Browsing Posts in Nowa Zelandia

Wola musiała być nam bardzo łaskawa, bo od momentu wjechania do Te Anau, największego miasta Fiordlandu, nie mogło być piękniej. Gdy tylko dotarliśmy nad jezioro Gun, kilkadziesiąt kilometrów dalej w stronę Milford Sound, niebo nad nami się rozstąpiło, oferując piękny zachód słońca. Bezwietrzna pogoda i odbijające się w tafli jeziora góry zapewniły świetną fototapetę dla wieczornej kolacji. Fajnie tak zatrzymywać się na noc w malowniczych miejscach. Szkoda tylko, że w Nowej Zelandii zdecydowana większość takich spektakularnych miejsc została już dawno podpatrzona i przechwycona przez DOC, odpowiednik naszego Ministerstwa Środowiska. Rezultat: za każdy taki malowniczy przystanek trzeba zapłacić średnio około 7-8 dolarów od osoby, choć w zamian DOC oferuje jedynie kibelki typu TOI TOI.

Wschód słońca nad jeziorem Gun

Następnego dnia z samego rana byliśmy już nad Milford Sound. To w końcu dla tej nietypowej zatoki co roku tłumy zjeżdżają w ten najsłabiej zaludniony region Nowej Zelandii, Fiordland. No właśnie, bo choć Milford wyglądem przypomina górskie jezioro, według nazwy jest raczej rozległą zatoką, technicznie to nic innego jak fiord. I to piękny fiord. Zwłaszcza z perspektywy niewielkiej łódki, która przez 2 godziny obwoziła nas wzdłuż brzegów fiordu, zatrzymując się na podglądanie leniwych fok i nieśmiałych malutkich pingwinów, ponoć najmniejszych pingwinów świata. Dzięki niewielkim gabarytom łódki mogliśmy podpłynąć na wyciagnięcie ręki do spływających po skałach wodospadów, zadzierając wysoko głowy, by przyjrzeć się wnoszącemu się na wysokość 1692 metrów npm Mitre Peak. Byliśmy w końcu na poziomie morza, ale ten wznoszący się ponad 1,5 kilometra wyżej szczyt wydawał się być tuż tuż. Perspektywa potrafi płatać figle.

Pamiętając, że Fiordland to oficjalnie najbardziej deszczowe miejsce świata – 220 deszczowych dni w roku, a przez kolejnych 50 niebo zasnute jest ciemnymi chmurami – wciąż nie mogliśmy się nadziwić swojemu szczęściu. Prawdziwego farta doświadczyliśmy jednak nieco później. Większość turystycznych łodzi rzuca jedynie okiem na Morze Tasmańskie i szybko zawraca do portu, nasza łódka miała wypłynąć nieco dalej. I było warto. Jak tylko staliśmy się jedyną łódką z widokiem na morskie wody, dołączyły do nas delfiny! Dołączyły i nie opuszczały nas przez kolejnych 5 minut. Mój dziecięcy pisk odzwierciedlający kompletną euforię jakoś ich nie odstraszył (ponoć delfiny lubią dziecięce głosy – choć pamiętając, że słyszą 8 razy głośniej niż człowiek, mam co do tego wątpliwości). Wręcz przeciwnie, 3 z nich zaczęły płynąć na dziobie naszej łódki, tak blisko, że wychylając się można było je dotknąć. Coraz szybciej i szybciej i szybciej…W pewnym momencie łódka płynęła już z taką prędkością, że poważnie bałam się, że zaraz się zderzymy. Jednak gdy kapitan rozwinął pełną prędkość, delfiny po prostu zniknęły w otchłani.

Z powrotem na lądzie zastanawialiśmy, co by tu zrobić z tak doskonale rozpoczętym dniem? Odpowiedź przyszła sama w postaci autostopowicza, którego podrzuciliśmy kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż jedynej Fiordlandowej drogi. Jak się okazało, doświadczony górski przewodnik z Queenstown, nie tylko polecił nam kilka przepięknych tras w okolicy, ale też opowiedział o historii regionu, jego maoryskich korzeniach i nowszej europejskiej eksploracji.  Zwrócił też naszą uwagę na łyse stoki po obu stronach Milford Road. Ponoć zdecydowana większość rosnących tam drzew jest zainfekowana jakimś złośliwym robakiem. Wystarczą poważniejsze opady śniegu, by drzewa niczym domino jedno po drugim zaczęły się zsuwać po zboczach, tworząc tak zwane drzewne lawiny. Drzewne lawiny to najczęstszy powód zamknięcia Milford Road zimą. W zeszłym roku taka lawina zastała ponoć na drodze 2 spacerowiczów, którym cudem udało się uciec w stronę Milford Sound. Szkody, które spowodowała wciąż widoczne były po obu stronach drogi, bowiem siła takiej lawiny produkuje podmuch, który zmiótł pas lasu także po drugiej stronie doliny. Oj, nie chciałabym być na miejscu tych dwojga!

Za to chętnie znalazłabym się na miejscu pierwszej europejskiej ekspedycji, która odkryła Marian Lake. 3-godzinny trek, który polecił nam nasz autostopowicz, okazał się strzałem w dziesiątkę. Nad jezioro dotarliśmy po południu, gdy wszyscy pozostali trekkerzy zaczynali już schodzić, dzięki czemu jezioro i okoliczne górskie szczyty mieliśmy tylko dla siebie.

Nad Marian Lake...

Skoro zrobiło się już tak późno, trzeba było znaleźć miejsce na nocleg. Gunns Camp, założone przez jednego z pierwszych górskich przewodników w regionie okazało się doskonałą bazą. Do kempingu przylega niewielkie, nieco ekscentryczne muzeum przestawiające życiowe perypetie górskich przewodników, a także historię pierwszych górskich ekspedycji, które wytyczyły większość dostępnych dziś szlaków.

Między innymi dość łatwego szlaku na Key Summit, gdzie wybraliśmy się kolejnego ranka. Do wszystkich tych, którzy wybierają się do Nowej Zelandii, kierunek konieczny! Przepiękne widoki na 3 doliny, między innymi odwiedzone poprzedniego dnia Marian Lake, dostępne po niezbyt męczącej 1,5 godzinnej wspinaczce.

Wraz z naszą wspinaczką na Key Summit skończyło się nasze pogodowe szczęście. Niebo zasnuło się chmurami, więc opuściliśmy malownicze okolice Milford i zaszyliśmy się na noc w stolicy Fiordlandu, Te Anau.

Widok z Key Summit

Samo Te Anau to nieduże miasteczko położone nad jeziorem o takiej samej nazwie. Jest jednak świetnym przystankiem na odpoczynek po Milfordowych wspinaczkach, a także nienajgorszą bazą do wypadów na quadach z widokiem na okoliczne jeziora, łąki, góry i pagórki. Korzystając z okazji, i my postanowiliśmy spróbować szczęścia na tym nieodzownym atrybucie każdego nowozelandzkiego farmera. W doskonałych humorach, gotowi na świetną zabawę, wsiedliśmy na nasze quady. Mina zrzedła mi dopiero, gdy zorientowałam się, że skrzynia biegów jest manualna (dla wszystkich niewtajemniczonych, tak tak, mimo dwóch skończonych kursów na prawo jazdy, jakoś nie udało mi się dotrzeć na żaden egzamin). Jednak jakąś żyłkę kierowcy rajdowego muszę mieć, bo mimo początkowych trudności w rozeznaniu się, jak to wszystko działa, dwie godziny później śmigaliśmy już między owcami po okolicznych wzgórzach.

Po takie zaprawie powinnam chyba przejąć stery naszego spaceshipa. Niestety za kółko musiał wrócić nasz jedyny licencjonowany kierowca, Tomek. Jeden dzień w Te Anau wystarczy, ruszyliśmy w drogę. Kierunek: najdalej wysunięte na południe wybrzeże Nowej Zelandii!

Milford Sound

Key Summit i Marian Lake

W drodze

Wreszcie dotarliśmy do Queenstown, mekki każdego podróżnika przemierzającego Nową Zelandię i światowej stolicy sportów ekstremalnych. Ponoć nazwa miasta wywodzi się od dawnej opinii, że Queenstown to miasto godne królowej (wówczas chodziło jeszcze o królową Wiktorię). Hmm, jakoś trudno mi wyobrazić sobie Elżbietę II odzianą w czerwony kombinezon wyskakującą z samolotu, albo w specjalnych portkach balansującą na pontonie. Ale niech będzie.

A wszelkiego rodzaju sporty ekstremalne to to po co każdy tu przyjeżdża. To w Queenstown wykonano pierwszy skok bungy jumping, niedaleko zaprojektowano pierwszy jet boat, a okoliczne skaliste góry oferują doskonałe warunki do paralotniarstwa. Do tego widoki tworzą malownicze tło dla skoków spadochronowych, a rwące wody rzeki Shotover nafaszerowane przełomami i kanionami zapewniają doskonałe warunki do raftingu i wycieczek jetboatem. Dodajmy do tego niezliczone wycieczki konne, wyprawy na quadach śladami bohaterów Władcy Pierścieni, downhill na rowerach, kajaki, pole do gry we frisbee-golfa – naprawdę trudno się w Queenstown nudzić. Chyba, że… komuś nie marzy się nic innego jak tylko nuda, nuda i nuda.

Skoro już mowa o zamiłowaniu do przygód i adrenaliny, my kontemplowaliśmy uroki Queenstown z perspektywy miękkiej kanapy i łóżka ogrzewanego elektrycznym kocem. Tak się złożyło, że akurat w Queenstown dopadł nas mały podróżniczy kryzys. Od kilku dni ciągle padało. Codziennie budziliśmy się w zimnym, wilgotnym samochodzie, w którym, z niewielką przerwą na Auckland, spaliśmy już nieprzerwanie od 5 tygodni. Po prostu mieliśmy dość. Dlatego po pierwszym dołującym poranku, gdy pogoda nie zachęcała nawet do wyjścia z łóżka, przenieśliśmy się do hostelu. Spaceshipa zaparkowaliśmy w garażu, a sami szybko zagnieździliśmy się gdzieś między kanapą, kuchnią i wyjątkowo przyjaznym telewizorem. Przez 2 dni nos wyściubialiśmy z pokoju tylko po to, by coś przekąsić, kupić upominki i wymienić kolejną część Trylogii Tolkiena. W niedzielę udało mi się też pójść na mszę do miejscowego kościoła anglikańskiego. Msza okazała się nie tylko zabawnym epizodem towarzyskim, ale też świetną lekcją historii. Była akurat niedziela Aotearoa, poświęcona pielęgnacji stosunków nowozelandzko-maoryskich, więc pastor barwnie opisał dzieje chrześcijaństwa w Nowej Zelandii. Okazuje się, że pierwsze kościoły chrześcijańskie na Północnej Wyspie zakładali wcale nie Europejczycy, a Maorysi, których zesłano wcześniej do pracy w Australii.

Jarmark

Super było znów się pojawić na mszy. Poza tym podoba mi się luz i intymna atmosfera takich niewielkich wspólnot. Pastor spóźnił się na mszę, gdyż jechał z innej parafii. Dzień wcześniej odbył się charytatywny kiermasz, na którym parafia zarobiła sporo pieniędzy. Pomocnicy żartowali z ambony, że pastor prawdopodobnie defrauduje ciężko zarobione przez wiernych pieniądze.  Swoją drogą kiermasz był ciekawą inicjatywą – około 20 osób zebrało się na placu przed kościołem, handlując różnymi duperelami (stare sprzęty domowe, książki, ciasta, dżemy domowej roboty). W tle grała orkiestra, biegały dzieci,  bawiły się szczeniaczki, latały białe gołębie, a wszyscy uśmiechali się do siebie szeroko – istna sielanka. Nam także udzieliła się ta atmosfera i do hostelu wróciliśmy obładowani ciastami domowej roboty. Pieniędzy uzbierało się na tyle dużo , że w ramach świętowania pod koniec mszy pastor zaprosił wszystkich na niedzielnego grilla.

Po mszy załapaliśmy się jeszcze na hucznie obchodzony finisz międzynarodowego rajdu samochodowego. Szampan lał się strumieniami, zadowoleni uczestnicy pozowali do kamer, a park w centrum miasta zamienił się na chwilę w barwną paradę zabłoconych rajdowych maszyn.

Podsumowując, te 2 dni to dokładnie to, czego było nam trzeba. Podładowaliśmy baterie, wygrzaliśmy się, nadrobiliśmy tolkienowe zaległości i popracowaliśmy nad blogiem. A jak tylko się rozpogodziło, ruszyliśmy poznawać okolice. W pobliżu Queenstown koniecznie trzeba zobaczyć przełom rzeki Shotover i przejść się wzdłuż jej brzegu, by zerknąć na schowane za szczytami wysokie kaniony. Nie można też ominąć Coronet Peak, skąd rozciągają się genialne widoki na całe Queenstown i okolice. Jak się okazało Coronet Peak to też najbardziej popularny punkt startowy dla paralotniarzy. Jednego z nich podrzuciliśmy nawet na szczyt. Kilka chwil później, pomachał nam na pożegnanie, krzycząc ‘bye’ i zeskoczył w siną dal. Mnie przypomniało się, jak skakaliśmy w Indiach. Paralotniarstwo to taki fajny, powolny sport. Niech sobie Tomek mówi, co chce, ale ja chyba wolę spokojną kontemplację krajobrazów, od superprzeciążeń w trakcie błyskawicznego spadku z jakimś przylepionym do ciebie kolesiem (nic nie ujmując mojemu tandemowi, był bardzo wyrozumiały).

Na koniec jeszcze krótka wizyta w Arrowtown, które na fali gorączki złota równie szybko rozkwitło w latach 60-tych XIX  wieku, jak i kilkanaście lat później się wyludniło. Dziś dobrze zachowane miasteczko jest atrakcją turystyczną, a przyjezdni szukają tam głównie śladów dawnej chińskiej osady skupionej wokół kopalni złota.

Arrowtown

Czas planowany na wizytę w Queenstown trochę nam się wydłużył. Trzeba było ruszać na południe.   Fiordland słynie z gęstych mgieł, nieba zasnutego ciemnymi chmurami i rzęsistych deszczy. Ale  co tam, z tak podładowanymi bateriami, byliśmy gotowi na wszystko. Niech się dzieje wola…

Główni bohaterowie tego postu powinni okazać się bardzo bliscy wszystkim Wam mieszkającym w mroźnej krainie śniegu – LODOWCE ;) Po przejechaniu niezliczonych kilometrów wschodniego wybrzeża południowej wyspy, w końcu dotarliśmy do miasteczka Franz Josef położonego u stóp lodowca o tej samej nazwie. Została ona rzecz jasna nadana przez Niemca na cześć austriackiego cesarza. Nam oczywiście bardziej przypadła nazwa maoryska – „Ka Roimate o Hinehukatere” (łzy Hinehukatere). Historia nazwy maoryskiej stokroć piękniejsza niż dzieje austriackiego Franza. Otóż piękna Hinehukatere kochała górskie wspinaczki i któregoś dnia namówiła na wyprawę swojego niedoświadczonego lubego Wawe. Luby na jej i swoje nieszczęście okazał się pierdołą i spadł z hukiem, zabijając się na miejscu. Hinehukatere ze złamanym sercem płakała, płakała, płakała i płakała, a jej łzy spływały, zamarzając, aż w końcu utworzyły lodowiec.

Paulina i Franz

Do Franz Josef przyjechaliśmy późnym popołudniem i nie tracąc czasu, od razu wyruszyliśmy do stóp osławionej bryły lodu. Pogoda w okolicy nie rozpieszcza – zdecydowaną większość roku niebo zasnute jest chmurami, a deszcz jest tu chlebem powszednim. Do jęzora lodowca idzie się około 30-40 minut – my ze względu na psującą się pogodę i zachodzące słońce pokonaliśmy trasę znacznie szybciej. Na miejscu cóż… lodowiec. Nic nie ujmując panu Franzowi, lodowiec nie zrobił na nas piorunującego wrażenia. Z jednej strony przyczyniła się pewnie do tego pogoda, ale z drugiej… nieuważny obserwator mógłby pomylić lodowiec z kopalnią węgla. Olbrzymia masa lodu zbiera po drodze setki metrów sześciennych żwiru, przez co kolor Josefa daleki jest od bieli. Mieliśmy jednak okazję dowiedzieć się kilku ciekawych faktów na temat życia wiecznego lodu. Okazuje się, że są osoby, które kwestionują fakt, iż lodowiec powstał z łez niewiasty rozpaczającej za pierdołowatym Wawe. Otóż ich zdaniem lodowiec ma swoje źródło w kotle śnieżnym o powierzchni 20km2, położonym wysoko w górach. Lodowce są niczym innym jak wolno płynącymi rzekami lodu. Powstają w miejscach, gdzie ukształtowanie terenu sprzyja gromadzeniu się dużych ilości śniegu – w tym przypadku powyżej granicy wiecznego śniegu. Gdy śniegu zgromadzi się wystarczająco dużo, wywierane ciśnienie sprawia, że staje się on plastyczny i zaczyna spływać do doliny. Tarcie między lodowcem a podłożem wytwarza ciepło, które roztapia lód  – powstała w ten sposób woda działa jak smar. Śnieg przesuwa się w niższe partie gór, rozpuszcza się i zamienia w rzekę.

Kea złodziejka - jedyna górska i mięsożerna papuga świata

Lodowiec może być w jednej z dwóch faz – transgresji lub regresji. Pierwsza ma miejsce wówczas, gdy ilość śniegu gromadząca się u źródła przewyższa ilość topniejącej masy i czoło lodowca przesuwa się do przodu. Gdy dostawy śniegu są mniejsze mówimy o cofaniu się lodowca – regresji. Możliwy jest jeszcze postój lodowca – gdy tempa topnienia i gromadzenia się śniegu są jednakowe. Fazy jak to fazy przychodzą jedna po drugiej. Obecnie Franz Josef rośnie… i to rośnie jak na drożdżach. Między 1940 a 1980 rokiem skurczyło mu się kilka kilometrów, ale od roku 1984 pędzi z niebywałą prędkością 70 cm dziennie! Jest to ponoć fenomen w środowisku lodowców. Franz ma obecnie 12 km, ale szacuje się, że 10000-15000 lat temu sięgał morza Tasmańskiego (około 20 km dalej).

Cierpliwi mogą obserwować cykle lodowca przez panoramiczne okno kościoła St. James Anglican. Kościół zbudowano w 1931 roku z pięknym widokiem na jęzor. W 1954 roku lodowiec ku rozczarowaniu wiernych zniknął z pola widzenia, ale już w roku 1997 pojawił się ponownie. Jaki z tego morał? Strzeżcie się, budując domy z widokiem na lodowce!

Okoliczną atrakcją jest również jezioro Matheson, słynące z przepięknych refleksów – w tafli wody odbijają się majestatycznie ośnieżone szczyty – w tym najwyższy szczyt Nowej Zelandii – Mt. Cook. My ze względu na brzydką pogodę mogliśmy podziwiać jedynie refleksy okolicznych traw i majestatycznych krzewów – widok nieco mniej spektakularny. Rozczarowani niegościnnością miejscowej natury, postanowiliśmy, w ramach zemsty, ściąć wiszący most prowadzący nad jezioro.

Nie daleko Franza znajduje się jego towarzysz Fox. Nieco mniej popularny wśród turystów, ale równie okazały. Nam wydał się czystszy, dzięki czemu zrobił na nas lepsze wrażenie. Fox również znajduje się w fazie wzrostu, jednak już nie tak spektakularnego jak Franz (około 1 metra na tydzień). Pogoda na Foxie była okropna, więc wizyta nie przeciągała się zbyt długo. A szkoda, gdyż okoliczne góry, wodospady, strumienie i oczka wodne tworzyły bardzo malowniczy krajobraz.

Fox Glacier

Po części ze względu na pogodę nie skorzystaliśmy też z najrozmaitszych opcji eksploracji lodowców. Agencji turystycznych  jest dużo, a pomysłów na rożnego rodzaje aktywności w okolicy jeszcze więcej. Najpopularniejsze są trekkingi po lodowcu oraz loty widokowe z opcją lądowania w jego górnej partii.

Pocieszając się zaoszczędzonymi pieniędzmi, przypadkami turystów przygniecionych bryłami lodu i samolotów rozbijających się o jęzor, a następnie przez kilka miesięcy spływających doliną, a także opiniami, że w końcu to tylko kupa brudnego śniegu, wyruszyliśmy w poszukiwanie lepszej pogody. Kierunek: Queenstown!

W drogę...

PS: Filmik dla zainteresowanych inteligencją postrachu turystów w Nowej Zelandii – Kea w akcji!

Franz Josef

Matheson Lake

Fox

W drodze do Queenstown

Abel Tasman rozpieszczał nas pięknymi krajobrazami, malowniczo położonym kempingiem i piękną słoneczną pogodą, jednak po dwóch nocach wśród pasących się koni trzeba było ruszać dalej. Zabawne, że jedyna para, jaką spotkaliśmy, która nadała sobie jeszcze bardziej ekspresowe tempo zwiedzania to Polacy, których spotkaliśmy dzień wcześniej na kempingu. Rezultat niespokojnej polskiej natury, czy raczej obawy, by coś niepowtarzalnego nie czmychnęło nam sprzed nosa (puste półki za komunizmu zrobiły swoje)?

Następnym przystankiem na naszej trasie miały być lodowce Fox i Franz Josef. Jednak w drodze do lodowców na mapie rysowało się jeszcze tyle ciekawych punkcików, że w efekcie sama trasa do lodowców stała się tematem godnym oddzielnego posta.

Zaraz po wyruszeniu z Marahau postanowiliśmy wpaść jeszcze na chwilę nad Golden Bay, najdalej na zachód wysuniętą zatokę Wyspy Południowej. Nie przypuszczaliśmy tylko, że 60 km może wić się wzdłuż wysokich szczytów w nieskończoność. A do tego po drodze napotkamy jeszcze tyle malowniczych punktów widokowych i szutrowe ścieżki prowadzące w zapewne fascynujące zakątki. Jednym z takich odbić z trasy „nie do przegapienia” była droga prowadząca do Harwood’s Hole, największej jaskini na południowej półkuli. Harwood ma 400 metrów głębokości i 70 metrów szerokości. Brzmi dumnie, kto by się nie skusił. Tylko tyle, że z bliska to po prostu zbiór kamieni, a w dole czeluść.  Do tego do  krawędzi nie można się nawet zbliżyć, bo wszędzie ostrzeżenia przed śmiertelnymi wypadkami.

Harwood’s Hole

Na szczęście o wiele ciekawsza okazała się sama ścieżka do Harwood’s Hole, prowadząca przez mroczny, zacieniony las, który grał we Władcy Pierścieni Chetwood Forest. Kojarzycie? My nie kojarzyliśmy, ale trzeba przyznać, że to malownicza lokalizacja (można było niemal wyczuć ukrywające się między drzewami orki). Tak jak z resztą i cała trasa prowadząca do Golden Bay. Aby trafić do najbliższej leżącej miejscowości, Takaka trzeba się przedostać przez wysokie pasmo górskie. Droga meandruje na zboczach gór z widokiem na ośnieżone szczyty, a w dole pasące się jelonki. Czy wspominałam już, że Nowozelandczycy hodują jelenie? Raczej nie trudno się domyślić, w jakim celu. Mleka, ani jajek w końcu nie dają. Swoją drogą zabawne, że to samo zwierzę w jednym kraju stanowi atrakcję turystyczną: Japonia, w innym jest tylko zwierzakiem hodowlanym, a u nas przez większą część roku pod ochroną, rzadko pozwala się ujrzeć.

Jelonki...

Gdy w końcu dotarliśmy do Złotej Zatoki, czasu starczyło nam zaledwie na krótki lunch, szybki spacer po plaży i trzeba było z powrotem siadać za kółko. Przed nami była jeszcze długa droga do Nelson Lakes National Park. I znów to sama droga okazała się absolutnym strzałem w 10-tkę. Promienie słońca przebijające się przez symetrycznie rozplanowaną plantację chmielu, meandrujące rzeki, zielone pagórki, skaliste wzgórza, owce i jeszcze raz owce. Jak to jest, że w Nowej Zelandii właśnie na tę drogę do celu nigdy nie starcza nam założonego czasu? Zbyt często człowiek by się zatrzymywał na zdjęcia.

Tuż przed zachodem słońca, które tu na szczęście chowa się dość późno, dotarliśmy w końcu nad jezioro Rotoiti. Krótki spacer na pomost, kilkanaście minut rozmowy z przesympatyczną starszą parą Kanadyjczyków, kilka zdjęć kaczek i ciekawskich węgorzy i znów trzeba było ruszać dalej. Tym razem w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Znaleźliśmy je kilkanaście kilometrów dalej na jednym z DOC-owskich rest areas. Trzeba przyznać, że w Nowej Zelandii o wiele trudniej niż w Australii o darmowe miejsce noclegowe. Niewiele tu rest areas: przydrożnych parkingów z publiczną łazienką, które w Australii czekały na zmęczonych kierowców średnio co 20 kilometrów. Najłatwiej korzystać z wyznaczonych w tym celu parkingów DOC-u. Te darmowe zazwyczaj wyposażone są jednak jedynie w kibelek typu toitoi. Brak dostępu do bieżącej wody potrafi być uciążliwy, więc nie mieliśmy wyjścia i zaczęliśmy znacznie częściej korzystać z komercyjnych kempingów.

Kolonia fok

Tym razem jednak udało nam się zanocować za darmo i rano mogliśmy już ruszać w kierunku zachodniego wybrzeża, gdzie czekały na nas lodowce. Ale chwileczkę. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w malowniczej zatoczce, by podpatrzeć kolonię fok. Tak śmiesznych, ospałych stworów nie widzieliśmy chyba od czasów wizyty w warszawskim zoo (dla Tomka może z małym wyjątkiem krótkiej wizyty w San Francisco). Przed nami jeszcze sporo spotkań z mieszkańcami zimnych oceanicznych wód, ale to spotkanie było pierwszym z nadciągającej serii i dało nam sporo frajdy. Do tego bezczelne ptaszyska na nadmorskim parkingu, które sprytnie wykorzystały chwilę nieuwagi kierowcy i zabawa murowana. Ciekawa jestem, jak udało im się spałaszować kanapkę własnych gabarytów, którą w mgnieniu oka zaciągnęły w pobliskie krzaki.

W poszukiwaniu żarcia...

Północny odcinek zachodniego wybrzeża, dokładnie wioska Pukaiki, słynie też z innej osobliwej atrakcji – dziwnych formacji nazywanych Naleśnikowymi Skałami. Wyżłobione przez wiatry i morze kamienie faktycznie wyglądem przypominają stertę pozlepianych naleśników. Widok piękny, ale czy wart tych dzikich tłumów i autokarów wypluwających codziennie setki turystów? Po raz kolejny przekonaliśmy się o  przypadkowości  sukcesu turystycznych  atrakcji. Bo naprawdę nie mam pojęcia, w czym gorsze jest położone w tej samej miejscowości koryto rzeki Pororari? Wąska ścieżka prowadzi wzdłuż krystaliczne czystej rzeki, wokół pionowo opadające ściany kanionu i ani żywej duszy na szlaku. Jak dla nas gotowy materiał na turystyczny hit.

Naleśnikowe skały

Jednak choć wiedzieliśmy, że lodowce, do których powoli się zbliżaliśmy, niczym Naleśnikowe Skały przyciągają podejrzanie wysokie liczby ciekawskich, byliśmy zdecydowani je odwiedzić. W końcu nic nie może nas ominąć, prawda? ;)

Golden Bay

Chetwood Forest

Jezioro Rotoiti

Kolonia fok

Pororari

Naleśnikowe skały

W drodze

Po długiej i dość wyczerpującej wieczornej jeździe, pod koniec dnia dotarliśmy w końcu do Wellington, niepozornej stolicy Nowej Zelandii. (He he, przyznać się ilu z Was pamiętało, że stolicą jest właśnie Wellington?).

Trasa prowadząca z Tongariro na sam południowy cypelek Południowej Wyspy wymagałaby pewnie oddzielnego posta, gdyby nie fakt, że: po pierwsze,  nie ma na niego miejsca, po drugie, my przemknęliśmy przez nią zbyt szybko. Co tu dużo pisać, to sama kwintesencja Nowej Zelandii: przepiękne zielone wzgórza, strome skaliste zbocza, głębokie koryta rzek, gdzieniegdzie przetkane wodospadami, a gdzie tylko nie spojrzysz pasące się stada owiec. Obiecaliśmy sobie kiedyś wrócić tam na dłużej. Miało to być w drodze powrotnej do Auckland, nie udało się. Wniosek, kolejne miejsce, do którego trzeba będzie jeszcze zajrzeć.

Wellington

A Wellington? No cóż, spędziliśmy w nim jedynie przedpołudnie, więc trudno się rozpisywać. Ale jest tam jedno takie miejsce, które absolutnie podbiło nasze serca. Te Papa to najciekawsze, najbardziej intrygujące i rozrywkowe muzeum, w którym kiedykolwiek byliśmy. Interaktywne gry i zabawy pozwalające się wcielić w rolę kapitana XIX-wiecznego statku transportującego nowozelandzkich imigrantów, lub biednej, lecz wyjątkowo uzdolnionej maoryskiej dziewczyny w Nowej Zelandii lat 50-tych tak bardzo mnie wciągnęły, że Tomek niemal siłą mnie stamtąd wyciągał. W Te Papa można też było pooglądać wyznania polskich wojennych sierot, które Nowa Zelandia przygarnęła pod koniec II Wojny Światowej, spojrzeć na świat z perspektywy owcy (?) – genialne :) – i zabawić się w celnika przeszukującego towary z Europy, pełne larw, węży i jadowitych pająków, a dla żądnych wrażeń, przeżyć też symulację trzęsienia ziemi. Przy okazji dowiedzieliśmy się jeszcze trochę o geologii, prehistorii planety, kulturze maoryskiej i historii Wielkiej Brytanii. Jednym słowem, Te Papa to w Wellington przystanek konieczny!

No ale i tutaj nie mieliśmy tyle czasu, ile byśmy chcieli. Trzeba było pędzić na prom, który niedzielnym popołudniem miał nas przeprawić na długo-wyczekiwaną Wyspę Południową. By wraz z samochodem przeprawić się z Wyspy Północnej na Południową, w zasadzie ma się tylko jedną opcję: prom. I jest to opcja wyjątkowa droga. Z 2 dostępnych przewoźników wybraliśmy zdecydowanie tańszego BlueBridge, otrzymaliśmy jeszcze 8% zniżki na naszego spaceshipa, a i tak jednostronna przeprawa wyniosła nas 400 zł. No cóż, przynajmniej rejs był komfortowy i w niedzielę wieczorem spać poszliśmy już po przeciwnej stronie Nowej Zelandii :)

Marlborough Sounds

Picton – portowe miasteczko, gdzie przybijają promy, nie ma zbyt wiele do zaoferowania turystom. Dlatego następnego ranka czym prędzej wyruszyliśmy wzdłuż północnego wybrzeża wyspy w stronę Parku Narodowego Abel Tasman. Po drodze zabraliśmy jeszcze amerykańskiego autostopowicza i razem głośno zastanawialiśmy się, skąd opinia o Nelson i okolicach jako o najbardziej słonecznej prowincji Nowej Zelandii. Niebo nad nami nie zdradzało najmniejszej obecności słońca. Jednak po dwóch przystankach na zdjęcie nad zatokami Marlborough Sounds, z każdym kilometrem słońce coraz mocniej dawało o sobie znać. W Nelson niebo było już niemal bezchmurne. Haha, a więc jest w tym odrobina prawdy. Zostawiliśmy naszego autostopowicza i szybko dojechaliśmy do Marahau- małej nadmorskiej miejscowości, skąd następnego dnia mieliśmy wyruszyć na Abel Tasman Coast Track.

Abel Tasman Coast Track to jeden z nowozelandzkich Great Walks, kilkudniowych szlaków administrowanych przez DOC, Nowozelandzki Departament Ochrony Środowiska. Jest o tyle wyjątkowy, że jako jedyny przebiega wzdłuż nadmorskiego wybrzeża, łącząc w sobie zalety górskiej wędrówki z przyjemnościami morskich kąpieli i leniwego plażowania. Tym samym, miejsca w DOC-owskich schroniskach rezerwować trzeba z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Przejście całego szlaku zajmuje 4-5 dni, a trasa kończy się 52 kilometry dalej w zatoce Golden Bay. My jednak ze względu na brak czasu zdecydowaliśmy się na krótszy, bardziej ekonomiczny 20-kilometrowy odcinek szlaku, do przejścia w jeden dzień.

Najpierw trzeba było się jednak dostać na początek szlaku. A to nie takie proste, zwłaszcza że Bark Bay – niewielka zatoczka, gdzie zaczynaliśmy wędrówkę dostępna jest jedynie kajakiem, łódką, lub po 20-kilometrowej przechadzce. Nie mieliśmy więc wyjścia, trzeba było wziąć wodną taksówkę. Motorówka, która wyrzuciła nas rano w zatoce okazała się z resztą świetnym pomysłem. Nie dość, że dzięki niej mogliśmy spojrzeć na Park Abel Tasman także od strony morza, to jeszcze przejażdżka okazała się ze sporą zabawą.

Wodowanie...

Najpierw ciągnięci przez duży traktor, następnie powoli spuszczani z wysięgnika, wodowaliśmy dopiero po półgodzinie spędzonej w kapokach na łódce. Poza tym taksówka zbacza odrobinę z trasy, by odwiedzić zabawną formację skalną o nazwie, Pęknięte Jabłko. Abel Tasman to jedno z niewielu miejsc w Nowej Zelandii, gdzie występuje granit. Pęknięte Jabłko to właśnie jeden z granitowych tworów natury.

Pęknięte jabłko?

Po kolejnych 40 minutach i wysłuchaniu kilku zabawnych opowieści na temat historii parku, nasz kierowca wyrzucił nas w Bark Bay. Tu trzeba już było założyć buty trekkingowe i ruszyć przed siebie. Było kilka minut przed 11-tą a, jeśli wierzyć oznakowaniom, przed nami około 8-u godzin wędrówki. My rzecz jasna takie oznakowania traktujemy z przymrużeniem oka, nie raz znacznie je wyprzedzaliśmy. Nie w Nowej Zelandii! W pełnym słońcu z ledwie odczuwalną morską bryzą każdy odcinek trasy dłużył się niemiłosiernie. Nie żeby widoki na zatoczki i odpoczynki na plaży nie rekompensowały nam wysiłku z naddatkiem. Abel Tasman jest piękny, dziki i nietknięty cywilizacją ( no może z wyjątkiem kempingów DOC-u i kilku domów w Torrent Bay). Tylko znowu przekonaliśmy się, że nowozelandzkie czasy pieszej wędrówki obliczane są według jakiś elfowych standardów.

W końcu dotarliśmy jednak na nasz kemping, gdzie szczęśliwi zrzuciliśmy wreszcie ciężkie buciory i rozłożyliśmy się z piwem na trawie. Piękne zachodzące słońce, za płotem zaczepiające nas konie, do tego poczucie spełnienia po wykonanym zadaniu, a na koniec rozmowa z pierwszymi spotkanymi w Nowej Zelandii rodakami. Czego więcej można pragnąć do szczęścia? :)

PS. Park nazwano Abel Tasman na część wspomnianego już holenderskiego żeglarza, którzy zawitał w Nowej Zelandii jako pierwszy Europejczyk w 1642 roku. Jego statki szukały schronienia właśnie w zatokach północno-zachodniego wybrzeża Nowej Zelandii. Szukały, ale go nie znalazły, bo o ile pamiętacie, po maoryskim ataku na 4 holenderskich marynarzy, Tasman szybko zawrócił swoją flotę. Zanim jednak powrócił do Betavii, gdzie stacjonował, zdążył sporządzić szczegółowe mapy wybrzeża Nowej Zelandii, a także australijskiej wyspy, Tasmanii, nazwanej tak również na cześć Holendra.

Wellington i droga do Abel Tasman

Abel Tasman