w jednej ze szczelin lodowca dwaj wspinacze utknęli na dziesięć dni. Akcję ratunkową śledził cały kraj. Uratowano ich, niestety w wyniku odmrożenia utracili nogi poniżej kolan. Jednak 20 lat później jeden z nich, Mark Inglis, powrócił i tym razem przy asyście kamer tryumfalnie pokonał górę.

Mt Cook

Jeśli jednak nawet nie zamierzacie wspinać się na Mt Cook, absolutnie trzeba tu przyjechać choćby ze względu na nieziemski kolor położonych na terenie parku polodowcowych jezior,  Pukaki i Tekapo. Niespotykany fluoroscencyjno niebieski kolor jeziora zawdzięczają zawieszonym w wodzie drobinkom tzw. skalnej mąki. Osad powstał, gdy lodowiec wyżłobił koryto jeziora. Intensywne tarcie skał wyściełających podłoże lodowca o napotykane na drodze kamienie tworzy miałki osad, który,  zawieszony w wodzie, nadaje jej charakterystyczny kolor, uniemożliwiając jednocześnie przenikanie promieni słonecznych. Rezultat? Z resztą zobaczcie sami…

Jeziora Pukaki i Tekapo


Mt Cook i okolice


Jezioro Tasman


Wszechobecne kwiaty


Na południu Nowej Zelandii żyje jeszcze mniej ludzi niż w pozostałej części kraju, dociera tam również mniej turystów. Dla przeciętnego Europejczyka teren może się wydawać bezludny. Na kilkudziesięciu kilometrach drogi minęły nas 3-4 samochody. Drogowcy pożałowali nawet na ten region asfaltu, przez co nasza przeprawa miała wyższy współczynnik ryzyka – szutrowe drogi nie były w zakresie naszego ubezpieczenia.

Późnym popołudniem dotarliśmy do Południowej Głowy (South Head) oddzielającej dwie zatoki – Curio i Porpoise. Na czubku głowy znajduje się kemping, na którym postanowiliśmy się zatrzymać. Oprócz pięknych widoków, miejsce zapewnia ciekawe towarzystwo. Kilkanaście metrów od nas nocowały beztrosko lwy morskie – z rozmieszczonych dookoła znaków wynikało, że ssaki te potrafią być bardzo niebezpieczne – oczywistym jest, że najgroźniejsze są kobiety w ciąży i matki z dziećmi ;)

Curio Bay znane jest z dwóch powodów. Po pierwsze w zatoce można spotkać jedne z najrzadziej występujących pingwinów na świecie – Pingwiny Żółtookie. Populacja w Nowej Zelandii szacowana jest na od 6000 do 7000. Ptaki zazwyczaj rano wypływają na polowanie i po całym dniu, późnym popołudniem wracają do swoich gniazd. Nie przepadają też za towarzystwem człowieka. Dlatego najłatwiej je spotkać tuż przed zachodem słońca. Trzeba przyznać, że te niezdarnie poruszające się serdelki mają w sobie dużo uroku. Ptaki są bardzo nieśmiałe – turyści muszą być bardzo ostrożni, by nie zakłócić ich rytuałów, zwłaszcza, gdy w gniazdach czekają na nie zmarznięte jaja.

Drugą atrakcją zatoki jest jeden z najlepiej zachowanych na świecie skamieniałych lasów jurajskich. 180 milionów lat temu w okolicy rósł las. Wówczas Nowa Zelandia znajdowała się na wschodnim krańcu  superkontynentu Gondwana, a większość dzisiejszej Południowej Wyspy na północ od Curio Bay znajdowało się pod wodą. Las był kilkakrotnie niszczony przez okoliczne wulkany. Przez miliony lat, zaimpregnowane minerałami, pogrzebane głęboko konary zmieniły się w kamień. Około 100 milionów lat temu Nowa Zelandia oddzieliła się on Gondwany i podryfowała na północ. Przez ostatnie 10 000 lat ukształtowała się linia brzegowa współczesnej Kiwilandii, morze wymyło piaskowiec i glinę odsłaniając skamieniałe ślady jurajskiego lasu. Uważny turysta może dostrzec gdzieniegdzie ślady skamieniałego pnia, a nawet liści, jednak miejsce to dostępne jest wyłącznie podczas odpływu. My nad zatokę Curio dotarliśmy po południu, morze wycofywało się powoli, ale do pełnego odpływu było jeszcze daleko. Nie zobaczyliśmy jurajskiego lasu w pełnej okazałości, mimo to na obmywanych przez fale skałach można było dostrzec coś na kształt pni.

Curio Bay

Kolejnym punktem na naszej trasie były Cathedral Caves – wielkie  nadmorskie jaskinie, nie bez przyczyny nazwane katedrami. Dostępne są jedynie przez 4 godziny w trakcie największego odpływu. Krótki spacer przez las i znaleźliśmy się już na plaży, która to z kolei doprowadziła nas do wejścia do pierwszej  jaskini. Pod koniec pierwszej skalnej komnaty wąski przesmyk prowadzi do kolejnej . Na jej końcu z kolei znajduje się malutka plaża z suchym piaskiem. Wygląda na to, że na samym krańcu jaskini można się schronić w trakcie przypływu – sprawdzimy to może jednak innym razem. Kilka mroczno-skaczących zdjęć i byliśmy już w drodze na północ.

Zatrzymaliśmy się dopiero ponad sto kilometrów dalej na krótką wizytę na półwyspie Otago. Półwysep położony na południowo wschodnim krańcu wyspy południowej jest mekką dla miłośników dzikich, morskich zwierząt – albatrosy, kormorany, pingwiny, foki i lwy morskie niemalże jedzą z ręki ;) Doskonałym sposobem na podglądanie całej piątki w jednym miejscu jest wizyta na rozległej nadmorskiej farmie Nature Wonders położonej na samym krańcu półwyspu. Dotarliśmy tam późnym popołudniem i jako ostatni klienci tego dnia załapaliśmy się na prywatną wycieczkę pokracznym pojazdem z napędem na osiem kół. Oprócz  tego Paulina miała okazję nakarmić małą owieczkę, której mama zmarła podczas porodu, a ja trenowałem przedramiona manewrując naszym spaceshipem między dziesiątkami/setkami/tysiącami królików biegających po okolicy.  Króliki są tutejszą plagą i szkodnikiem porównywalnym jedynie do possumów.

Zaspokoiwszy nasze zoologiczne potrzeby (??) wyruszyliśmy w kierunku najwyższego szczytu Nowej Zelandii – Mt. Cook. Przed nami kolejne kilkaset kilometrów na krętych Nowozelandzkich drogach. Długo nie mogliśmy znaleźć miejsca na nocleg, przez co przejechaliśmy znacznie więcej kilometrów niż planowaliśmy. W końcu około północy, zmęczeni niemiłosiernie nocną jazdą między królikami i possumami, zatrzymaliśmy się na jednym z bezobsługowych kempingów (tym na którym zostawia się pieniądze w skrzynce). Rano okazało się, że mieliśmy okazję nocować w całkiem ładnych okolicznościach przyrody, a do wielkiej góry zostało już nie wiele kilometrów. W drogę!

Curio Bay

Cathedral Caves

Półwysep Otago

W drodze...