Browsing Posts published in Czerwiec, 2011

Kilka miesięcy temu zastanawialiśmy się na blogu, jaka będzie „nasza” Ameryka Południowa. Dziś już wiemy – była cudowna! Ostatnie tygodnie spędzaliśmy daleko od współczesnej cywilizacji i czuliśmy się z tym wspaniale. Najbardziej przypadła nam chyba do gustu Lauca na północy Chile i dzikie góry Patagonii.

Jednak chwilowo nasz czas na tym kontynencie dobiegł końca (spokojnie wracamy). Przed nami nowy rozdział i nowa przygoda – AFRYKA! Podobnie jak o Ameryce Południowej, historie o krajach Afryki Południowej słyszeliśmy różne. Z jakiegoś powodu większość podróżników omija ten kontynent. Czy faktycznie są ku temu powody? Jaka będzie „nasza” Afryka? Przekonajcie się sami – już niedługo na henhen pierwsze relacje z naszej podróży po Czarnym Lądzie!

Na pożegnanie z Ameryką Południową zapraszamy na krótkie filmy znanego francuskiego reżysera, Stana Costera. Jak wiecie, ze Stanem i Flo spędziliśmy 7 tygodni, wspólnie przemierzając  bezdroża Patagonii.

Volcan actif

Wspinaczka na wulkan Villarrica

Zone de Rupture

Lodowiec Perito Moreno w akcji

Patagonia Trek

Podsumowanie trekingów w Patagonii

Stan, wielkie dzięki za udostępnienie tych unikatowych materiałów ;)

Jeżeli chcecie zobaczyć więcej filmów Stana, znajdziecie je TUTAJ.

Blog Stana i Flo z ich podróży dookoła świata możecie zobaczyć w polskiej wersji językowej. Tłumaczenie nie jest doskonałe, ale… zawsze coś.

www.letempsdunvoyage.fr

O stolicy tanga, pysznych lodów i włoskiej kawy można by pisać godzinami. Można by, ale… Po pierwsze my w trakcie tej podróży odwykliśmy już od wielkich miast i dużymi aglomeracjami, nawet tak malowniczych jak Buenos Aires, coraz trudniej nam się cieszyć. Po tylu tygodniach spędzonych z dala od cywilizacji, w surowych górach Patagonii, na bezludnej północy Chile, czy wśród bezdroży Nowej Zelandii widok z lotu ptaka na połyskujące tysiącem świateł Buenos Aires trochę nas przeraził. Czegoś takiego nie widzieliśmy prze ostatnie 3 miesiące. Po wyjściu z samolotu stało się też jasne, że tak gorącym, dusznym powietrzem także dawno już nie oddychaliśmy.

Duszne, zanieczyszczone powietrze dało się we znaki nie tylko nam...

Była w końcu połowa marca, koniec tutejszego dusznawego i mokrawego lata. Poza pogodą od razu uderzyła nas atmosfera miasta. Stało się jasne, że znaleźliśmy się w samym sercu wiernie śledzącego europejskie trendy miasta. Bo i też do Europy Porteños wyjątkowo blisko. Większość mieszkańców Buenos Aires ma bowiem europejskie korzenie: włoskie lub hiszpańskie. Na ulicach spotkać też można potomków Portugalczyków, Niemców, Francuzów, czy Chorwatów. A nawet Polaków. Największa polonia w Ameryce Południowej mieszka właśnie w Buenos. I trzeba przyznać, że to mieszanie się genów wyszło Porteños na dobre, bo w żadnym zakątku świata nie widzieliśmy jeszcze tylu atrakcyjnych ludzi, zwłaszcza kobiet. Ulicami Buenos przechadzają się  śledzące najnowsze trendy mody piękne, długonogie Argentynki. Raj dla łowców modelek.

No ale my nie przyjechaliśmy z misją znalezienie nowej top, a raczej, jak to zwykle bywa przed kolejnym etapem podróży, z zamiarem załatwienia kilku spraw, zrobienia przedwyjazdowych zakupów. Po całym dniu biegania wzdłuż zatłoczonej Calle Florida i uliczkach Recolety daliśmy jednak za wygraną. Buenos Aires tanie nie jest, do tego znalezienie dokładnie tego, czego się szuka w turystycznym centrum miasta graniczy z cudem. Uspokoiliśmy więc nadwyrężone nerwy w trakcie koncertu muzyki filmowej w wykonaniu Orkiestry Filharmonii Buenos Aires, który odbywał się akurat pod gołym niebem Placu San Martin i wróciliśmy do domu, obiecując sobie, że kolejne dni będą bardziej produktywne.

Dzielnica San Telmo...

I były. Po pierwsze udało nam się odwiedzić słynny cmentarz La Recoleta, który poprzedniego dnia zamknięto nam dosłownie przed nosem. La Recoleta to miejsce spoczynku argentyńskich elit. Znaleźć tu można grobowce narodowych bohaterów, pisarzy, dawnych prezydentów, a także po prostu sławnych i bogatych. To tu spoczywa m. in. Evita. Ale także cała rzesza biedaków, których groby zdewastowano, uczyniwszy z nich przytulną melinkę na zimniejsze dni. Zszokowało nas, jak wiele grobowców jest otwartych, gdzieniegdzie walają się puste butelki wina, niedopałki papierosów, a okazjonalnie z grobu wystaje jakaś zagubiona kość. Makabra.

Cmentarz La Recoleta

No ale nie wszystkie zakątki Buenos Aires będę się nam tak posępnie kojarzyć. A już na pewno nie będzie jednym z nich kolorowa dzielnica La Boca i jej główna uliczka Caminito. Ta dawna dzielnica biedoty, zwłaszcza najmujących się do pracy w rzeźniach i magazynach imigrantów, to dziś tętniący życiem jarmark. Jarmark z jego feerią kolorów, ale także tanią rozrywką i typowym turystycznym badziewiem: komercyjnymi pokazami tanga i pozującymi do zdjęć gaucho. Okolica La Boci zaś niewiele się przez ostatnie 100 lat zmieniła. Wciąż żyje tu biedota, a zboczenie z głównych turystycznych arterii grozi utratą aparatu lub zęba (to pierwsze przytrafiło się z resztą dwójce poznanych przez nas w Boliwii Polaków).

Kolorowa dzielnica La Boca...

I choć drogę do La Boci pokonaliśmy pieszo, przezornie wrócić postanowiliśmy już autobusem. A ten wysadził nas w samym sercu niedzielnego Jarmarku San Telmo. Można by rzec, że San Telmo to nasza baza w Buenos Aires. To tu już dwukrotnie się zatrzymaliśmy w trakcie każdego z naszych pobytów w argentyńskiej stolicy. Mimo to w gwarze niedzielnego targu trudno jest rozpoznać naszą spokojną, cichą dzielnicę. Sprzedawcy przekrzykują się nad swoimi głowami, kupujący głośno targują się o niższą cenę, a w tle słychać akompaniament sprzedających płyty tango kwartetów i sekstetów. Nad całością króluje żółta wieża kościoła Nuestra Señora de Belén. Do tego ogrzewające promienie słońca i zapach ciepłych strudli z jabłkiem roznoszony przez ulicznych sprzedawców i aż żal, czegoś nie kupić. My targ opuściliśmy jako dumni posiadacze m.in. noża gaucho z rękojeścią z pazura ñandu. A dla wszystkich zmęczonych zakupami turystów, San Telmo oferuje błogi wypoczynek przy pysznym lunchu w jednej z tysiąca małych, klimatycznych knajpek, którymi usłane są brukowane ulice dawnej dzielnicy arystokracji.

Jarmark w dzielnicy San Telmo...

No właśnie dawnej, bo dziś San Telmo to raczej siedziba argentyńskiej bohemy. To tu na każdym kroku znaleźć można klub tango umiejscowiony w piwnicy postkolonialnej kamienicy. Bo pięknych, choć starzejących się budowli tu co niemiara. Są pozostałością po nobliwej przeszłości San Telmo. Dawniej arystokratyczna dzielnica opustoszała w 1871 roku, gdy w wyniku wybuchu epidemii żółtej gorączki elity Buenos Aires przeniosły się na północ do dzisiejszej dzielnicy Recoleta. Recoleta to do dziś siedziba argentyńskich elit, eleganckie kamienice przeplatają się tu  z butikami Louis Vuitton i Prady. A gdzieniegdzie pojawiają się ekskluzywne lodziarnie. W jednej z nich: Una Altra Voltra skosztowaliśmy pysznych argentyńskich lodów. Smak był iście arystokratyczny, ceny niestety też.

Oczywiście w Buenos Aires jest jeszcze wiele innych malowniczych i historycznych zakątków, przez które przemknęliśmy w pośpiechu, takich jak np. centralnie położony Plaza de Mayo. To tu w kwietniu 1977 roku po raz pierwszy zgromadziły się Matki z Placu Majowego. W akcie desperacji przeciwko rządzącej wówczas juncie, domagały się jakiejkolwiek informacji na temat swych zaginionych dzieci i mężów. Dziś to już legendarna, opozycyjna organizacja. Z resztą w niedawnym numerze Polityki można znaleźć całkiem interesujący artykuł na ich temat. Dla chętnych:  Matki z Placu Majowego w Polityce. Przy odrobinie szczęścia można je jeszcze dziś spotkać, jak przemaszerowują się wzdłuż Plaza de Mayo w każdy czwartek o 3.30 po południu.

Jedna z tabliczek wpadła w nasze ręce...

My przez Plac przemknęliśmy w piątek. No nic, spóźniliśmy się. Nie udało nam się też wybrać na żaden z pokazów tanga. Wstyd się przyznać przed naszymi wspaniałymi przedślubnymi nauczycielami tanga: Pauliną i Jankiem. Ale na swoje usprawiedliwienie musimy powiedzieć, że wszechobecne uliczne show, przechadzające się alejami pary pozujące do zdjęć napawają odrobinę zniesmaczeniem. Taka turystyczna masówka, która odrzuca. Kolejnym razem przydaliby się nam profesjonalni przewodnicy. Ale już w niedzielę wylatywaliśmy do Kapsztadu. Wszystkie niespełnione plany i zamiary zostawiliśmy więc za sobą. Myślami byliśmy już bowiem jedną stopą w Afryce!

A tak powitała nas Afryka... Później było już tylko lepiej... ;)

San Telmo i La Boca

Cmentarz La Recoleta


Według jednych (zwłaszcza tych z wpisem narodowość: argentyńska w paszporcie) Ushuaia to najdalej wysunięte na południe miasto świata. Dalej już tylko nic tylko kanał Beagle, niewielkie chilijskie wysepki, skały zamieszkane przez lwy morskie i pingwiny i owiana legendami Antarktyka. Tylko, że na jednej z tych chilijskich wysepek o nazwie Isla Navarino leży nieduża osada, Puerto Williams. Puerto Williams to dawna baza militarna. Według niektórych założona po to, by konkurować z statusem Ushuai jako najdalej na południe wysuniętego miasta świata. Kto wie? Grunt, że osada się rozrosła, a dzięki coraz popularniejszemu trekkingowi: Los Dientes de Navarino, który rozpoczyna się w Puerto Williams, wioska co roku przeżywa najazd turystów. Pierwotnie również i my planowaliśmy wędrówkę po surowych górach Isly Navarino. Jednak po pierwsze Patagonia wymroziła nam już wystarczająco kości, poza tym zaczął nas naglić czas. Za kilka dni wylatywaliśmy do Afryki.

Ushuaia

Czasu pozostało nam więc tyle, aby poświęcić się eksploracji Ziemi Ognistej i jej najsłynniejszego miasta, Ushuai. Owiany legendami archipelag cieszy się dość ponurą reputacją. To na tym niewielkim skrawku ziemi, obmywanym od północy wodami Cieśniny Magellana, od południa Kanału Beagle, swój żywot zakończyło setki marynarzy. Do dziś wybrzeże usiane jest wrakami statków, czasem sprzed kilkudziesięciu lat. To tu osiedlali się kolejni brytyjscy misjonarze niosący pochodnię cywilizacji tubylczym plemionom Yámana (Yaghan) i Selk’nam (Ona). Skutek tej cywilizacyjnej misji był raczej opłakany. Yamana, którym udało się przetrwać 6000 lat bez kontaktu z zachodnią cywilizacją, w wyniku nieznanych dotąd chorób niemal zupełnie wymarli. Ani odrobinę nie pomogły im także wprowadzone przez misjonarzy europejskie zwyczaje. Yámana byli bowiem przyzwyczajeni stawiać czoło srogiej pogodzie ubrani, tak jak ich Pan Bóg stworzył. Naoliwiona wielorybim tłuszczem skóra stanowiła znacznie lepszą ochronę przed nieustającymi deszczami i śniegami niż wiecznie schnące zwierzęce skóry, czy inne materiały. Przejęcia ziemi przez nowych osadników: wielorybników i poszukiwaczy złota jedynie pogorszyło sytuację niewielkiej garstki ocalałych tubylców. Dziś na Isle Navarino żyje ostatnia pełnokrwista potomkini plemienia Yámana. Staruszka ma 97 lat i jest ostatnią osobą posługująca się tubylczym językiem Yaghan. Wraz z nią nastąpi koniec pewnej cywilizacji, którą z taką żarliwością misjonarze chcieli ocalić.

Okolice Ushuai...

To z resztą z plemionami Yámana wiąże się pochodzenie nazwy  archipelagu Ziemia Ognista. Ponoć gdy Magellan opływał tutejsze wyspy, tysiące rozpalonych przez Yámana ognisk (według jednej z tradycji Yámana utrzymywali ogień wiecznie żywy, przenosząc niewielkie paleniska z szałasów na łodzie i z powrotem na ląd) i unoszący się z nich nad wybrzeżem dym kazały mu nazwać archipelag Ziemią Dymną. Król Hiszpanii uznał tę nazwę za niezbyt poetycką i przemianował wyspę na Ziemię Ognistą. Takie pochodzenie nazwy zdecydowanie bardziej przypadło nam do gustu niż wersja nauczycielki geografii naszego znajomego Gorana. Gdy tylko przekroczyliśmy Cieśninę Magellana i naszym oczom ukazała się płaska jak naleśnik północ wyspy, Goran ze śmiechem przypomniał sobie tłumaczenie swojej dawnej pani profesor, iż nazwa Ognista pochodzi od dziesiątków dymiących wulkanów, którymi usłany jest archipelag. My mamy jeszcze swoją własną teorię co do pochodzenia nazwy. Jak dotąd nigdzie indziej na świecie nie widzieliśmy tak rozpalonego nieba o wschodzie i zachodzie słońca. Zdecydowanie ognistość to jedna z cech tych okolic.

Ziemia ognista...

A co na tej Ziemi Ognistej można zobaczyć? Przede wszystkim Park Narodowy Tierra del Fuego, gdzie na każdego co bardziej wytrwałego trekkera czeka szczyt Cerro Guanaco, skąd rozciągają się przepiękne widoki na całą okolicę. My byliśmy już w drodze do parku, ale… No właśnie dopadł nas dziwny argentyński fenomen. Ktokolwiek był w Argentynie, ze zdziwieniem przyglądał się pewnie gigantycznym kolejkom do bankomatów. Otóż od czasu do czasu argentyńskie bankomaty cieszą się takim powodzeniem, jakby wypłacały co najmniej dwukrotność sumy, którą obciążone jest konto. Gdy nadchodzi taki dzień tygodnia (czasem nawet kilka razy w tygodniu) do bankomatów ustawiają się kolejki około 40 osób pokornie oczekujące na swoją kolej. A czekać można nawet i godzinę. I żeby dotyczyło to tylko bankomatów jednego banku. Nie, Argentyńczycy zmawiają się chyba i na raz zaczynają okupować każdy dostępny w mieście bankomat. Jeśli ktokolwiek może mi wytłumaczyć to zjawisko, czekam na oświecenie. W każdym razie jednego z takich pięknych dni potrzebowaliśmy właśnie gotówki na gwałtu rety. Wejście do parku to spory wydatek, a my odkryliśmy brak pieniędzy na godzinę przed odjazdem autobusu. Niby to dużo czasu, ale… nie zdążyliśmy. Autobus odjechał bez nas. Ale w ciągu godziny tak bardzo się rozpadało, że przestaliśmy już żałować. Zamiast wspinaczki na Cerro Guanaco Tomek wspiął się na pobliski szczyt Cerro del Medio. Widoki też ciekawe, choć głównie na Ushuaię i Kanał Beagle.

Ushuaia widziana ze szczytu Cerro del Medio

Poza parkiem spora część przybywających tu turystów traktuje Ushuaię jako port startowy wyprawy na Antarktydę. My też chętnie byśmy tędy po prostu przemknęli w drodze do Wielkiego Lodu. Jest tylko mały problem. Po takiej wyprawie musielibyśmy natychmiast wracać do domu. Koszt 11-12-dniowej wyprawy na Antarktydę to 3900 dolarów od osoby w ofercie last minute. Wycieczka wykupiona z wyprzedzeniem to dwukrotność tej sumy. Z takim wydatkiem poczekamy więc czasu, kiedy zaczniemy porządnie zarabiać.

No ale skoro w Ushuai nie zrobiliśmy żadnego z najbardziej popularnych turystycznych wypadów, to co my tam porabialiśmy? Po pierwsze wypożyczyliśmy z Goranem (poznanym jeszcze w Puerto Natales Londyńczykiem z Czarnogóry) samochód i postanowiliśmy zjechać kawałek Ziemi Ognistej. Plan był ambitny. W ciągu 12 godzin pokonaliśmy ponad 400 kilometrów. W poszukiwaniu? No właśnie głównie tych autentycznych  surowych krajobrazów. Krajobrazy są faktycznie surowe, tylko, że niestety też monotonne. Po 180 kilometrach w drodze do Puerto San Pablo trochę już nam się znużyły widoki Jeziora Fagnano i stepowego pustkowia. Górzyste okolice zaczynają się bowiem na samym południowym koniuszku Ziemi Ognistej. Na północy i wschodzie wyspy króluje płaski jak deska step. Na szczęście podróż wynagrodził nam spacer wokół porzuconego w okolicy San Pablo wraku.

Wrak w okolicach Puerto San Pablo...

Morale podniosła nam też droga powrotna. Zboczywszy z głównej drogi, postanowiliśmy odwiedzić Estancię Harberton. Ta dawna rezydencja legendarnego już misjonarza, Thomasa Bridgesa (autora jedynego słownika języka yaghan) okazała się mieć malownicze położenie na południowym wybrzeżu wyspy. Widok na okoliczne wzgórza i rozciągające się po przeciwnej stronie zatoki Puerto Williams w pełni wynagrodziły te dłużące się godziny w samochodzie. A zachód słońca po powrocie do miasta to już czysta poezja.

W drodze do Estanci Harberton...

Poza tym postanowiliśmy na Ushuaię zerknąć też z wody. Z niewielką agencją Patagonia Adventure Traveler wyruszyliśmy w rejs po grafitowych wodach Kanału Beagle. Kolejne przystanki w okolicy Latarni Les Eclaireurs, Wyspy de Los Lobos (Wyspa Lwów Morskich), Wyspy de los Pájaros (Wyspy Ptasiej) i spacer po wyspie Bridges pozwoliły przyjrzeć się z bliska mnogości zwierzyny. Poza lwami morskimi, podglądaliśmy jeszcze kormorany niebieskookie, kormorany skalne, albatrosy i rodzinki fok. Na wysepce Bridges mogliśmy też zobaczyć jedyną pozostałość po zamieszkujących tę okolicę Yámana, tzw. ‘concheros’. Conchero to nic innego jak okrąg usypany z pozostałości muszelek rozsypywanych wokół typowego okrągłego szałasu Yámana. Takich concheros wokół Ushuai wciąż można spotkać setki. Szkoda tylko, że tego samego nie można powiedzieć o ich twórcach.

Wyspa Lwów Morskich...

A skoro o muszelkach już mowa, to i my nie mogliśmy się oprzeć owocom morza, których, sądząc po menu wszystkich ushuaiskich restauracji, w okolicznych wodach jest pod dostatkiem. Mogę nawet chyba powiedzieć, że to, iż Ushuaia tak bardzo przypadła nam do gustu to w dużej mierze sprawka jednej malutkiej knajpki o nazwie Chicho’s (dla chętnych, Calle Rivadavia 72). Serwowana nam tam niemal codziennie paella z owoców morza wraz z przepysznym białym winem utrzymywała nas w permanentnie szampańskim nastroju. Do tego jeszcze pyszne czekoladowe lody pałaszowane w wychylającym się co pewien czas zza chmur słońcu i moglibyśmy zadomowić się tu na dłużej. No ale lody pyszne mają też ponoć w Buenos Aires. Lecimy to sprawdzić!

Nasz samolot do Buenos Aires...

Ushuaia i okolice

Wycieczka autem

Wycieczka łódką

W trakcie tych ostatnich 3 miesięcy przyzwyczailiśmy się już do ciągłego przekraczania chilijsko-argentyńskiej granicy. Można by właściwie rzec, że w naszej świadomości granice między chilijską i argentyńską Patagonią zupełnie się zatarły. Tym razem jednak miał to być nasz ostatni etap wędrówki po Chile, swoiste z nią pożegnanie. I jak na pożegnanie przystało wybraliśmy iście królewskie miejsce: Park Narodowy Torres del Paine i słynny już Trek „W”.

A Torres del Paine to takie urokliwe miejsce na ziemi, gdzie wodospady opadają poziomo, zadając kłam siłom grawitacji, wiatr powala z nóg nawet najbardziej ‘przyziemnych’ turystów, a różnego rodzaju gryzonie tak bardzo zżyły się z ludźmi, że nocą chętnie dzielą jeden namiot. Ale po kolei.

Spacer po Puerto Natales...

Do Torres del Paine najłatwiej dostać się autobusem, który wczesnym rankiem powoli zgarnia trekkerów rozrzuconych po różnych zakątkach Puerto Natales. Swoją drogą naprawdę trudno  o lepszą jak Puerto Natales bazę trekkingową. Miasteczko obfituje w sklepy zaopatrzone w sprzęt trekkingowy. Nieprzemakalne spodnie, butle gazowe, czy niewielkie palniki kupić można na każdym rogu, a sklepy spożywcze specjalizują się w „zupkach minutkach”, „daniach w 5 minut” i całym asortymencie suszonych owoców.

Ale my etap przygotowań mamy już za sobą. Plecaki zaopatrzone są już w prowiant na 4 dni i zapakowane do autobusu. Ruszamy.

Puerto Natales

————————————————————————————————————————————–

Dzień 1: Lago Pehoé – Refugio Paine Grande – Glaciar Grey – Refugio Paine Grande

A droga? Sama w sobie jest już pięknym preludium trekkingu. Na początku mijamy stary, opuszczony pomost w Puerto Natales. Senne miasteczko leży bowiem nad morzem, w całkiem malowniczej zatoczce otoczonej górami. Gdy wjedziemy na teren samego parku, zaczniemy jeszcze mijać rudowłose wikunie, mieniące się kolorami laguny i majaczące w oddali ośnieżone szczyty. Jest pięknie! No ale nie ma co się ekscytować, w końcu spędzimy tu jeszcze 4 dni, na zachwyty będzie jeszcze dużo czasu.

W drodze na kemping Paine Grande...

Postanawiamy rozpocząć trekking od strony Jeziora Pehoé. Widok słynnych wieży: Torres del Paine zostawiamy sobie na sam koniec, na deser. Poranna przeprawa łódką po jeziorze zabiera ponad godzinę. Gdy w końcu docieramy na kemping Paine Grande jest po 12-tej. Trzeba jeszcze rozbić namiot, przekąsić szybki lunch i ruszamy na spotkanie z Lodowcem Grey. Niestety w między czasie zdążyło się zachmurzyć. W efekcie lodowiec jawi nam się jako ogromna góra śniegu gdzieniegdzie tylko rozświetlona przebijającymi się przez chmurzyska promieniami słońca.

Lodowiec Grey...

Mimo to pływające w zatoczce setki małych gór lodowych i skaczące po tych lodowych wysepkach zabawne ptaszki przykuwają naszą uwagę na dobre 2 godziny. Nagle zrywa się silny wiatr. Trzeba wracać, ale już wiemy, że na „W” nie będzie łatwo. Gdyby jeszcze tylko wiatr wiał nam w plecy, ale nie, on jak na złość zawsze wieje akurat w przeciwnym kierunku. Na szczęście dla zmęczonych i zmarzniętych trekkerów kemping Paine Grande oferuje zadaszoną kuchnię i niemal parzące prysznice. Jak na pierwszą noc w dzikich górach Patagonii to zaskakujące luksusy.

Galeria z dnia 1

————————————————————————————————————————————–

Dzień 2: Refugio Paine Grande – Valle del Francés – Campamento Italiano – Campamento Los Cuernos

Drugi dzień na szlaku zapowiada się pochmurnie. Jednak niezrażeni chmurzyskami wyruszamy. Już po godzinie na trasie spotykamy Gorana, Londyńczyka pochodzącego z Czarnogóry. Poznaliśmy się 2 dni wcześniej w hostelu w Puerto Natales i jak się później okaże razem wyruszymy jeszcze na przysłowiowy koniec świata, do Ushuai. Tym czasem dostajemy tylko kilka rad dotyczących trasy i krótkie ostrzeżenie, chmury nad Valle del Francés nie wyglądają ciekawie. Na szlaku nie ma jednak odwrotu.

Dolina Francuzów w deszczu...

Nie mijają jednak 2 godziny, a ja mam tylko ochotę zawrócić. Wszystko co usłyszeliśmy o patagońskiej pogodzie sprawdza się na „W”. Deszcz zacina pionowo, wdzierając się nawet pod szczelnie zapięte kurtki, dookoła nas wszędzie tworzą się małe wodospady, których kierunek spadania też jakoś przeczy prawom grawitacji. Do tego przejmujący wiatr na odsłoniętych odcinkach szlaku ledwo pozwala ustać na nogach. Zaczynam się zastanawiać, po co my się w ogóle wspinamy do tej „Francuskiej Doliny”? Po raz kolejny okazuje się jednak, że przyroda płata nam figle. Gdy wykończeni docieramy w końcu na punkt widokowy nad Campamento Británico ciemne chmurzyska rozstępują się, a naszym oczom ukazują się Wieże Paine. A w zasadzie ich tylna ściana.

Widok na Wieże Paine...

Do tego czarnawe szczyty Cordillery Paine i skąpane w słońcu Cuernos del Paine, wyglądem faktycznie przypominające nieco diabelskie rogi. Ha ha, kto by pomyślał że czeka nas taka uczta dla oczu! Po takiej niespodziance dostajemy kopa energii. W efekcie zamiast do położonego bliżej Campamento Italiano postanawiamy dotrzeć do Refugio Los Cuernos. Zaczyna się ściemniać. Zachód słońca nad Jeziorem Nordenskjöld to kolejna wizualna niespodzianka dnia.

Na kemping docieramy jednak wyczerpani. W końcu przemierzyliśmy dziś trasę szacowaną na 11 godzin marszu. Nam udało się ją pokonać w 8, ale pogoda dała nam w kość. I jak się okaże, te biedne kości nie odpoczną sobie nawet w nocy.

O 4.30 nad ranem budzą nas skaczące po śpiworach myszy. Ja wyskakuję natychmiast z namiotu, zostawiając Tomka sam na sam z dwoma rudymi, wyjątkowo upartymi gryzoniami. Mimo, że małe stworzonka są równie przerażone jak my, znalezienie wyjścia z namiotu zajmuje im całe 40 minut. 40 minut biegania w kółko, wdrapywania się po ściankach namiotu i spadania na niezbyt zachwyconego tym Tomka i kolejnej ślepej bieganiny. Gdy w końcu pozbywamy się intruzów, czas na oględziny strat. Skubańce zdążyły przegryźć się prze chyba każdą torebkę z prowiantem.

Dowody rzeczowe...

Choć byłoby dobrze, gdyby chodziło wyłącznie o prowiant. Przegryzły też ścianę naszego namiotu (zaskakująco wysoko), kosmetyczkę i wyjątkowo przydatnego w trakcie trekkingu camel baga. No ale jest środek nocy. Zalepiamy dziurę taśmą i wracamy do  śpiworów. Oględziny dokończymy rano.

Galeria z dnia 2

————————————————————————————————————————————–

Dzień 3: Refugio Los Cuernos – Campamento Torres

Po nocnej inwazji myszy zwlekamy się z łóżka wyjątkowo późno. No ale zasłużyliśmy na trochę odpoczynku. Przed nami kolejnych 20 kilometrów wędrówki, ale dzięki radom Gorana udaje nam się odnaleźć skrót, który zaoszczędzi nam stromej wspinaczki na ostatnim odcinku szlaku. Poza tym pogoda nam sprzyja, w południe chmury znikają, a słońce zaczyna prażyć tak mocno, że w myślach zaczynamy tęsknić za małymi chmurkami. Później od Stana i Flo dowiemy się, że tego samego dnia w tym samym parku, nie tak znów daleko od naszego odcinka trasy walczyli z ulewnym deszczem, choć wciąż skąpani w promieniach słońca. No cóż, magia Torres del Paine!

Jezioro Nordenskjöld...

Galeria z dnia 3

————————————————————————————————————————————–

Dzień 4: Campamento Torres – Mirador Torres – Campamento Chileno – Hotel las Torres

No więc jesteśmy na wyciagnięcie dłoni od słynnych Wieży – Torres del Paine. To w końcu głównie dla nich przybywają tu tłumy turystów. Nam zostało już tylko 40 minut wspinaczki po wielkich skałach i będziemy mogli w spokoju podziwiać skalisty trójząb położony nad turkusową laguną. Tylko dlaczego ten widok jest ponoć najbardziej spektakularny o wschodzie słońca? Ostatnią rzeczą, na którą mamy ochotę O 6 rano jest zwlekanie się z cieplutkiego śpiwora i 40-minutowy wyczerpujący bieg w ciemnościach po pionowym stoku. Do tego w nocy jest mroźno. No ale jak trzeba, to trzeba. Nad nami ani śladu chmur, rozgwieżdżone niebo i wychylające się powolutku czerwone światła wschodzącego słońca szybko nas rozbudzają. Do tego wspinaczka rozgrzewa nas tak bardzo, że szybko zapominamy o mrozie.  Muszę przyznać, że skąpane w czerwono-złotawym świetle Wieże Paine zadośćuczyniają cały ten poranny wysiłek.

Torres del Paine przy wschodzie słońca...

Choć najlepszą nagrodą okazuje się pyszne śniadanie na położonej nad laguną skale zjedzone w błogiej ciszy, po tym jak poranne tłumy opuszczą już ten malowniczy zakątek. Po 3 godzinach podziwiania wieży, czas najwyższy się zbierać. Z dziesiątków miłośników wschodu słońca zostaliśmy już tylko my. Za 2,5 godziny spod Hotelu Las Torres odjedzie pierwszy powrotny autobus do Puerto Natales. Kolejny piękny, słoneczny dzień na stoku. Po drodze mijamy jeszcze koryto zielonkawej rzeki Paine, lamy wygrzewające się w słońcu nad Laguną Amarga, bieluteńkie wyschnięte solniska. Aż szkoda wracać.

Laguna Amarga z okien autobusu...

No ale po 4 dniach w górach kusi gorąca kąpiel i obfita kolacja. Poza tym w okolicach Puerto Natales spędziliśmy już tydzień. Czas ruszać się na południe. Kierunek: Ziemia Ognista i najdalej na południe wysunięte miasto świata: Ushuaia.

Galeria z dnia 4